Kim był „Wstrząsająco przystojny mężczyzna”?

16112844_10155689440829992_655591677638491168_o
OGLĄDAJ >>> http://wyborcza.pl/10,155521,21222980,kim-byl-wstrzasajaco-przystojny-mezczyzna.html?disableRedirects=true

Nobel dla… Justyna Sobolewska

okladka_CAMPOS_www
Mój kandydat do literackiego Nobla nie dość, że nie żyje, to nawet nie istniał.

To Alvaro de Campos, którego wymyślił Fernando Pessoa. W Wydawnictwie Lokator ukazały się dopiero co jego „Wiersze zebrane” w przekładzie Wojciecha Charchalisa (w oprawie graficznej PIO Kalińskiego).
Pessoa wymyślił go od A do Z: dał mu życiorys i charakter (choleryczny). Takich heteronimów stworzył mnóstwo (do dziś nie wiadomo, ile). Aby ożywić życie literackie, stworzył nawet grupę literacką z fikcyjnych poetów, która kłóciła się ze sobą – Alvaro de Campos krytykował samego Pessoę czy Bernarda Soaresa, którym to heteronimem podpisał Pessoa „Księgę Niepokoju”.

Nie tylko używał ich podczas pisania, ale wcielał się w te postaci. Kiedyś Pessoa przyszedł na spotkanie jako Alvaro de Campos i zachowywał się w sposób opryskliwy i niemiły. Alvaro de Campos pisał niestarannie, stąd trudność tłumacza i redaktorów: czy te niechlujności i błędy były zamierzone czy przypadkowe?

Dzięki de Camposowi Pessoa mógł robić w poezji to, czego mu, być może, nie wypadało – wiersz stawał się na przykład strumieniem emocji. I te wiersze są niezwykle sugestywne. Kiedy de Campos pisze „Hej! Hopla!”, czytelnik ma ochotę odpowiedzieć: „Hej! Hopla!”. Zaraża entuzjazmem, niepohamowanym apetytem na pożarcie wszechświata: „Moja wyobraźnia to Łuk Triumfalny”. Czasem wścieka się: „Co, do cholery!”, „Teraz zaczyna się Manifest: / Kurwa!”.

Jego program to „podłożyć bombę przeznaczeniu” i czuć wszystko w zwielokrotnieniu: „W sumie najlepszym sposobem na podróżowanie jest odczuwanie/ Odczuwanie wszystkiego i na wszystkie sposoby./ Odczuwanie wszystkiego z przesadą, (…) Im więcej będę czuł jako różne osoby, / im więcej będę miał osobowości (…), / będę, będę czuł, będę żył, / bardziej będę posiadać totalne istnienie wszechświata”.

Im dalej, tym więcej u de Camposa rozczarowania. Co zrobiłem ze swoim życiem? „Jakie życie zrobiłem z życia?”. To pytanie pojawia się coraz częściej. Co to znaczy „wykorzystywać czas”? „Śpię niespokojnie i żyję w niespokojnym śnie”, „Moje serce jest opróżnionym wiadrem”. „Ucisz się niepotrzebne serce, ucisz się! / Ucisz się, bo nie ma na co czekać, / I dlatego nie ma też powodu do rozpaczy”.

Rezygnacja przeplata się z humorem: „Pewnego dnia w restauracji (…) podano mi miłość jako zimne flaki”. A „Wszystkie listy miłosne są / Żałosne”. Staje się kronikarzem rozpadu, niemożności wyjścia poza swoje życie, „Ach, opium bycia kimkolwiek innym!”.

Najciekawsze, że w tym „wszechczuciu” Alvaro nie przestaje być czujnym obserwatorem siebie i jednocześnie tworzy portret człowieka na rozdrożu. Takiego, który mógłby powiedzieć jak u Dantego: „W życia wędrówce, w połowie czasu/ Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi/ W głębi ciemnego znalazłem się lasu”.

Czytamy ten tom jak jeden poemat, rwany zapis życia, sejsmograf ogołocenia. Alvaro de Campos zresztą opisuje własną śmierć: „spokojna anonimowa twarz zmarłego”. Niesłychane jest też to, że w tym szaleńczym zapisie jest tak wiele tonów. Jego jest tak dużo – chociaż przecież nie istnieje. Za każdy razem możemy podążać inną ścieżką lektury. Alvaro de Camposa najchętniej cytowałabym w całości. Nie razi nawet, że „me smutne serce robi bum”. Czytelnik to przyjmie, co więcej, uwierzy w szczerość fikcyjnego poety i będzie chciał mu towarzyszyć. To jest właśnie siła literatury. Hej! Alvaro! Hopla!

PS. A jednak Nobel potrafi ucieszyć: Dylan! (chociaż liczyłam na Philipa Rotha)

czytaj całość >>>

PODRÓŻE ZIMOWE – Grzegorz Jankowicz – Tygodnik Powszechny

Georges Perec sugeruje, że literatura powstaje i przeobraża się w sposób, którego nie da się ująć za pomocą klasycznych kategorii.
podroz_zimowa_perec_www

wsze pozostaje jakiś nieznany element, niedostępna nam część układanki, być może kluczowa dla zrozumienia relacji między poszczególnymi autorami i ich dziełami.

Poezja winna być dziełem wszystkich, a nie jednostki.
Lautréamont

Wedle jednej z wersji mitu Amalteja była nimfą, którą Rea poprosiła o opiekę nad maleńkim Zeusem. Na niemowlaka czyhał zachłanny i krwiożerczy ojciec, Kronos, który pożerał swe potomstwo, by w przyszłości nie mogło mu odebrać niebiańskiego tronu. Do kreteńskiej groty, miejsca kryjówki, pomysłowa i zaradna Amalteja sprowadziła Kuretów – bożków i zarazem kapłanów Rei – którzy głośnymi tańcami i brzękiem oręża zagłuszali płacz dziecka.

W innej wersji Amalteja to koza, której zadaniem było karmienie Zeusa. Podczas jednej z szalonych zabaw młody bóg, już wtedy słynący z porywczości i nieuważności, złamał jeden z jej pięknych rogów. Dzięki błogosławieństwu przyszłego władcy Olimpu róg zyskał magiczne właściwości: ciągle napełniał się jedzeniem. Właśnie dlatego nazwano go „rogiem obfitości” i uczyniono symbolem dostatku. Więcej: wszelkiej bujności, niesłabnącej energii i potężnej mocy, również twórczej.

(więcej…)

LEKCJE ZMYSŁOWEJ PAMIĘCI – Tygodnik Powszechny – Katarzyna Trzeciak

12112258_10154238123139992_8518944499920694261_nFot: PIO ( Ida Linde i Justyna Czechowska) Wro 2015
Ida Linde jest pisarką oszczędną. Wydane dotychczas w polskim przekładzie książki szwedzkiej autorki – „Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym” (2015) oraz „Poleciały w kosmos” (2016), obie przetłumaczone przez Justynę Czechowską – to pozycje objętościowo niewielkie, w poręcznym formacie. Nie ma w nich galerii bohaterów, epickiego zadęcia ani językowego nadmiaru. Linde tworzy miniprozy, z wyraźnie zawężoną liczbą postaci, a relacje między nimi sprowadzone zostają do najbardziej elementarnych. Nie jest to jednak proza spod znaku niedokończenia, rwania języka czy nadużycia wielokropka.
(więcej…)

Kraść hniłki – Justyna Sobolewska – POLITYKA

ETD_FRONT_wwwTkaczyszyn-Dycki kolejne książki poetyckie zaplata jak dobierany warkocz, do znanych motywów dodaje coraz to inny. Czytamy więc jego nową, znakomitą książkę „Nie dam ci siebie w żadnej postaci”, ulegając wrażeniu, że znamy te wątki – tymczasem tu cały czas pojawiają się rzeczy niespodziewane. Historia rodzinna i trauma najmocniej pojawiła się w książce „Imię i znamię” w 2011 r., a tutaj schodzimy do piwniczki, z której ciotka z UPA wyszła bez oka, bo tak ją urządzili kuzyni z AK. Historia rodzinna jest historią walki bratobójczej, historią języka i ojczyzny (kilkakrotnie tutaj Dycki mierzy się z tym słowem, wypróbowuje je). Ale jego głównym tematem jest sama poezja, w której nie da się uciec od rodzinnej przeszłości, a nawet więcej – bez tej historii i bez choroby nie byłoby poezji. Nie można się uwolnić, nie można jej też zmienić. W takim razie czym jest wiersz, bezdomny, oddzielający się od samego poety? Wiersz może przywoływać imiona z przeszłości: „z których nic/nie zostało mimo pięknych początków”, ale jednocześnie w poezji istotna jest „spódniczka opnidupka ale i kuciapka”.
(więcej…)

DWUTYGODNIK.COM: Ekscesy fantazji – Rozmowa z Jerzym Franczakiem i Tomaszem Wiśniewskim

wisniewski_wwwMICHAŁ SOWIŃSKI, KATARZYNA TRZECIAK: Niektórzy mówią, że wasza proza jest dziwna i nieco niedzisiejsza – może nawet dziwna w stylu retro. Czujecie się oldskulowcami?
TOMASZ WIŚNIEWSKI: Rzeczywiście, słyszałem coś podobnego. Niemniej, na jakimś głębszym poziomie kategorie literatury dawnej i współczesnej nie są dla mnie szczególnie jasne i niespecjalnie się nimi posługuję. Jako czytelnik odnajduję więcej świeżości i życia u Rabelais’go i Cervantesa niż u swoich rówieśników. Mam raczej poczucie, że jestem przedstawicielem pewnej orientacji w literaturze – chodzi o wspólnotę odczuwania, widzenia, fantazjowania i dowcipkowania, która jest ponadhistoryczna.

wyczerpanie_pasekJERZY FRANCZAK: Ja odnotowałem takie komentarze, ale tylko na początku, w odniesieniu do wczesnych opowiadań z „Trzech historii” i mojej pierwszej powieści, czyli „Przymierzalni”. Nie wiem, czy potem jakoś znormalizowałem swoje pisanie, czy poruszyłem tzw. istotne społecznie tematy, w każdym razie z takimi opiniami nie spotkałem się później, w kontekście tej niby-trylogii: „Nieludzkiej komedii”, „Da capo” i „NN”. Czasem – ale tylko czasem – mam wrażenie, że jakoś zdradziłem tamtego siebie… Ale pewnie można to nazwać rozwojem poprzez powtarzane samobójstwo.

(więcej…)

Krytycznym okiem o: „Poleciały w kosmos” Idy Linde

www_polecialywkosmosSubtelne, niepokojące, przesycone wieloznaczną symboliką i przejmująco opowiadające o ludzkich tęsknotach książki Idy Linde to prawdziwe literackie perełki. Po znakomitym zbiorze miniatur literackich „Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym” otrzymujemy kolejną narrację szwedzkiej autorki w znakomitym przekładzie Justyny Czechowskiej. To ten niezwykły tandem – pisarki i tłumaczki – daje nam okazję do obcowania z literaturą inną, wyjątkową, w specyficzny sposób angażującą. Druga książka Linde to także rzecz, która skonstruowana została w taki sposób, że różnorodne opisy świata i jego przeżywania pogrążają nas w niepewności tego, co naprawdę ważne i nad czym należy pochylić się z większą uwagą. Będzie to zatem historia wielu interpretacji. Wspólna płaszczyzna czytelniczego porozumienia może nie być możliwa jak płaszczyzna porozumienia dwóch pokoleń, różnych wrażliwości, odmiennej odwagi do stawania się i decydowania o sobie. To książka zagadek, ale i odkrywania pewnych oczywistych prawd o ludzkiej naturze. W nieoczywistej formie oraz nieoczywistym języku.

„Poleciały w kosmos” to opowieść wielu doznań i przesłań. Podobnie jak pierwsza publikacja Idy Linde dotyka problemu śmiertelności i naszej wewnętrznej niezgody na nią. To ponownie rzecz o trudnych relacjach, bardzo intymnych i niezwykle złożonych. Książka, w której nakreślenie przestrzeni kosmosu może być jednocześnie symbolem wyzwolenia, jak i zagubienia. Linde opowiada o tym, że być razem w życiu to zawsze wybierać. O macierzyństwie przeżywanym na dwa różne sposoby i o dziecięcym pragnieniu akceptacji każdej inności, każdej oryginalnej formy wyrazu siebie.
(więcej…)

Radio Kraków: Intymna powieść nie tylko o kobietach


Niewielka, poetycka i zaskakująca książka szwedzkiej autorki. „Poleciały w kosmos” to intymna opowieść o dorastaniu, macierzyństwie i wyborach, jakie zawsze w życiu kobiety przychodzą, kiedy staje się matką. Eleonore ma z tym problem przez całe dorosłe życie. Jej dwie córki Silja i Sontag wykazują się samodzielnością od najmłodszych lat, a ich matka nie znajduje dla siebie spokojnego miejsca zmieniając mężczyzn i adresy. Kiedy w końcu osiada na zapomnianej, zamkniętej stacji kolejowej gdzieś w Szwecji, nie wydaje się, by to był jej ostateczny wybór. choć dla dorastających córek to dziwne miejsce staje się oazą i domem.

To historia o odpowiedzialności, umiejętności godzenia pracy z domowymi obowiązkami, o samotności, inności, o trudzie tworzenia bezpiecznego świata.
Nic w tej historii nie jest oczywiste i wyjaśnione do końca. Ida Linde  ma trafiający do pojedynczego czytelnika bardzo specyficzny, piękny  język, z którym doskonale radzi sobie jej tłumaczka. A co z tym kosmosem? Pojawia się od pierwszych słów, a każdy czytelnik tej kameralnej opowieści ma szansę tłumaczyć tę kosmiczną przestrzeń dla siebie.
Ida Linde to należąca do młodszego pokolenia autorka – pisarka, poetka, autorka dramatów.
To druga książka Idy Linde przełożona na polski przez Justynę Czechowską i wydana w Krakowie przez wydawnictwo Lokator.
„To opowieść o różnych relacjach kobiety, która mimo wielu relacji, jest osoba samotną. O tym jak każdy z nas ma w sobie taki stały punkt samotności, oderwania od innych ludzi i świata zewnętrznego” – mówi tłumaczka w rozmowie z Radiem Kraków.

słuchaj >>> 

CULTURE.PL: Agnieszka Warnke – „O pochodzeniu łajdaków” Tomasza Wiśniewskiego

Doceniony w konkursie Promotorzy Debiutów 2015 zbiór opowiadań Wiśniewskiego to surrealizm w czystej postaci. Autor beztrosko żongluje skojarzeniami, roztaczając aurę cudowności i lekkości.

Ta lektura działa jak narkotyk. Już po przyjęciu niewielkiej dawki czytelnik popada w euforię podszytą lingwistyczną wyobraźnią, której towarzyszą niekontrolowane napady śmiechu. Stan literackiego upojenia objawia się również wyostrzonym postrzeganiem dwuznaczności wokół. W skrajnych przypadkach przedawkowanie grozi wyizolowaniem z rzeczywistości. Nie ma co się dziwić tej diagnozie, skoro opowiadania Wiśniewskiego skręcone są (słowo „napisane” byłoby ujmującym uproszczeniem) z paradoksów, fantazji i czystej radości. A jak sam zapewnia autor w jednej z miniatur: „Wszystko jest możliwe, nieskończone, wszystko jest magiczne!”

Świat Wiśniewskiego jest wielowymiarowy, rządzi nim przypadek, a reguły gry sprowadzają się do jednej: nic nie jest takie, jakim się wydaje. Rzeczywistość pod wpływem szczegółu przybiera zupełnie inne kształty. Ludzie tyją od za ciężkiego powietrza, nieuregulowanie rachunku w kawiarni uruchamia procedurę rozszarpania przez sępy, ale już płacąc parę groszy za odpowiedni wydruk z Internetu, można stać się właścicielem mieszkania. Absurd goni absurd. I nawet jak jest chwilami strasznie, to i tak jest zabawnie. Zupełnie jak w historyjkach taksówkowych Rolanda Topora, z tą jednak różnicą, że u autora”Cafe Panika” dominuje czarny humor i pesymizm, a „O pochodzeniu łajdaków” zaraża optymizmem. Wiśniewski zresztą nie ukrywa fascynacji francuskim pisarzem o polskich korzeniach. Daje temu wyraz w swoich opowiadaniach: przetworzone schematy, aluzje, pierwszoosobowa narracja, jej zwięzłość. Odnajdziemy w nich także ducha postmodernizmu w wykonaniu eksperymentalnej grupy literackiej OuLiPo.

czytaj całość >>> 

RADIOWY DOM KULTURY POLECA:

RADIOWY DOM KULTURY POLECA:
„ślady opon na poduszce” Marta Eloy Cichocka”
LOKATOR 2016
PLIK MP3 DO POBRANIA  >>>