Katarzyna Kubisiowska o „Miłosnej wojnie stulecia”

wojna_okladka_450x210_15www_frontDwóch rzeczowników rodzaju męskiego lękałam się najbardziej. Tego, że „patriarchat” i „feminizm” deklinowane przez wszystkie przypadki stworzą ideologiczny mur odgradzający tę historię od banalnej prozy istnienia. Pomyliłam się: „Miłosna wojna stulecia” pisana jest w ten sposób, by postawić na równe nogi czytelnika bez względu na jego światopoglądowe przekonania.

Autorką „Miłosnej…” jest Ebba Witt-Brattström, szwedzka literaturoznawczyni, raz na jakiś czas podnosząca adrenalinę w debatach publicznych, kilka lat temu analizą pedofilskich wątków w czwartym tomie„Mojej walki” Karla Ove Knausgarda.

Prywatnie Witt-Brattström ma za sobą trzy dekady małżeństwa z Horace’em Engdahlem, członkiem Akademii Szwedzkiej. Właśnie z tego doświadczenia zrodziła się „Miłosna…”, jej pierwsza nienaukowa książka, pisana już po rozwodzie, z rozmachem, w bólu, bez hamulców.

Wszystkim zagrała na nosie Witt-Brattström. Uwiodła poetycką formą, wypełniała makabryczną treścią. Zanurzyła się w ocean autobiograficznego doświadczenia, związała go w gorset kunsztownej fikcji. Wplotła w poemat tuziny kulturowych aluzji, od Märty Tikkanen przez Artura Strindberga po Ingrid Bergman, tylko po to, by dotknąć jądra ciemności.

Dwa głosy, żony i męża, nikogo więcej, tylko ich intymna obecność. Usiłują prowadzić dialog, ale wychodzi im werbalny pojedynek. De facto egzekucja – strzelają do siebie kulami wzajemnych przewinień, z kwestii na kwestię dosadniej. On – egotysta i pozer, mający w głębokim poważaniu kobietę. Ona – znerwicowana, sfrustrowana, skucząca o kroplę uczucia niczym szczenię o mleko. On mówi: „Jestem z siebie dumny. / I tak nikt się nie przejmuje / twoim zrzędzeniem”. Ona: „Ty masz obrzydliwą pornografię w sieci. / A co mam ja? / Patetyczne marzenie o bliskości?”. On: „Puściłaś mnie. / Nienawidzę cię. / Znikaj. / Srasz wokół siebie. / I nie płacz mi tu znowu / pizdo jebana”. Ona: „Życie z tobą to piekło: gówniane, / małostkowe, / chytre./ Wieczna agenda poniżania kobiet / za fasadą uroku”. On: „Ile smutku bym / nie czuł, / zawsze udowodnisz, / że twój smutek jest większy”.

(więcej…)

Jerzy Franczak – Deszcz alfabetów MIESIĘCZNIK ZNAK nr 758-759

Inger
Inger Christensen – zmarła przed dekadą poetka, powieściopisarka i eseistka – przynależy do panteonu duńskiej literatury. Do rąk polskiego czytelnika trafiła jedna z jej najsłynniejszych książek. alfabet to konceptualny poemat, będący tyleż pieśnią pochwalną na cześć życia, co apokaliptyczną wizją jego zagłady.

Już pierwszy wers, brzmiący: „antonówki istnieją, antonówki istnieją”, wprowadza nas w poetykę wyliczeń i powtórzeń. Ten poetycki idiom (znakomicie przełożony przez Bogusławę Sochańską) ma w sobie coś z psalmicznego zaśpiewu, a pierwsze fragmenty poematu układają się w swoisty hymn dziękczynny, przepełniony zachwytem nad pięknem widzialnego świata: „jasność czerwcowej nocy istnieje, jasność czerwcowej nocy, / niebo nareszcie jakby wzniesione na niebiańskie / wysokości i zarazem chylące się tak tkliwie jak w chwilach / gdy widzisz sny, nim ci się przyśnią”. Utwór, napisany nieregularnym białym wierszem, rozwija się w rytmie powracających fraz i obrazów. Lecz w jego konstrukcji przejawia się również matematyczna precyzja, a to za sprawą podwójnego rygoru, któremu podporządkowana została liryczna materia.

Po pierwsze, tekst nawiązuje do prastarej formy abecedariusza; każdą sekwencją rządzi kolejna litera alfabetu, która pojawia się na początku danego fragmentu i w licznych aliteracjach, np.: „cykady istnieją; cykoria, chrom / i cytrynowce; istnieją cykady; / cykady, cedr, cyprysy, cerebellum”. Abecedariusz to jednak niekonsekwentny i połowiczny – niektóre strofy wyłamują się z powyższej reguły, a sekwencji jest tylko 14, co oznacza, że zatrzymujemy się na literze „N”. To z kolei wiąże się z drugim kluczowym dla poematu konceptem. Rozmiary poszczególnych części rosną w tempie wyznaczanym przez ciąg Fibonacciego (0, 1, 1, 2, 3, 5, 8, 13, 21, 34, 55, 89, 144, 233, 377, 610…), czyli rozpiętość wersowa każdej partii poematu równa się sumie dwóch poprzednich (wyjąwszy pierwszą oraz ostatnią, skróconą o połowę). Najważniejsze, że cała ta kombinatoryka działa w ukryciu, nie potęgując wrażenia sztuczności. Więcej nawet – przydaje poematowi pozór bytu organicznego, rosnącego na naszych oczach według naturalnych, immanentnych prawideł.
Skąd to wrażenie? Z jednej strony alfabet służy jako zbiór najprostszych elementów graficzno-dźwiękowych; tekst wyrasta z nich, powtarza je z koniecznymi odmianami, wprowadza nowe elementy, będące następnie tematem wariacji. Cały ten proces przypomina rozwój żywego organizmu, w którym pomimo rosnącej komplikacji wciąż rozpoznajemy obecność stadium początkowego. Z drugiej strony poetka genialnie opracowuje matematyczną zasadę. Ciąg opisany przez Leonarda z Pizy zwanego Fibonaccim uchodzi za sekretne zaklęcie Matki Natury. W odróżnieniu od regularnego przyrostu opisanego przez ciągi arytmetyczny (2, 4, 6, 8…) czy geometryczny (2, 4, 8, 16…) rozwija się bardziej skokowo, choć nadzwyczaj harmonijnie. To abstrakcyjny schemat spiralnego wzoru wszechobecnego w przyrodzie, wpisanego w kształt liści, muszli skorupiaków, tornad, mgławic kosmicznych i galaktyk. alfabet okazuje się więc bytem paradoksalnym: sztuczny twór znakowy, wykoncypowany podług z góry przyjętych założeń i zniewolony przez arytmetykę, włącza się w świat przyrody ożywionej i nieożywionej właśnie za sprawą swojej regularnej struktury!

Dzieło Christensen nie spełnia się jednak w psalmicznym dziękczynieniu. Edeniczny praobraz, z nieodzownym drzewem jabłoni, szybko nasyca się niepokojącymi sygnałami. Już w drugim fragmencie czytamy: „borówki istnieją i paprocie, paprocie / i brom istnieje; i wodór, wodór”. Oczywiście wodór (najczęściej występujący pierwiastek chemiczny we wszechświecie) oraz brom (obecny we wszystkich organizmach żywych) stanowią podstawowy budulec wszelkiego bytu, ale skojarzenia wędrują w stronę eksperymentów chemicznych i broni masowej zagłady. Potwierdza je otwarcie części dziesiątej: „bomba atomowa istnieje / Hiroszima, Nagasaki” (dalej również: „bomba wodorowa istnieje / i modlitwa o to, by umrzeć”). Wraz z rozkręcaniem się tekstowej spirali wizja zniszczenia ogromnieje, by kulminować w końcowych strofach, przynoszących obraz spełnionej apokalipsy – spustoszonej Ziemi, po której błąkają się ocalałe cudem ptaki oraz dzieci, nadaremnie szukające schronienia w jaskiniach.

alfabet ukazał się po raz pierwszy w 1981 r., czyli na początku ostatniej gorącej fazy wyścigu zbrojeń. W tej perspektywie może stanowić świadectwo psychozy zrodzonej przez falujący antagonizm zimnowojenny. Lecz Christensen wydobywa ten lęk z historycznych ram i przypisuje mu upiorną trwałość. Od czasów Hiroszimy obraz nuklearnego koszmaru wydaje się niemożliwy do wymazania z pejzażu: „niebo zalane światłem, / światłem które od tamtego / dnia przypomina / ogień bomby atomowej”. Nie sposób zahamować triumfalnego pochodu technonauki, nie ma powrotu do utraconego raju niewinności, nie da się wrócić do początku, by zacząć raz jeszcze recytować świat, poczynając od pierwszej litery. Kiedyś alfabet się skończy, podobnie jak życie na Ziemi; przerwanie abecedariusza na 14. z 26 liter łacińskiego alfabetu może oznaczać, że znajdujemy się w samym środku tego procesu, a dynamika jego rozwoju, poddana nieubłaganym prawom liczbowym, nabiera tempa.

czytaj całość >>>
znak-logo

 

Książki na ostro: „CYKL BIAŁY” Athena Farrokhzad

cyklbialy_front_www-670x935
Debiutancki tom poezji Atheny Farrokhazd to połączenie wściekłego ataku na dyktaturę, pełnej żalu opowieści o imigracji, refleksji o języku, który kłamie i zaciemnia oraz historii rodziny szukającej swojego miejsca.

 

Trudno wyliczyć, ile wątków mieści się w dość niewielkim tomie poetyckim młodej, urodzonej w 1983 roku poetki. Farrokhzad pochodzi z Teheranu, ale większą część życia spędziła w Szwecji, tam wykłada creative writing i pisze do „Aftonbladet”. Justyna Czechowska przełożyła na język polski jej debiutancki tom, który ukazał się w 2013 roku, a w międzyczasie został przetłumaczony na angielski i przerobiony na sztukę teatralną. Właściwie wystawienie Cyklu białego na scenie nie wymagało większych zmian – bo cały ten tom nie składa się z tradycyjnie rozumianych wierszy, ale właśnie z fragmentów wypowiedzi, które balansują na granicy liryki i dramatu. Kolejne fragmenty to wypowiedzi poszczególnych osób, członków jednej rodziny: matki, ojca, brata, babki i wuja. Głosu nie zabiera tylko ta postać, do której kierowane są te słowa, córka, dość boleśnie przeżywająca relację z matką:

Matka mówi: Napisz tak

Matki i języki są do siebie podobne

Nieustannie o wszystkim kłamią

(więcej…)

Poetycka ankieta Xięgarni – Linn Hansén

Poetycka ankieta Xięgarni – Linn Hansén

linhansen

Linn Hansén, laureatka Nagrody im. W. Szymborskiej za tom „Przejdź do historii” (wydawnictwo Lokator, 2017). Za przekład książki ze szwedzkiego na język polski została nagrodzona Justyna Czechowska.

Dlaczego pisze Pani wiersze?
Linn Hansén: W przypadku książki Przejdź do historii chodziło mi o to, by spróbować zrozumieć, czym jest to, co nazywamy historią, albo przynajmniej ułożyć coś, o czym mogłabym rozmyślać wspólnie z czytelnikiem. Co oznacza, że historia jest opowieścią pragnącą objąć wszystko, podczas gdy zbudowana jest z tego, że większość rzeczy z niej wykluczono? Czy historia może być jakimś kluczem do współczesności i jaki jest jej potencjał w walce o to, czego za historię nigdy nie uznano? Historię można by opowiedzieć jako walkę prędzej niż porozumienie, ale zwycięzca będzie potem decydował o sposobie opowiadania o zdarzeniach. To także pytanie o produkcję wiedzy, to znaczy o władzę – ponieważ historia jest prawdopodobnie największą narracją, jaką posiadamy, mówi o sposobie, w jaki opowiadamy i organizujemy wszystkie inne aspekty życia.

Jak wyglądałoby Pani życie bez poezji?
LH: Nie sądzę, że jakoś szczególnie zmieniłoby to moje życie, ale uważam, że jeśli poezja jest dobra, może stworzyć system albo poszerzyć ramy myślenia – stawiając jedno obok drugiego, zmieniając albo użytkując różne rodzaje języka, zwiększając lub zmniejszając tempo w sposób, dzięki któremu dostrzega się nowe aspekty tego czy owego.
To też dlatego poezja jest dobra i na dobry humor, i na cierpienie. Ponieważ może ukryć lub przesunąć znaczenie, może mówić o rzezach, o których z jakichś powodów nie da się opowiedzieć w inny sposób. Dlatego poezja staje się narzędziem oporu, nie tylko w niektórych miejscach.

Gdzie szuka Pani inspiracji?
LH: Pisząc Przejdź do historii nie czytałam książek historycznych, ale przeglądałam sporo testów z historii dla szkół podstawowych, czytałam instrukcje obsługi aparatów,szyldy z zakazami w tramwajach i inne teksty, które pod względem formy są domyślnie jednoznaczne, dydaktyczne i autorytarne. Z czasem zaczęłam czytać także polityczne teksty dotyczące historii, także te napisane przez nacjonalistyczną, skrajną prawicę, która zawłaszczyła historię jako taką w swej narracji o ojczyźnie, białej rasie i szwedzkiej (czy choćby polskiej) kulturze. (więcej…)

Laudacja Doroty Walczak-Delanois

Laudacja o tomie „Przejdź do historii”
Linn Hansén, w przekładzie Justyny Czechowskiej

linhansen_OKLADKA_480x195_pogladowa
Przejdź do historii
tomik autorstwa Linn Hansén, w przekładzie Justyny Czechowskiej, opublikowany w wydawnictwie Lokator, stanowi oryginalne i niezwykle zaproszenie do uważnego obejrzenia fragmentów osobnych indywidualnych losów, ewolucji społeczeństw i wspólnej, ludzkiej Historii. Poprzedzone mottem z Gertrudy Stein, to zaproszenie-świadectwo, ma nas, czytelników, skłonić do refleksji nad miejscem współczesnego człowieka w czasie i przestrzeni. Zarówno Autorce jak i tłumaczce udaje się zaintrygować nieoczywistą prostotą formuły pytań i twierdzeń, które, w pozornie nieuporządkowanym ciągu, zamieniają swoją zwyczajową tożsamość pytającą i twierdzącą. Zasiane tak wątpliwości, każą rewindykować nagromadzone przez nas wiadomości i stan wiedzy oraz bezwzględne, empiryczne dane, a także ich względną użyteczność.

Autorka tomiku przypomina, że niezależnie od stopnia trudności pytań, dziwności czy retorycznego charakteru, trzeba nadal je stawiać, tym bardziej właśnie, że są to pytania niewygodne, związane z naszą odpowiedzialnością za siebie, za drugiego człowieka, za świat, w którym żyjemy. Oś czasu od archiwalnej, przeczytanej prehistorii do historii, którą dopiero tworzymy, może przyjąć formę koła, ale i– ostrzega Autorka – jego kwadratury:

„To jest historia zaczyna się i kończy tym że zapłacisz/ Historyczne jest patrzenie na coś co długo stało  i upadło/ Historyczny jest płacz nad zbrodnią/ Historyczna i traumatyczna jest sytuacja kiedy rodzina przyjacielei sąsiedzi odwracają się od ciebie. //Historia powinna odpowiadać na pytania.”(s. 6)/ (…) Czym jest historia tęsknota to historia. (s. 12) (…) Historia o to nie pyta (s.12)”

(więcej…)

BAJECZKA OPOWIADA SIĘ – OLGA WRÓBEL – dwutygodnik.com

elizje_LOKATORNazwisko mało znane, tytuł enigmatyczny, objętość niewielka, wydawnictwo niszowe. I co ma zrobić czytelnik, spragniony jasnych komunikatów, ściskający w spoconej dłoni ciężko zarobione złotówki? Zainwestować czy nie? Na szczęście w opisie pojawia się słowo, które każdemu w głowie rezonuje i konotuje: „królewna”.

Królewny znamy od wczesnego dzieciństwa: są prześladowane przez zazdrosne macochy, wyciągają ciekawskie dłonie w stronę wrzeciona, czyszczą chatki krasnoludkom, bywają ratowane przed smokami, ewentualnie przed Kościejem Nieśmiertelnym, jeżeli zdarzyło się im zamieszkać w Rosji i przybrać postać carówny. Pomimo swojej zasadniczo nieciekawej natury budzą żywe emocje. Dziewczynki chcą być jak one – tak przynajmniej przekonuje nas hybryda przemysłu filmowo-zabawkarsko-kosmetycznego. Dorosłe kobiety chciałyby czasem założyć suknię, a potem niewinnie zgubić pantofelek i poczuć, jak na ich stopę wsuwa go zakochany książę – tak przynajmniej przekonuje nas… hm, co właściwie? Patriarchat? To pole do głębszych rozważań. Feminizm i zdrowy rozsądek mówią natomiast, że droga królewny nie ma w sobie nic szczególnie pociągającego, lepiej być Pippi Pończoszanką i w razie potrzeby wnieść konia na przysłowiowe trzecie piętro.
(więcej…)

Urszula Pieczek – Pochwała intymności – Miesięcznik ZNAK

29:1Czerwona koperta. W kopercie tekturowe pudełeczko niewielkich rozmiarów. W pudełeczku zawinięte w szary papier ostemplowany pieczątką pojedyncze kartki z delikatnego papieru. Na kartkach listy. Niewysłane, nie na sprzedaż.

29 niewysłanych listów to projekt przygotowany przez szwedzką pisarkę Idę Linde, tłumaczkę Justynę Cze­chowską oraz Pio Kalińskiego, założy­ciela wydawnictwa Lokator. To nie pierwsze przedsię­wzięcie tych trojga osób – od 2015 r. krakowska oficyna publikuje powieści Linde w przekładzie Czechowskiej (Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym, Poleciały w kosmos, Na północ jedzie się, by umrzeć). Wszystkie cieszą się dużym zainteresowaniem. Szwedzki oryginał listów znacząco różni się w formie od wydania pol­skiego – choć łączy je niewielki nakład, w Szwecji listy zostały wydane jak zszyta (przypominająca książkę) broszura z wydrukami tekstów z ręcznie wykonanym tytułem na okładce. Historia powstania tego niezwy­kłego tomu jest zadziwiająco prosta – Linde postano­wiła przeczytać zapisane w kopiach roboczych maile, których z jakichś względów nie wysłała.Trudno nazywać 29 niewysłanych listów książką – to pięknie opakowany zbiór literackich miniatur Linde, wydanie limitowane, sygnowane numerem i podpisami autorki oraz tłumaczki.

29 niewysłanych listów to także projekt dzielenia się intymnością – trafił (za pośrednic­twem poczty bądź bezpośrednio) do rąk 101 osób ze świata kultury i literatury, przyjaciół, bliskich, sprzymierzeńców, których wybrała trójka – chyba można pokusić się o takie stwierdzenie – autorów.

Sprezento­wali upominek, który tworzy niezwykłą poetycką więź między nimi a czytającymi, obdarowanymi.

29:7Na 29 niewysłanych listów składają się wiersze prywatne i intymne, są to wspomnienia, rozrachunki, szczere wyznania skierowane do różnych osób, zapiski, utrwalone fragmenty zdań czy wypowiedzi. Nadaw­czyni jest matką, córką, przyjaciółką, kochanką, poetką, która powoli odkrywa swoje lęki, słabości, rozterki i naj­głębsze uczucia, schowane nawet przed sobą.

Motto 29 niewysłanych listów stanowi cytat z ame­rykańskiej pisarki Chris Kraus – „Every letter is a love letter”. Czy niewysłany list także jest listem miło­snym? Dlaczego nigdy nie został on wysłany? O czym świadczy zachowanie go dla siebie? Linde napisze: „Nie chciałam rozmawiać z tobą w inny sposób”. Okazuje się, że niewysłanie, pozostawienie tych przemyśleń, urwanych zdań, wyznań sobie może być jedynym spo­sobem na szczerą rozmowę, gestem sprawczym, (para­doksalnie) świadectwem odwagi i – bez wątpienia – gestem miłosnym. „Jesteś drugą połową mojej myśli”, „Kiedyś powiedziałaś, że mnie kochasz”, „Gdybym była młodsza, zakochałabym się w tobie”, „Tak naprawdę jestem ci winna wszystko”, „Mówisz, że mogłabyś poje­chać ze mną gdziekolwiek, ale że z pewnością znudzi­łoby ci się po czterech latach, a jednak chciałabyś mieć te cztery lata ze mną” – wyznaje nadawczyni niewysła­nego listu. Pozornie nieznaczące drobiazgi, wypowie­dziane mimochodem słowa, frazy zostają zapamiętane i uczą uważności – to na nich koncentruje się opowieść. Niewysłanie tych intymnych opowieści z jednej strony można uznać za akt braku odwagi, z drugiej jednak – to jeden z piękniejszych sposobów, by sprawdzić, jakie emocje rządzą nami w danej chwili.

29:8Po przeczytaniu tych listów-wierszy na długo pozostało ze mną pytanie: co zostało wysłane w zamian, o czym poetka napisała, o czym nie napisała? Do czego się przyznała, a które uczucia wyparła? Zdałam sobie jednak sprawę, że lepiej nie zadawać pytań, w końcu „Nigdy nie będziemy rozmawiać o tym, co minęło / Teraźniejszość to choroba”.

znak-logo

Ida Linde
29 niewysłanych listów
tłum. Justyna Czechowska,
Wydawnictwo Lokator, Kraków 2017

http://www.miesiecznik.znak.com.pl/pochwala-intymnosci/

Anna Marchewka – Koczowniczki szarych marginesów Opowieści – Miesięcznik ZNAK

elizje_LOKATORZbiór drobnych tekstów krytyczki i literaturoznawczyni Elizy Kąckiej prowokuje do namysłu nad rosnącą – jak podkreśla Jan Gondowicz, redaktor Elizji – przepaścią między logiką a etyką.

Na debiut literacki Kąckiej składają się „opowieści przyjemne” oraz „opowieści nieprzyjemne”; choć tych drugich jest mniej, to z wyrafinowanym poczuciem humoru zdają się ciągnąć czytelników ku granicom „Trudnego Szczęścia królestwa”. Czym są owe tajemnicze „elizje”? „Była sobie bajeczka, która była naiwna z wyboru” (s. 41) – można to zdanie potraktować jako klucz (jeden z wielu, zapewne) do książki. Pozorna niepowaga tych drobnych tekstów („bajeczka” lekceważona jest przez „bajki z prawdziwego zdarzenia”, a także wiersze i prozę) skłania do podejmowania działań bardziej niż serio: podważania oczywistości, które – z rozpędu czy przyzwyczajenia – chcemy uznawać za obowiązującą realność. Elizje nie zadowalają się pozycją „iluzji”, ich „dziwność” nie wyczerpuje się w wywoływaniu zakłopotania czy poczucia obcości; przeciwnie – jest rodzajem wyzwania. Bohaterkami Elizji uczyniła Kącka królewny „z innej bajki”, które nie grają w zastane gry, ale też niespecjalnie starają się zmieniać zasady. Ryzykownie wybierają raczej odstępstwo, zdejmują koronę, wypadają z formy, nie liczą się, gadają od rzeczy, rozmieniają się na drobne (okazuje się, że nie ma powrotu do porzuconej roli) i dzięki tej niecentralnej pozycji wystawiają się na nieprzewidywalną zmianę. Elizje to pełen smutnego wdzięku zestaw ćwiczeń z wyobraźni, który uchronić może przez pokusą wyuczonej na pamięć puenty.

znak-logo

Eliza Kącka
Elizje
Wydawnictwo Lokator, Kraków 2017, s. 82

Ilona Klimek – Linia horyzontu – Miesięcznik ZNAK

linda_okladka_450x210_REDwww„Niczego nie da się dostrzec w jednym momencie. Należy patrzeć z wielu stron, a nawet wtedy nie jest się pewnym” – pisze Ida Linde w trzeciej (nie licząc limitowanej edycji poetyckiego zbioru 29 niewysłanych listów) przetłumaczonej na język polski książce.

Na północ jedzie się, by umrzeć rozpoczyna seria morderstw dokona­nych przez Benjamina na oczach jego współ­towarzyszki Sary. To strzelaniny wydarzające się nagle, w niezrozumiałych okolicznościach. Kolejne scenki narracyjne wcale nie wyjaśniają motywów zbrodni: ktoś wraca oddać zabrany w pośpiechu telefon, ktoś inny jest niesłusznie oskarżany… To jedynie wycinki większej opo­wieści, która pozostaje w sferze domysłu. Linde dzięki niezwykłej wrażliwości i poetyckiemu języ­kowi próbuje pokazać, że nasz punkt widzenia nie jest tym jedynym. Horyzont spojrzenia pozo­staje linią, dopóki nie postanowimy się jej uważ­niej przyjrzeć i dostrzec, że wszystkim wcale nie rządzi skomplikowany układ zależności, który można zrozumieć, ale przypadek wynikający z niewyjaśnionych pobudek kierujących ludzką naturą.

Pisarka ukazuje bolesny obraz rzeczy­wistości, gdzie w chwili największych trudności zawsze zostajemy sami, a wówczas między nami a światem buduje się niewidzialna błona unie­możliwiająca wrażliwe, rozumiejące spojrzenie na to, co się wydarza wokół. Tak niepostrzeżenie tworzy się piekło, gdzie ludzkimi motywami kie­ruje niepokój, bliskość jest tylko pozorem, dzieci zmagają się z przeszłością rodziców, a pamięć staje się uciążliwym obowiązkiem. Ocaleniem może być tylko nieustanne kwestionowanie linii horyzontu – uciszenie wewnętrznej wojny i spoj­rzenie na innych, którzy również mają swoje historie domagające się wysłuchania.

znak-logo

Ida Linde
Na północ jedzie się, by umrzeć
tłum. Justyna Czechowska
Wydawnictwo Lokator, Kraków 2017, s. 196

Ilona Klimek – Zdjąć hełm? Miesięcznik ZNAK


www_polecialywkosmosPoleciały w kosmos
 to druga po Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym pozycja szwedzkiej pisarki Idy Linde wydana przez Lokator, dzięki współpracy ze znakomitym duetem: tłumaczką Justyną Czechowską i ilustratorką Zosią Dzierżawską.

Linde znów wprowadza nas w sam środek przestrzeni bardzo intymnych relacji i emocji, o których mówi za pomocą niezwykle skondensowanej formy prozy poetyckiej. Tym razem zaprasza do kobiecego świata, opowiadając historię Eleonore i jej dwóch córek Sontag i Silji.

„Nigdy nie byłyśmy jednym” – tłumaczy Sontag swojej starszej siostrze Silji, na co ta odpowiada jej: „Byłyśmy w tej samej historii”. „Bycie w tej samej historii” oznacza u Linde nieustanne napięcie między bliskością a oddaleniem, konieczność ciągłego negocjowania swojego miejsca. Dla Eleonore wiąże się to z próbą pogodzenia kariery naukowej z trudną rolą, jaką okazuje się macierzyństwo. Natomiast dla jej córek łączy się z walką o względy i uznanie matki. Dziewczynki wychowują się w jednym domu, lecz dojrzewanie i wkraczanie w obcy świat wymusza symboliczne wejście do osobnych rakiet: konfrontację ze sobą podejmowaną z pewnego dystansu, ale ze świadomością, że są siostrami, nawet jeśli oznacza to bycie zupełnie różnymi.

Z opowieści Linde wybrzmiewa pytanie o to, jakie są granice naszej osobności. Jak daleko trzeba się posunąć, żeby wiedzieć, że w ogóle się tam było? Czy zdjęcie hełmu to akt odwagi, czy też naiwnego zachłyśnięcia się wolnością? Na te pytania nie ma właściwych odpowiedzi, polecieć w kosmos oznacza bowiem zawalczyć o siebie, pozwolić sobie być na własnych warunkach, absolutnie niesprowadzalnych do sytuacji innej osoby i relacji, jakie buduje ona z bliskimi.

znak-logo

Ida Linde
Poleciały w kosmos
tłum. Justyna Czechowska,
il. Zosia Dzierżawska,
Wydawnictwo Lokator, Kraków 2016, s. 154