CULTURE.PL – Agnieszka Warnke – Archipelagi Rolanda Topora

cropped-roland_topor.jpgAgnieszka Taborska „Archipelagi Rolanda Topora” LOKATOR 2021
Osobisty portret artysty kreślony ręką wnikliwej krytyczki i przyjaciółki. Roman Cieślewicz mówił, że są tysiące Toporów, Taborska pokazuje jeszcze kilka innych jego twarzy.

„Beczka”, „garnek”, „sza” – te słowa Roland Topor wypowiadał bezbłędnie, nie będąc pewien, czy należą do jidysz (w którym rozmawiali jego rodzice), czy do języka polskiego (na który przechodzili, by dzieci ich nie rozumiały). Był pracoholikiem uważającym, że „więcej jest sztuki w ośmiu godzinach snu niż w szesnastu godzinach działalności produkcyjnej”. Samobójstwo potrafił uzasadnić w stu argumentach, chociażby takim: „To niezawodny środek na łysienie”. Taborska jednym tchem wymienia ponad 20 etykiet, które przykleiliby mu słownikarze – od rysownika i prozaika po „manipulatora fotografii” i „mistrza zabaw graficzno-słownych rządzonych poetyką rebusów i katalogów wczesnych domów towarowych”. Sam Topor nie lubił szufladkowania, więc kolażowa forma „Archipelagów”, brawurowo łącząca świat wyobraźni i pastelowo-brunatne odcienie życia artysty, pewnie by mu się spodobała.

Autorka ma przewagę nad innymi toporologami, gdyż znała artystę osobiście. Dysponuje więc nie tylko rzetelną wiedzą o swoim bohaterze, lecz także garścią anegdot i nietuzinkowych refleksji, które podrzuca co jakiś czas czytelnikowi. Tyle że za każdą z tych „luźnych” myśli kryje się coś ważnego, co rzuca nowe światło na życie i twórczość Topora. Nie narzuca swojej wizji, tylko uchyla interpretacyjne okna, przez które można wejść do świata absurdu, rzeczywistości zdemistyfikowanej i zaraźliwego a jednocześnie przyprawiającego o dreszcze śmiechu. Taborska w każdej ze swych ról – krytyczki sztuki, literatury, filmu i teatru, biografki, przyjaciółki oraz miłośniczki Toporowych dzieł – wypada równie wiarygodnie. Fakt, że jest jawną sojuszniczką artysty, nie oznacza wcale, że stawia mu pomnik. Udaje jej się zachować równowagę, zbliżyć do bohatera, zachowując jednocześnie zdrowy dystans.

logo
CZYTAJ CAŁOŚĆ >>>

ARCHIPELAGI ROLANDA TOPORA

SPOTKANIE AUTORSKIE PROMUJĄCE NAJNOWSZĄ KSIĄŻKĘ AGNIESZKI TABORSKIEJ „Archipelagi Rolanda Topora” Prowadzenie JUSTYNA CZECHOWSKA
Portret2.Anna Rezulak
ONLINE >>> https://fb.watch/9AVhvp5ZDK/
TEATR NOWY: 15.11.2021 g.:19:00
KSIĄŻKA DOSTĘPNA w księgarni wydawnictwa LOKATOR
oraz ONLINE: tylkodobreksiazki.pl

50644923_2082942621766550_3479919375236988928_nmkdnis logo_finał

Ilona Klimek „Oswajanie śmierci” MIESIĘCZNIK ZNAK

okladka_maszynowa_FRONTChoć Testament Maszynowej Dziewczynki to pozycja niewielka, jak w soczewce skupiają się w niej istotne dla całej twórczości Idy Linde tematy: miłość, śmierć, cielesność czy macierzyństwo.

Na 20-lecie wydawnictwa Lokator opublikował debiut szwedzkiej pisarki Idy Linde, którą od sześciu lat w Polsce wydaje Piotr Kaliński, a tłumaczy Justyna Czechowska. Choć Testament Maszynowej Dziewczynki to pozycja niewielka, jak w soczewce skupiają się w niej istotne dla całej twórczości pisarki tematy: miłość, śmierć, cielesność czy macierzyństwo. Gdyby nie informacja, że to debiut, równie dobrze można by Testament… potraktować jako tekst, który wyszedł spod pióra dojrzałej pisarki.

Maszynowa Dziewczynka bardzo boi się śmierci, więc postanawia, że umrze jako pierwsza. Śmierć jednak, jako wyłączona z porządku naszej logiki, nie daje się zaplanować. Maszynowa Dziewczynka zostaje więc zmuszona do tego, by – jak to w życiu bywa – zmierzyć się ze śmiercią innych. A los jej tutaj nie oszczędza, doświadczając ją nie tylko śmiercią ojca, ale także, co najdotkliwsze, nienarodzonego jeszcze dziecka. Bohaterka mówi o tym doświadczeniu tak: „Pielęgniarka przygasza światło, // rozumiem, że nie chodzi o mnie. // To ten w środku nie chce zostać”.

Testament… jest napisany wierszem w konwencji baśni. Niezwykle ważny okazuje się tu język: powracające frazy niczym modlitwy zaklinające rzeczywistość. Maszynowa Dziewczynka, próbując oswoić swoją lękowość, wymyśla ćwiczenie – ułożyć 90 wyrazów z liter w nazwie greckiej wyspy Kefalonia i wypowiedzieć je wszystkie na jednym wydechu (po polsku to, oczywiście, niemożliwe). Powodzenie próby ma potwierdzać, że płuca działają prawidłowo, a więc dawać świadectwo życia. Wypowiadanie coraz mniejszej liczby słów to jeden ze znaków odchodzenia. Tak jak brudna bielizna na łóżku czy niedopite mleko w lodówce. Linde potrafi o tym wszystkim pisać czule jak mało kto.

znak-logo

Ida Linde
Testament Maszynowej Dziewczynki
tłum. Justyna Czechowska, Wydawnictwo Lokator, Kraków 2021, s. 40

Ida Linde „Testament Maszynowej dziewczynki” KAMILA DZIKA-JUREK POLITYKA

okladka_maszynowa_FRONTŁatwo poddać się literackiemu głosowi szwedzkiej autorki, bo jego siła jest z niczym nieporównywalna.

Czytałam, że tuż przed utonięciem / jest moment, kiedy ciało / robi się ciepłe i spokojne. W gazecie stadium to opisano jako / pogodzenie się ze śmiercią” – mówi podmiot liryczny nowo wydanej w Polsce książki Idy Linde. Ów podmiot to jednocześnie narratorka, bo niewielka książeczka wydaje się zarazem tomem poetyckim i prozą. Wielka praca metafory i rytmu, które wciągają w swoją głęboką melodię, to maszyneria poezji, ale już fantastyczną spójność osiąga Linde prozą. Wielki temat to w całej twórczości Linde śmierć. Wszystkie jej książki wydane dotąd w Polsce – „Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym”, „Poleciały w kosmos”, „Na północ jedzie się, by umrzeć”, „29 niewysłanych listów”, „Mama mordercy” – mają śmierć za pazuchą.

Ida Linde, Testament maszynowej dziewczynki,
przeł. Justyna Czechowska, Wydawnictwo Lokator,
KRAKÓW 2021, s. 40
LOGO-Polityka


Polityka 23.2021
(3315) z dnia 31.05.2021; Premiery; s. 96
Oryginalny tytuł tekstu: „Błyskotliwa maszyneria”

PIĄTKA Z LITERATURY – Nicolas Presl – Orientalizm/Szczęśliwi, którzy…

Cover_szczesliwi_www_front

Szymon Kloska i Tomasz Pindel – z nosami zawsze w książkach, nigdy nie trzymając rąk przy sobie, tylko na okładkach, nie spuszczając oczu z linijek tekstu, sercem i rozumem nieustająco po stronie literatury – zapraszają w każdy poniedziałek od 16:00 na godzinę z Piątką z literatury. Co tydzień pięć ciekawych książek.

 14.06 wakacyjne kierunki

Komiksy: Nicolas Presl – Orientalizm / Szczęśliwi, którzy…

https://www.rmfclassic.pl/program/Piatka-z-literatury,179,s,44532.html

logo-rmf-classic

 SŁUCHAJ >>>

METAMORFOZY NASZE POWSZEDNIE – MICHAŁ CZAJKOWSKI – DWUTYGODNIK

OriginalPhoto-629727153.696643W kolejnych powieściach graficznych Nicolas Presl sięga do coraz głębszych warstw rzeczywistości, żeby pokazać, jak bardzo się mylimy, kiedy sądzimy, że mamy nad czymkolwiek kontrolę

Jeden świat, wiele barw

 

W wydanym niedawno po polsku „Orientalizmie” Presl sięga po kolor, żeby jeszcze bardziej skomplikować przedstawienie relacji człowieka ze światem. Historia rozgrywająca się w Anatolii obejmuje dwa wątki – rodzącej się miłości między pasterzem a mieszkającą w pobliżu dziewczyną oraz pary turystów, którzy jeżdżą po okolicy i fotografują, co się da. Uważne zastosowanie czerwieni i błękitu zmusza do spojrzenia na tę samą przestrzeń z różnych perspektyw.

W nowym komiksie Presla mamy do czynienia ze światem oplecionym siecią często niemożliwych do zrealizowania oczekiwań. W codziennym życiu postaci krzyżuje się tu wiele różnych porządków, oddawanych dzięki wykorzystaniu zróżnicowanych barw. Ten religijno-obyczajowy zmusza do zachowywania się w skodyfikowany sposób: przymierzania swojej tożsamości do wyobrażenia, kim ma być człowiek i do czego powinien dążyć. Porządek historyczny objawia się z kolei w symbolach czasu historycznego, który wdziera się w cykliczne życie i zwyczaje ludzi żyjących według wymogów środowiska naturalnego. Ze swoimi oczekiwaniami konfrontują się też turyści fotografujący to, co uważają za lokalny folklor – nie tylko nie starają się zrozumieć rzeczywistości, w której się znaleźli, lecz także starają się zastąpić ją swoim wyobrażeniem na temat tego, jak ona wygląda. Zdjęcia utrwalają poznane przed podróżą stereotypy, pozwalają poklepać się z zadowoleniem po ramieniu i pomyśleć „to dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam”. Dotyczy to także mieszkających w tym miejscu osób – ich obraz jest spłycony, zakrzywiony, przefiltrowany przez uprzedzenia cudzoziemców, kuszący obietnicą prostych odpowiedzi na trudne pytania…

dwutygodnik_logo

Czytaj całość >>>

Andrzej Ciszewski, BARWY (NIE)SZCZĘŚCIA (ORIENTALIZM/SZCZĘŚLIWI, KTÓRZY…)

ORIENTALIZM_front
Antymilitarna w swej wymowie „Fabryka”, poruszająca problem zagłady Innego „Boska kolonia”, reinterpretujący historię grecko-rzymskiego bóstwa „Priap” czy zajmujący się tematem kryzysu tożsamości „Syn swojego ojca” to utrzymane w czarno-białej poetyce opowieści graficzne autorstwa Nicolasa Presla: urodzonego w Vendée scenarzysty i rysownika doskonale odnajdującego się w konwencji komiksu niemego.

Krakowska oficyna Lokator konsekwentnie promuje jego twórczość w naszym kraju (za co należą się słowa uznania), proponując tym razem dwa nietuzinkowe utwory, w których gustujący w formalnej oszczędności francuski artysta (którego kreska czerpie z tradycji kubistycznego dorobku Pabla Picassa i prac George’a Grosza) z powodzeniem wprowadził kolorystyczne dominanty będące nośnikami dodatkowych znaczeń.

W „Orientalizmie” Presl przedstawił historię anatolijskiego pasterza, który zakochuje się w dziewczynie pochodzącej z konserwatywnej muzułmańskiej rodziny. Walcząc o swoje szczęście, młodzi bohaterowie decydują się na ucieczkę do Stambułu, a w podróży ich nieoczekiwanymi sprzymierzeńcami zostaje para turystów, skrzętnie dokumentująca otaczającą ich „orientalną” rzeczywistość za pomocą aparatów fotograficznych.

Autor wprowadził do recenzowanego utworu dwie barwne dominanty: czerwień i błękit. Pierwszy z kolorów dotyczy ludzi, obiektów i przedmiotów uwiecznianych przez obcokrajowców, będąc również oznacznikiem dla tych elementów rzeczywistości świata przedstawionego, które mogą być percypowane jako coś odmiennego, obcego, egzotycznego. Motocykl pasterza, ciągnik, herbata w szklance, soczysty kawałek arbuza, bańki na mleko, dywanik do modlitw, chusta dziewczyny czy siodło dla osła to swoiste artefakty, które z punktu widzenia turysty mogą wydawać się czymś „orientalnym”.

Owa dominanta z jednej strony będzie sygnalizowała zmatrycowane spojrzenie przybysza (niepotrafiącego uwolnić się od swojego stereotypowego wyobrażenia Wschodu), z drugiej – będzie symbolem przemilczanego problemu (krew ojca), traumy (buty należące do zmarłego rodzica), pożegnania (gdy pasterz opuszcza wioskę pozostawia w niej swojego psa – pupil początkowo rysowany był czarną kreską, teraz jest w całości czerwony), wyobcowania (czerwone są napisy widniejące na billboardach wielkiego miasta, ale także taką barwę ma tłum ludzi, w którym przez chwilę gubi się ukochana pasterza).

Z kolei błękit dość jednoznacznie będzie kojarzył się tu ze sferą sacrum (wnętrze meczetu, pamiątkowy talizman zwany okiem proroka), intymnością (zjawy pojawiające się w pokoju protagonistki) i zapowiedzią zmiany (morskie fale). „Orientalizm” to przesycona poetycką nutą opowieść o walce tradycji z nowoczesnością, o (nie zawsze) spełnionych nadziejach oraz o poszukiwaniu własnej drogi w świecie, w którym bycie obcym wcale nie musi oznaczać bycia innym.

Warto jednak pamiętać, że oszczędne eksperymenty z kolorem ukazane na kartach „Orientalizmu” ustępują pola feerii barw, jaką Presl wykorzystał w (chronologicznie wcześniejszym, lecz u nas wydanym dopiero teraz) albumie „Szczęśliwi, którzy…” będącym opowieścią o poszukiwaniu spełnienia i przezwyciężaniu traumy.

Akcja utworu rozpoczyna się na lotnisku (malowanym niebieską linią), gdzie poznajemy – prezentowaną w analogicznym kluczu kolorystycznym – bohaterkę oczekującą na samolot. Trzymając czerwony bilet i pijąc brązową kawę, bohaterka wydaje się całkowicie wyobcowana z korowodu postaci (pozbawionych twarzy zastąpionych pustym polem zachęcającym do wklejenia w tym miejscu portretowej fotografii). Przynajmniej do momentu, gdy w poczekalni dosiada się do niej widniejąca na okładce małpa, z którą protagonistka nawiązuje nić porozumienia.

Tym samym Presl wprowadza do utworu kilka sekwencji retrospektywnych obrazów, za pomocą których rekonstruujemy okoliczności, w jakich kobieta zdecydowała się na lot do Afryki. Z ciągu niemych kadrów możemy wywnioskować, że jej tragicznie zmarły ukochany był (najprawdopodobniej) lekarzem zaangażowanym w misję humanitarną powiązaną z testowaniem nowego leku na trapiącą populację kontynentu chorobę (symbolizowaną przez brązowe paciorki wydobywające się z ciał autochtonów).

Lot do Afryki może zatem wiązać się z próbą zrozumienia idée fixe zmarłego partnera, od którego – czego również dowiadujemy się z retrospekcji – bohaterka zaczęła się emocjonalnie oddalać. Pobyt bohaterki w obcym kulturowo miejscu Presl ukazuje w sposób, w jaki później wykorzysta w „Orientalizmie”: kobieta percypuje rzeczywistość za pośrednictwem obiektywu aparatu, a jej kolorystyczny profil wyróżnia ją spośród delirycznego tłumu Innych.

Symultanicznie autor zawiązuje drugi wątek opowieści, dokumentując perypetie biznesmena reprezentującego kompanię górniczą. Nałogowo ćmiący papierosa oraz ochoczo zaglądający do kieliszka mężczyzna (zarówno dym, jak i alkohol zyskuje w tym komiksie chorobliwą barwę żółtozieloną) rysowany niebieską kreską zdecydowanie odcina się od dominującej wszędzie czerwieni skutecznie podgrzewającej już i tak wysoką temperaturę prezentowanej historii.

Chwilę wytchnienia paradoksalnie przynosi protagoniście pobyt w biurze (kojąca dla oka zieleń wykorzystana została także w scenach ukazujących pobyt bohaterki w hotelu), gdyż willa z basenem (wypełnionym chłodnym błękitem) okazuje się miejscem kolejnego wykluczenia: widzimy, że małżeństwo bohatera przechodzi poważny kryzys, a dzieci przyjmują powrót ojca z jawną obojętnością.

Błękit czapek, koszulek i gadżetów firmy AMC, której mężczyzna jest reprezentantem, staje się nie tylko symbolem zagranicznego kapitału, ale i dobrotliwego oblicza neokolonizacji zestawionego z czernią rewolweru oferowanego protagoniście przez jednego z jego współpracowników. Ta sama czerń będzie charakteryzowała wykrywacz metalu, którym skontrolowana zostaje protagonistka przed rozpoczęciem podróży, oraz karabiny AK-47 pojawiające się w finalnej części opowieści. Niezmiennie jednak czerń symbolizuje tu kontrolę, opresję i realne zagrożenie przemocą.

Jak nietrudno zgadnąć, w pewnym momencie ścieżki turystki i biznesmena przetną się ze sobą, owocując efemerycznym spotkaniem, które stanie się ubogacającym doświadczeniem przynajmniej dla jednej ze stron. Nawiązując w tytule swojego komiksu do wiersza XVI-wiecznego poety Joachima du Bellaya, Presl przypomina, że powrót do domu po długiej i żmudnej podróży wcale nie musi przynieść ukojenia: szczególnie gdy poszukujemy szczęścia kosztem innych ludzi.

Nicolas Presl: „Orientalizm” („Orientalisme”). Lokator. Kraków 2020.
Nicolas Presl: „Szczęśliwi, którzy…” („Heureux qui comme”). Lokator. Kraków 2021.

logo_gray

ART PAPIER 15 czerwca 12 (420) / 2021

„Mama Mordercy” Ida linde – Zyta Rudzka „Książki. Magazyn do Czytania”

mamamordercy_OKLADKA_480x195
Czytanie „Mamy mordercy” to czarna turystyka, wyprawa do miejsca zbrodni. Śladem zła podróżuję do Szwecji. Plan wyprawy wyznacza mi tajemniczy bedeker.

Pierwsze zdanie: „Mój chłopiec zapytał mnie: czy kochałabyś mnie gdybym kogoś zabił?”.„Mój chłopiec” – tak właśnie mama mówi o dorastającym synu. Wygląda na to, że nie jest to dzieciak z Bullerbyn.

Północny kraj zwiedzam z Henriettą, samotną matką, sekretarz redakcji w wydawnictwie. Jest zmęczona. Nie ma w niej nic ze stereotypu radosnej Szwedki, bezpruderyjnej nudystki. Pozostaje w celibacie, nosi obrączkę po babci, by odstraszyć ewentualnych ochotników, których zresztą ewidentnie brakuje.

„Przewiercała mnie absolutna samotność”, wyznaje. Wyczuwam klasyczne bergmanowskie dzieciństwo.

Przywołuje moment z przeszłości, kiedy jej syn z kolegą zabił ptaka: „Położyli kamień na puszystej główce i przycisnęli, aż pękła”. Ten odgłos pęknięcia wyznacza dla mnie rytm opowieści, powściągliwy, zagadkowy. Historia przywabia „głosem jakby zamkniętym w puszce”.

Czytałam tę książkę wielokrotnie. Co mnie do niej ciągnie? Ta niewielka powieść pisana pozornie prostym stylem przypomina szwedzki domek, skromny i uroczy, który niestety posiada również piwnicę – utkniemy w niej na dłużej, niż chcemy.

Szybko orientuję się, że specjalnością mojej przewodniczki jest dezinformacja turystyczna. Henrietta bardziej zataja, niż wyjawia, myli tropy, tworzy fałszywe poszlaki. Opowiada sen, w którym zgłasza się na ochotnika, żeby umrzeć. Na jawie szoruje ciało pod prysznicem szczotką do ziemniaków, co zaspokaja mój turystyczny voyeryzm.

Powieść Linde przenosi do krainy legendarnej czystej przyrody, ale nieustannie zwiedzam klaustrofobiczne osiedle wieżowców na dawnym terenie wojskowym. Po chodniku gonią dwa szczury. Plac zabaw, któremu „odjęto huśtawki”, opisany jest jako szkielet, co uruchamia we mnie haj czarnej turystyki. To tu, na blokowisku, mieszka Henrietta. Gości mnie – czy raczej: więzi – w swoim dwupokojowym mieszkaniu. Klimat Ikei z lat 90. To nie jest zamierzony vintage. Moja przewodniczka sypia na rozkładanej kanapie, mebel zbyt często pozostaje w tej pozycji również za dnia. W pokoju mordercy – sprana dziecinna kołdra we wzorek boiska do koszykówki. Kiedy syn wstaje z krzesła, matka w jego oparciu znajduje małe pęknięcie. „Jeśli drewno by żyło, wypłynęłaby ciecz”.

Ludzie odsuwają się od mamy mordercy, jakby syn wyssał zbrodnię z mlekiem matki. Henrietta już nie wychodzi wieczorem ze znajomymi. Ale nagle w tej surowej podróży po północnym kraj pojawia się coś na kształt niespodziewanej atrakcji turystycznej. Co porabia mama mordercy, która jedzie do więzienia na widzenie z synem? Poznaje inną mamę mordercy. Na imię jej Grace. Pomiędzy Szwedkami wybucha latynoskie pożądanie. Henrietta i Grace to ogień pod lodem. Czuję „gazowaną krew, którą potrafi obudzić tylko skóra drugiego człowieka”.

Love story uruchamia inną scenerię. Pojawia się dom Grace – duży, jasny, z wielkim ogrodem, nad jeziorem. Jest nawet prywatny pomost. Cóż, jest wszystko. Nawet narzędzie zbrodni – nóż kuchenny. Programowo skromny, jak wszystko w Szwecji.

„Mamę mordercy” można czytać jak historię popsutego losu, samotności, dojmującej osobności, macierzyństwa. To szwedzki stół: bierze się to, na co ma się ochotę.

OriginalPhoto-596741226.999401„Mama mordercy”, Ida Linde,
przeł. Justyna Czechowska, Lokator, Kraków

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Książki. Magazyn do Czytania” 3/2021

JAKUB SKURTYS – „Bądź blisko” Gander – MAŁY FORMAT

Forrest-Gander_select_3149-1

bewith_OKLADKA_front[…] Gandera, nagrodzonego za ten tom (org. „Be With”) Pulitzerem, interesuje utrata i obecność. Tom powstał po nagłej śmierci żony poety i te dwie kategorie filozoficzne stara się autor rozpisać na nowo gdzieś między trenem i ekopoetyką, a więc sztuką nowego zamieszkiwania w świecie poprzez język. Już motto jest prowokacyjne – „polityczne zaczyna się w intymności”, a dalej mamy lament orfizmu w czystej postaci: Orfeusza-geologa schodzącego do piekieł za pomocą pieśni, żeby z cząsteczek materii zrekonstruować obraz ukochanej (najbliższy temu doświadczeniu byłby chyba u nas późny Wat, ten z „Wierszy”). To bardzo trudny tom, momentami egzaltowany, momentami nieznośnie mistyczny, ale próbujący uchwycić ciągle stawanie się świata i w związku z nim postawić pytanie o granice „ja”. Gander przechodzi od elegii i trenów do prozatorskich wręcz eksperymentów geologiczno-fotograficznych (w ostatniej części „Strefa przybrzeżna”), od języka naukowego do lamentu religijnego. Doskonale chaotyczna jest ta droga ku rozproszeniu, jakiego doświadcza się w trakcie kontemplacji śmierci, tej nagłej, śmierci najbliższej osoby, i tej istniejącej wszędzie, będącej negacją życia. Na marginesie wspomnę tylko, że cała seria, w której Gander się ukazał, jest tak estetycznie dopracowana (poprzednio Ungaretii w 2019), że aż żałuję, że poezję obcą dzielę na półkach na kraje i tym samym nie mogę ustawić tych książek obok siebie. Nie warto cytować „Bądź blisko”, bo żaden cytat nie odda różnorodności tych języków i drogi, jaką musi przebyć czytelnik wraz z nimi.

KOGO NIE OCALA? PODSUMOWANIE ROKU 2020
TEKST: JAKUB SKURTYS
malyformat-logo

Gosia Walendowska – HyggeBlog.com – MIGRACJE „Gloria Gervitz

GGczarne-602710237.467203
Gloria Gervitz, Migracje, Wydawnictwo LOKATOR 2020

Gloria Gervitz urodziła się w 1943 roku w Meksyku, w żydowskiej rodzinie o polsko-ukraińskich korzeniach. Jak wielu Żydów w tamtym czasie, również i rodzina Gervitz uciekła z Europy przed antysemityzmem i widniejącą na horyzoncie wojną. Gloria dorastała w wielokulturowym środowisku w poczuciu wykorzenienia, oderwania od ojczyzny. W 1979 roku zaczęła pisać poemat Migracje, który z biegiem lat rozrósł się do obecnych rozmiarów, co jednak nie oznacza, że jest skończony.

Trudno określić, czym tak naprawdę są Migracje. To powiększający się twór, owoc wieloletniej pracy wydawany co jakiś czas z kolejnymi partiami. Utwór ten jest niesamowitą podróżą przez dekady życia poetki – jej zmieniające się uczucia oraz postrzeganie samej siebie, ludzi dookoła, relacji uczuciowych, fizyczności i zmysłowości.

Gervitz zaczyna pisanie, kiedy próbuje uporać się z dziedzictwem swojej żydowskiej babki – z brakiem zakorzenienia, poczuciem obcości, inności. Początkowe partie Migracji to swoisty dialog młodej, wchodzącej w dorosłe życie dziewczyny z duchami przeszłości. Rozmowa z żydowsko-chrześcijańskim światem, ale też z własną, budzącą się kobiecością, seksualnością. Religia miesza się tutaj z sensualizmem, kobiecą siłą, erotyzmem, poszukiwaniem swojego miejsca w świecie. Oniryczne wizje i bogactwo językowe przywodzą na myśl prozę Brunona Schulza.

Poemat porusza tematy, które jego autorce były bliskie podczas kolejnych etapów pisania – pojawiają się potrzeba bliskości drugiego człowieka, strach przed samotnością i starością. Autorka nie boi się pisać o kobiecym erotyzmie, a zdania stają się coraz krótsze, coraz mocniejsze, nasączone bogactwem znaczeń.

Czytanie Migracji to niesamowita przyjemność literacka. To dzieło totalne, choć nieskończone. Wzruszające, wielowątkowe. Rozpisane na lata i okresy ukazujące cykl życia kobiety – od młodości poprzez dojrzałość do starości.

Jeśli miałabym wytypować książkę, która w 2020 była dla mnie największym wyzwaniem, a jednocześnie dała mi największy czytelniczy zachwyt, byłyby to bez wątpienia Migracje Glorii Gervitz.

Gosia Walendowska
Hygge-logo-2020