Georges Perec
Urodziłem się. Eseje
Tłum. Zbiorowe
Wyd. I, LOKATOR
Kraków 2012

INWENTARZ

W eseju otwierającym „Urodziłem się” Perec stwierdza, że jego książki przynależą do czterech różnych pól – „czterech sposobów stawiania sobie pytań”. Pierwsze jest pytanie socjologiczne (jak spoglądać na codzienność?), drugie pytanie ma charakter autobiograficzny (jak opowiedzieć własne życie?), trzecie – ludyczny (wiąże się z zamiłowaniem do przymusów formalnych), czwarte zaś – fabularny (dotyczy upodobania do szalonych intryg i awanturniczych przygód).

 

1.

Młody Georges Perec chciał zająć się socjologią. Zaczytywał się pracami Lefebvre’a, Maussa, de Certeau i Barthesa, zamierzał nawet pisać doktorat pod kierunkiem Luciena Goldmanna. Wybrał jednak literaturę. W debiutanckich Rzeczach przeprowadził drobiazgową rekonstrukcję „życia bez treści” Jerôme’a i Sylvie, ich beznadziejnej pogoni za przedmiotami i przyjemnościami. Autor szybko zyskał międzynarodową sławę pisarza „socjologicznego” – krytyka burżuazyjnej mentalności i rozpasanej konsumpcji.

W „Urodziłem się” – tomie przekładów czterech pośmiertnych książek eseistycznych Pereca – odnajdziemy wiele przykładów tego rodzaju dociekań, chociażby kapitalne notatki o modzie (Dwanaście spojrzeń z ukosa). Moda mówi o spontaniczności, fantazji i swobodzie, a w istocie stoi po stronie „przemocy konformizmu, przemocy społecznego konsensu i pogardy, którą on ukrywa”. Pisarz proponuje krytyczny namysł, a następnie kreśli zabawną heterotopię: co by było gdyby modę sezonową… zmienić na codzienną (ubrania na poniedziałek, na wtorek itd.)? A gdyby zwiększyć jej zasięg, proklamując modę na dni parzyste, symfonie Brucknera albo jakąś stację metra? A gdyby ją wydobyć z czasu i uprzestrzennić, tak by różne mody współistniały obok siebie? Czy nie byłoby miło podróżować przez krainy stylów i trendów?

W późnych esejach pisarz odchodzi od wizji codzienności alienującej, uśmiercającej fantazje i pragnienia. Postanawia sportretować zwyczajność, co jednak okazuje się problematyczne – jak bowiem opisać coś, co zakrywa percepcyjna rutyna i myślowy automatyzm? Nie wybiera wcale „udziwnienia” (które młody Szkłowski zalecał jako uniwersalne remedium), wręcz przeciwnie – stawia na beznamiętną systematykę, myślenie przez klasyfikację. Przykłady? Krótkie uwagi o przedmiotach znajdujących się na moim biurku; Próba zinwentaryzowania pokarmów płynnych i stałych, jakie pochłonąłem w ciągu 1974 roku; Pamiętam. Dwa pierwsze tytuły mówią same za siebie, trzeci zaś odsyła do zbioru mikrowspomnień dotyczących tego, co wspólne – przemian mody i obyczajów, radiowych szlagierów i kinowych przebojów. Perec wyławia z niebytu „elementy codziennego życia, których niemal się nie dostrzega”, które formują zbiorową i indywidualną pamięć. Badanie pisarza-socjologa łączy się pracą wspominania. Pisarz niepostrzeżenie przeprowadził nas na pole „autobiografizmu”.

 

2.

Autobiograficzny charakter mają z pewnością takie utwory jak (wciąż nieprzetłumaczone!) W albo wspomnienie dzieciństwa, Człowiek który śpi czy Miejsca. Przywoływanie przeszłości nigdy jednak nie jest u Pereca czynnością spontaniczną, nieuregulowaną, dość przypomnieć, że wspomnieniowa narracja W okazuje się zalążkiem antyutopijnej wizji idealnego ładu, a Człowiek który śpi został w dużej mierze zbudowany z cytatów, kryptocytatów i parafraz. Z kolei Miejsca to rozpisany na dziesięć lat projekt, w którym wspomnienia związane z dwunastoma lokalizacjami w Paryżu konfrontowane są z ich wyglądem (opisywanym co miesiąc) oraz z samymi opisami (poddawanymi systematycznej lekturze). Działanie takie jest porządkowaniem przestrzeni, planowaniem czasu i strukturyzowaniem własnego życia, pozwala też obserwować powolne starzenie się miejsc, wspomnień i samych tekstów. Wprowadza w materię egzystencji pewien ład i równocześnie ujawnia jego nietrwałość.

Przypadkiem skrajnym są zapewne dziełka takie jak Dwieście czterdzieści trzy pocztówki, w którym znajdziemy zbiór konwencjonalnych pozdrowień z wakacji. Te banalne i prościutkie teksty zostały wygenerowane przy użyciu algorytmu. To on decyduje o lokalizacji, o współwystępowaniu uwag dotyczących pogody, opisów rozrywek, konwencjonalnych pozdrowień. Czemu służy zastosowanie takiego mechanicznego generatora wspomnień? Ukazuje, że wszelka naturalność i zwyczajność są efektem działania skomplikowanej maszynerii. Uświadamia, że niestrudzenie fabrykujemy sobie przeszłość. A poza tym – staje się narzędziem wyzwolenia. Przyjęcie arbitralnych przymusów może bowiem – paradoksalnie – stać się źródłem wolności.

 

3.

W eseju o free jazzie (Rzecz) Perec zastanawia się nad dialektyką przymusu i wolności. „Przymus – wywodzi – jest tym, co pozwala na wolność, wolność zaś wyłania się z przymusu”. Praktyki naturalizacji przymusu (uznanie jakiejś formy za naturalną) oraz jego neutralizacji (uznanie, że nie ma żadnej formy, tylko działanie spontaniczne lub natchnione) „zamykają nas w naiwności”. Francuski pisarz sięga z upodobaniem po najbardziej restrykcyjne reguły – palindromy, lipogramy, anagramy itp. – i tworzy karkołomne konstrukcje; jakby tego było mało, sam wymyśla nowe formuły. Czytelnicy znający Gabinet kolekcjonera, Podwyżkę czy Życie instrukcję obsługi wiedzą doskonale, jaki efekt daje taka kombinatoryka. Przypomnę, że w Życiu… Perec wymyśla dziesięciopiętrową kamienicę, zaludnia ją bohaterami, po czym porusza się pomiędzy ich mieszkaniami ruchem konika szachowego, żeby zaś nie było zbyt prosto, jedno pole szachownicy zostaje pominięte (co owocuje nowymi permutacjami).

W „Urodziłem się” znajdziemy kilka podobnych igraszek. Perec serwuje nam na przykład (81 prostych przepisów dla początkujących) króliki, grasice cielęce i sole, mieszając sosy i przyprawy, zmieniając techniki przyrządzania i serwowania dań zgodnie z przyjętym algorytmem. W Cantatrix Sopranica L. proponuje brawurowy pastisz publikacji naukowej o posmaku patafizycznego żartu; rzecz dotyczy „korelacji tomatotopicznej” diwy operowej, przedmiotem analizy są „reakcje wrzaskoryczne” śpiewaczki, w której stronę specjalne urządzenie (tomatomiot) ciska pomidorami. Napisane wspólnie z Harrym Mathewsem studium o Rousselu to z kolei przykład pierwszorzędnej mistyfikacji; uczony dyskurs, podległy technikom skojarzeniowym znanym z Locus solus, ma na celu rekonstrukcję rzekomego romansu Roussela z pewnym Wenecjaninem.

Perec zniewala swój tekst, zmusza go do uległości mechanicznym regułom, i w tym samym ruchu uwalnia go z pęt zdrowego rozsądku. Kiedy nie wszystko można, wszystko jest możliwe. Opowieści poddane wyśrubowanym rygorom grawitują w stronę formuły przygodowej, awanturniczej lub fantastycznej.

 

4.

La disparition (Zniknięcie) to największy lipogram w literaturze światowej, napisany z pominięciem litery „e”, a przy tym – powieść przygodowa, której osnową jest zniknięcie głównego bohatera. Napisany w trzy lata później suplement, Les revenentes, operujący już wyłącznie samogłoską „e”, to dziwaczna opowieść o kradzieży diamentów. W wielu swoich dziełach Perec zdradza upodobanie do zwariowanych intryg, ale nie pozwala przy tym zapomnieć, że groteskowe buffo podszyte jest śmiertelnie poważnym serio. Zaczynam rozumieć fascynację, jak wywiera na mnie pisanie – deklaruje w jednym z esejów – a także brak, który ta fascynacja odsłania i ukrywa. W „Urodziłem się” krąży obsesyjnie wokół źródłowego i konstytutywnego braku, na który zdaje się wskazywać już jego nazwisko („perec” po hebrajsku oznacza dziurę).

Chodzi, po pierwsze, o utratę rodziców, którzy zginęli podczas w wojny. W tekście powieści o rodzicach nie ma ani słowa (zresztą nie sposób ich nawet ich przywołać, gdy z wyrazy „mère”, „père” czy „parents” nie mogą zostać użyte), są doskonale nieobecni, niczym głoska „e” (którą wymawia się podobnie jak „eux” – „oni”). Powieściowy świat naznaczony jest tą nieobecnością, a praca języka polega tu na równoczesnym zatajaniu (przemilczaniu) pustki i jej inscenizowaniu (poprzez lipogramatyczne ograniczenie). Drugim brakiem jest wydziedziczenie z tradycji żydowskiej: odmówiono mi przyjścia na świat w kraju moich przodków, w Polsce, w Lubartowie, na Puławach czy w Warszawie, i dorastania tam w ciągłości kultury, języka, przynależności. Zamiast ciągłości i nieproblematycznej tożsamości, którą posiadałby jako Mordechaj Peretz, Georges Perec musi mierzyć się z „poczuciem bycia obcym dla samego siebie”. Temu wywłaszczeniu nie towarzyszy jednak uczucie nostalgii czy melancholia. Pisarz wybiera tekstowy „przymus” – przeciwko przypadkowi, precyzyjne reguły – przeciwko przygodności bycia.

 

Perec pracuje na wszystkich czterech polach równocześnie: dociekanie socjologiczne wiąże się z wyzwaniem autobiograficznym, a obydwa mają wymiar fabularny i ludyczny. Tekstowe gry maskują i ujawniają „ukryte miejsce”, w którym złożona została „nieobecność, brak”. Urodziłem się nie ukazuje jednak pisarza oddającego się rozpamiętywaniu. Poznajemy kogoś skupionego na notowaniu detali, katalogowaniu, inwentaryzowaniu przeszłości i własnego doświadczenia. Praca ta ma na celu ogarnięcie świata w całej jego wielorakości i przepracowanie źródłowej utraty – wszak inwentarz (łac. inventarium) oznaczał pierwotnie wykaz służący do odnalezienia zgubionej rzeczy (łac. invenio – znaleźć, odkryć, poznać, zrozumieć, ujawnić). Ale poznajemy też pisarza inwencyjnego i frywolnego, rozmiłowanego w słownych grach, sławiącego rozkosz lektury, będącej jedną z podstawowych funkcji życiowych (Czytanie: zarys socjopsychologiczny). Eseje ze zbioru „Urodziłem się” wypada niespiesznie smakować, inaczej niż ów „poważany filozof” podglądnięty przez Pereca w restauracji, który równocześnie pochłaniał jakiś traktat i obiad, co tak zafrapowało pisarza: Jak przeżuwa się pojęcie? Jaki smak miały słowa i jakie znaczenie miał ser?

Jerzy Franczak, Tygodnik Powszechny – Grudzień 2012