Tajemnice uczuć. Historia naturalna – Peter Mickwitz

102429955_3605979236085833_9169757380443874654_oEliza Kącka”Zwierzyzm”

Wyższym stadium kapitalizmu jest imperializm, a wyższym stadium zoologii – zwierzyzm. Uprawiają go ci, którym realna fauna nie wystarcza: Henri Michaux, Michal Ajvaz i Peter Mickwitz. Ten ostatni to 56-letni dziś poeta fiński piszący po szwedzku. Wydał sześć tomów wierszy, opowiadania, a niedawno – ekscentryczny Leksykon obrazkowy do czytania. Książkę tę poprzedzał świetny zbiór Tajemnice uczuć. Historia naturalna (Känslornas Mysterier. En Naturhistoria, 2016), gdzie Mickwitz odkrył zwierzyzm, dzięki czemu odkryła go i tłumaczka Justyna Czechowska.

Zwierzyzm służy zgłębianiu spraw ludzkich zbyt subtelnych i złożonych, by mogły się zmieścić w słowach: trzeba ścieśnić je w obrazek. Wymyśla się w tym celu jakieś zwierzę. To ćwiczenie wyobraźni, próba skłonienia jej do rywalizacji z dziwnością świata. Każdy ze stworów Mickwitza nosi nazwę stanu ducha (Miłość, Rezygnacja, Spokój) lub jego uosobień (Znudzony, Ignorant, Skarcony); dopiero w przekładzie na zwierzę ujawniają się tajemne labirynty, sprzeczności, zakamarki. A wszystko, nie przestając być dziko śmieszne, pozostaje melancholijne – rzadko spotykany w surrealizmie melanż.

Wśród czterdziestu krótkich próz poetyckich Mickwitza znajdzie się też systematyka obłażących nas znaków interpunkcyjnych, gablotka osobliwych minerałów, powiastki filozoficzne, przyczynek do geografii fantastycznej, traktat astronomiczny i reportaż. Kto podda się urokowi tej książki, nie zapomni, że rezygnacja to zębaty waleń, oburzenie – podstępny krokodyl, pretensjonalny to niejadalna ryba, skarcony – wstydliwa małpiatka, uścisk – bałtycka gąbka, a żaba nienawiść „wydaje straszny, przerażająco donośny odgłos, przede wszystkim nocą: w górę i w dół, wrzask niczym zardzewiała piła na sterydach, wystarczy jeden rozkrzyczany osobnik, by nie dać całej wiosce zasnąć aż do rana”. Pod znakiem Linneusza wszystko jest możliwe.

Książki. Magazyn do czytania” 2020

Księgarka na regale: Tajemnice uczuć

IMG_5461
okladka_uczucia_480x195_CMYK_front„Tajemnice uczuć” to zbiór krótkich tekstów, które stanowią niejaki pastisz encyklopedii. Encyklopedii wypełnionej uczuciami przebranymi za zwierzęta, rośliny i minerały. Wolna wyobraźnia natychmiastowo zgrała się z zamysłem autora. Czekają na was osobliwe przedstawienia Radości i Smutku, Samotności i Miłości. I od tego fińsko-szwedzki autor zaczyna swój zbiór, który znów genialnie tłumaczy dla nas Justyna Czechowska . Skosztujcie sami: „W przeciwieństwie do zwykłych Świetlików Miłość występuje wyłącznie w starych kompleksach parkowych. Najlepiej czuje się w zdziczałych ogrodach dworków, gdzie górują sękaty Dąb i Wiąz.(…) Stąd w naszym kraju Miłość występuje głównie w południowych krańcach oraz w niewielu enklawach w głębi lądu. O ile światło Świetlika produkują wyłącznie samice – w zamiarze zwabienia samców – o tyle sprawa z Miłością jest dużo bardziej skomplikowana: wabiącym światłem uwodzą zarówno samice, jak i samce. Dlatego niczym niezwykłym u Miłości nie jest to, że samce ciągną do samców, a samice do samic. Miłość nie zna granic płci, to piękne.” A nawet bardzo piękne, wzruszyłam się.
unnamed

TOK FM: Krakowskie Przedmieście: Łukasz Wojtusik, Justyna Czechowska

102429955_3605979236085833_9169757380443874654_o„Mickwitz przypomina dorosłym jak ważna jest wyobraźnia” – Justyna Czechowska o książce „Tajemnice uczuć. Historia naturalna” Petera Mickwitza

Książka, która zrywa z naszymi przyzwyczajeniami dotyczącymi nazywania uczuć. Emocje występują w niej pod wieloma postaciami : zwierząt, roślin, minerałów. To zbiór tematów, filozoficzna opowieść z elementami naukowymi, zabawa literacka, zagadka? O nieistniejących minerałach i istniejących uczuciach z książki „Tajemnice uczuć. Historia naturalna” Petera Mickwitza opowiada Justyna Czechowska autorka przekładu na język polski.

m22623812 POSŁUCHAJ >>>

Gloria Gervitz w Radio Kraków

6df36efdf58cc1dbcb0bc9d44268cd93_wide_705x396
Rozmowa z Glorią Gervitz, meksykańską poetką urodzoną w rodzinie polsko-ukraińskich Żydów Laureatka Nagrody im. Pabla Nerudy jest autorką poematu „Migracje”. Dzieło powstawało na przestrzeni kilkudziesięciu lat i ewoluowało, zmieniając się przy każdym kolejnym wydaniu. „Migracje” w przekładzie Anny Topczewskiej ukazały się nakładem Wydawnictwa Lokator.
imgres
Rozmowa z udziałem i w tłumaczeniu Marty Eloy Cichockiej, redaktorki polskiej edycji „Migracji”, poetki, tłumaczki, badaczki literatury, iberystki.
Zaprasza Katarzyna Fortuna
SŁUCHAJ >>>

Ida Linde, „Mama mordercy” – ALEKSANDRA BYRSKA – Wizje

OriginalPhoto-596741226.999401Mamę mordercy Idy Linde z łatwością można nazwać książką o bezwarunkowej miłości matki do dziecka, o poświęceniu, o mierzeniu się z traumą. Fabuła jest dość prosta – samotna i zamknięta w sobie kobieta wychowuje przybranego syna, chłopak dojrzewa i niepokojąco się zmienia, aż pewnego dnia znika, a zamiast niego w mieszkaniu pojawia się policja. Gdy chłopak zostaje osądzony za morderstwo i zamknięty w więzieniu, jego matka rozpoczyna nowy etap życia. Macierzyństwo nie jest jednak ani głównym, ani jedynym tematem tej książki. Wbrew pozorom Henrietta, czyli tytułowa mama mordercy, nie jest w tej prozie określona wyłącznie poprzez relację z przybranym synem. Specyfika tej relacji jest raczej konsekwencją tego, kim bohaterka była już wcześniej i zapewne nie pozostało to bez wpływu na sposób wychowania jej dziecka. Mamy skłonność do postrzegania kobiet będącymi matkami wyłącznie przez pryzmat ich macierzyństwa. Okazuje się to jednak złudne, gdy bohaterka Linde stopniowo odsłania przed czytelnikiem rodzaj wyrwy w osobowości, dla której chłopiec mógł być co najwyżej lekarstwem, dodajmy od razu, że nieskutecznym.

Kim jest tytułowa bohaterka powieści Idy Linde? Cichą, samotną kobietą, pracującą w wydawnictwie i wychowującą przybranego syna, poświęcającą wszystkie siły dziecku, które wydaje się być całym jej światem. Jego dojrzewanie wytrąca bohaterkę z równowagi, a morderstwo wyłącznie pogłębia stan, w którym znalazła się już jakiś czas wcześniej. Nie wiemy o nim zbyt wiele, ale ze stopniowo odsłanianych przez narratorkę wspomnień wyłania się postać nieuleczalnie wyobcowana i depresyjna, niezdolna do nawiązywania i podtrzymywania więzi z innymi ludźmi. Dziecko pełni funkcję lekarstwa na pustkę, daje możliwość budowania relacji na własnych zasadach. Jednak gdy syn wchodzi w proces zyskiwania podmiotowości, matka nie może już go postrzegać jako części siebie. Zostaje więc zepchnięta w radykalną samotność, którą w powieści symbolizują zamknięte drzwi do pokoju chłopca, oddzielające ją od dawnego poczucia wspólnoty i wiedzy o tym, jakim stał się człowiekiem. Nagłemu poczuciu wyobcowania towarzyszy powrót lęku – tym razem zwielokrotnionego, bo odczuwanego przez oboje. Lęku przed światem czy przed sobą nawzajem – tego nie wiemy, ale gdy chłopiec zaczyna miewać brutalne koszmary, cały strach matki koncentruje się właśnie w nim. Dochodzi do paradoksu: kobieta obawia się obcości chłopca, który jest adoptowany i może nosić w sobie nieznane jej obciążenia, ale równocześnie jest przekonana, że syn został przez nią zarażony koszmarami sennymi, zakłada więc, że to ona skaziła go niepokojem. Jedno i drugie budzi w niej przerażenie, którego nie umie ukryć przed dzieckiem. Kolejne sytuacje, takie jak nieuzasadniona panika związana ze zgubionym nożem, sprawiają, że chłopak uświadamia sobie, że matka dopuszcza możliwość agresji z jego strony. Coraz więcej między nimi nieufności, kobieta biernie obserwuje, jak nastolatek wymyka się jej z rąk, odsuwa ją jak niepotrzebny mebel.

cropped-sygnet-trans-80x80

czytaj całość >>>

DWUTYGODNIK.COM > ROZMOWA Z GLORIĄ GERVITZ

260 STRON ŻYCIA
ROZMOWA Z GLORIĄ GERVITZ

Spędziłam 44 lata, pisząc jeden poemat – nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, że dałam się porwać czemuś, co z biegiem czasu stanie się projektem życia – mówi meksykańska poetka

Magis-454-gloria-gervitz_1
Największa część „Migracji” powstała po 2014 roku?

To prawda. I nigdy bym się tego nie spodziewała. Wręcz przeciwnie, myślałam wtedy, że jeśli chodzi o moją poezję, to powoli zapadam w milczenie… Ostatnia część „Migracji”, już po cytacie z rabina Nachmana z Bracławia, to praktycznie luźne słowa rozsiane po całej kartce. Czułam wtedy, że dławię się słowami, dotykam ciszy. To było bardzo mocne przeżycie, ponieważ nie było już więcej słów. Nie miałam już więcej obrazów. Nic. Nie wiem, jak ci to powiedzieć: czułam, jak otacza mnie czystość ciszy, bez słów, co było dość przerażające. Jak gdyby głos zanikał i tonął, nie we własnych słowach, tylko we własnym milczeniu. I wtedy, ku mojemu zdumieniu, wydarzyło się coś, co oczywiście miało jakiś związek z przeżyciami osobistymi w życiu człowieka. Niespodziewanie, mniej więcej w 2014 roku, weszłam w okres, który mogłabym nazwać najbardziej twórczym okresem swojego życia. Nagle, w bardzo krótkim czasie, napisałam więcej niż wcześniej przez 20 lat. A w tym roku mija 50 lat, odkąd zaczęłam zajmować się pisaniem. Zaczęłam pisać poezję pod koniec 1969 roku: możemy przyjąć rok 1970 jako jej początek. Mam 76 lat: nie jestem już młoda, ale nie czuję się stara. Czuję się młodą staruszką.

czytaj całość >>> https://www.dwutygodnik.com/artykul/8743-260-stron-zycia.html
dwutygodnik_logo

PODSUMOWANIE ROKU 2019 W POEZJI – JAKUB SKURTYS – Mały Format

OriginalPhoto-596740731.143245Lokator przyzwyczaił nas, że rok po roku dostarcza jakąś niezwykłą, poetycką propozycję, z którą wszyscy powinniśmy się byli zapoznać, ale z jakiegoś powodu zostaje ona wydobyta dopiero przy okazji nominacji do nagród. Poprzednio taką perełką był „Alfabet” Inger Christensen, a tym roku – na szczęście już zauważony i komentowany wręcz owacyjnie – Giuseppe Ungaretti i jego „Radość katastrof”, czyli zrekonstruowany tomik z młodości, przybywający w sukurs rodzimej rocznicy futuryzmu. Specjalnie z tej okazji przypomniałem sobie „Poezje” Ungarettiego z PIW-u w przekładzie i ze wstępem Zygmunta Ławrynowicza (1975), gdzie ten wczesny okres był pokazany tylko we fragmentach, i to raczej fragmentach przypadkowych, jako początek drogi do wielkości, na której wkrótce pojawią się wartości bardziej metafizyczne i uniwersalne, niźli tylko pacyfistyczne nawoływania frontowego żołnierza (tak, pamiętam, że mamy też nowszy przekład Ungarettiego od Austerii i Jarosława Mikołajewskiego, ale on też jest raczej uklasyczniający). Tymczasem „Radość…” to właściwie tylko pierwszy fragment tej twórczości, którą Ungaretti sam potem przerobił i opatrzył odpowiednimi komentarzami, nieco zmieniając jej kontekst (znaczące jest to, że z Allegria di naufragi  zostało samo Allegria, a więc tom wydany powtórnie w 1931 – to od niego zaczynał Ławrynowicz). Ukazanie się u nas tego tomu jako osobnej książki (w stulecie jej pierwodruku) jest więc nie tyle prezentacją uzupełniającą wizerunek poety, ile przyczynkiem do legendy pierwszej awangardy, do włoskiego futuryzmu w jego najwspanialszym wydaniu.

Wczesny dorobek Ungarettiego jest skromny, toteż w obu wydaniach wiele tekstów się pokrywa, ale nie pokrywają się intencje tłumaczy, a tym samym brzmienie, jakie nadają poecie. Ten Ławrynowicza (Mikołajewskiego zresztą też) jest znacznie bardziej elegancki, patetyczny, skory do szyku przestawnego, ten Grzegorza Franczaka – trochę pokraczny, bardziej energetyczny, lepiej i naturalniej leżący we współczesnej polszczyźnie. Nie będę weryfikował tych wierszy z oryginałami i przeprowadzał całej krytyki tłumaczenia, zdam się więc na słuch, a ten podpowiada, że „nowy” Ungaretti jest poetą znacznie bardziej inspirującym, skondensowanym, mniej skorym do rozdzierania szat i łzawego tonu. To, co u Ławrynowicza jest w „Lewancie” „piskliwymi arabeskami”, u Franczaka okazuje się „zgrzytliwymi zygzakami” (prawda, że o inny ruch tu idzie, inny dźwięk i inną maszynerię klarnetu?), innym razem „ugory nocy” przechodzą w zwyczajne „jałowe noce” a „wygładzone wody morza” w „wygłodniałe morze”. Albo weźmy puentę „Agonii”: „Lecz nie opłacać życia łkaniem / jak szczygieł o wykłutych oczach” i „Byle nie żyć lamentem / jak oślepiony szczygieł”. Tam, gdzie Ławrynowicz potrzebuje 9 zgłosek na wers, tam Franczak załatwia sprawę w 7, a przy tym osiąga większy dramatyzm, jakby bez tych wszystkich arabesek i esów-floresów, które wywija składnia jeszcze w PIW-owskich „Poezjach”. Tym samym Ungaretti okazuje się poetą niebywale nowoczesnym, dalekim od echa klasycystycznych tęsknot basenu Morza Śródziemnego i od nostalgii Egipcjanina walczącego w imię nowej ojczyzny na obcym mu froncie, z której Ławrynowicz uczynił klucz do całej twórczości autora. Na etapie „Radości…” włoski futurysta nie jest jednak jeszcze ani nostalgiczny, ani sentymentalny, chociaż trauma pierwszej wojny niewątpliwie zmienia jego medytacje w mikro-świadectwa klęski, w dziennik frontowy (wiele tekstów ma bezpośrednio pod tytułami podpisy dotyczące miejsc i daty powstania), w wiersze o jakimś porozrywanym świecie, niestety bardzo nam bliskim: „Widzę się / porzucony / w nieskończonym”, „Ungaretti / człowieku cierpienia / wystarczy złudzenie / by dodać ci serca”.

Taki jest ten tom, pełen epifanii i lamentu, ale maksymalnie skondensowanego, ironicznego, kanciastego, i w tym wypadku te wszystkie krawędzie, które udało się Franczakowi wydobyć, działają na korzyść książki. Mimo 100 lat brzmi ona prześwietnie, a jest też wydana bardzo kunsztownie, z pomysłem, z próbą opowiedzenia na okładce całej historii za pomocą prostego złocenia (czapka z głowy za to dla wydawcy). Gdybym miał w minionym roku kupić tylko 10 książek poetyckich (co jest niestety niemożliwe, bo połowę już dostaję, a drugą nabywam z poczucia obowiązku), „Radość katastrof” bez wątpienia byłaby w tej dziesiątce.

czytaj całość >>>
malyformat-logo

Mama mordercy – Michał Nogaś

mamamordercy_OKLADKA_480x195
„Mama mordercy” Ida Linde, przeł. Justyna Czechowska, Lokator, Kraków

Szwedzka pisarka zdążyła już przyzwyczaić czytelników do tego, że porusza w swoich książkach tematy najtrudniejsze. Nie inaczej jest w przypadku najnowszej powieści „Mama mordercy”. Jej bohaterka, Henrietta, samotnie wychowująca dorastającego chłopca, sekretarz redakcji jednego z wydawnictw naukowych, dowiaduje się, że najbliższa jej osoba popełniła zbrodnię. Przegapiła sygnały nadchodzącej tragedii? Przyszło jej do głowy, jaką tajemnicę nosi w sobie chłopak? Przenikliwy i przejmujący zapis samotności kobiety, która wszystko, co najważniejsze, podporządkowała byciu matką. Od lat przygotowująca się do życia w pojedynkę (chłopiec wyfrunie z gniazda) nie umie pogodzić się z nową sytuacją. Rytm dnia podporządkowuje wizytom w więzieniu, odcina się od znajomych, w biurze pracuje nocą. Z trwającego miesiącami letargu wyrywa ją przypadkowe spotkanie. Do świata Henrietty wkracza Grace, również mama mordercy. Od tej chwili dawny świat legnie w gruzach. A bohaterka Linde znów poczuje „gazowaną krew, którą potrafi obudzić tylko skóra drugiego człowieka”. Ta niewielka powieść to najlepsze dotąd dzieło szwedzkiej autorki. W wielu momentach rozrywa serce.

Antonówki istnieją, mimo wszystko. O „alfabecie” Inger Christensen Piotr Kieżun

Inger
„Alfabet” Inger Christensen jest jedną z najważniejszych powojennych książek poetyckich w duńskiej literaturze. To wielka pochwała istnienia i natury, w której poetka namawia nas do kroku, dziś wydawałoby się, heroicznego – wycofania się, powściągnięcia ambicji, zrobienia miejsca dla innych istnień i rzeczy.

alfabet_okladka_front_www
Istnieją, z grubsza rzecz biorąc, dwa rodzaje tomików poezji. Do pierwszego należą wszystkie te zbiory, które czyta się wyrywkowo. Wybieramy z nich trzy, cztery wiersze i powoli smakujemy ich frazę. Lektura piątego i szóstego wiersza idzie już ciężej. Przy siódmym zaczynamy mieć wrażenie przesytu. Ósmy wiersz przypomina kolejny kawałek ciasta konsumowany z łakomstwa podczas świątecznych odwiedzin u bliskich. Choć nie jest przecież gorszy od innych, psuje odbiór całości. Nagle wszystkiego robi się za dużo – mieszają się nam wątki, nakładają na siebie zabiegi formalne, zderzają sprzeczne emocje. Nauczeni doświadczeniem, podczas następnej lektury wracamy więc do mniejszych dawek. Za jednym zamachem zadowalamy się jednym, góra dwoma wierszami.
Takich tomów jest zdecydowanie najwięcej i wynika to z podstawowych właściwości poezji, będącej w literaturze najbardziej skondensowaną formą wyrazu. Istnieją jednak również i takie nieliczne tomy, które czyta się jednym tchem, od końca do końca. Nie dlatego, że przemawiają do nas dopiero po lekturze całości, lecz dlatego, że każdy kolejny wiersz jest w nich naturalną kontynuacją poprzedniego – rytm zapowiada rytm, fraza frazę. Są jak powoli rozwijający się kilim, na którym jeden wzór przechodzi łagodnie w drugi. I chociaż możemy zatrzymać się na wybranym fragmencie, ciekawość gna nas dalej. Jaki kształt przyjmie dany motyw? Jaki obraz stanie nam jeszcze przed oczami?
Do tego ostatniego rodzaju tomów poezji należy bez wątpienia „alfabet” Inger Christensen – jedna z najważniejszych powojennych książek poetyckich w duńskiej literaturze, zmysłowa pochwała istnienia i jednocześnie ostrzeżenie przed zbyt drapieżną ludzką ekspansją. Mamy w Polsce olbrzymie szczęście, że ten tomik trafia do nas w doskonałym tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej, poezja Christensen jest bowiem wyjątkowo trudna do przełożenia. Poetka nie tylko wykorzystuje osobliwości duńskiego języka – idiomy i możliwe tylko w jej ojczystej mowie aliteracje – lecz także w każdym tomie śmiało eksperymentuje z formą.
Alfabet i ciąg Fibonacciego
W „alfabecie” takim formalnym eksperymentem jest podporządkowanie całego tomu dwóm ograniczeniom. Pierwsze z nich polega na narzuceniu sobie wędzidła w postaci tytułowego alfabetu łacińskiego. Zgodnie z tradycyjnym porządkiem czytania, a więc od pierwszej do ostatniej strony, każdemu utworowi patronuje kolejna litera: w pierwszym mnożą się słowa zaczynające się na „a”, w drugim – na „b”, w trzecim – na „c” itd.
Drugie jest bardziej wyszukane i wiąże się bezpośrednio z fascynacją autorki matematyką, która stanowi dla niej nie tyle wymyślony przez człowieka język opisu świata, ile jego immanentną zasadę, poprzedzającą wszelką ludzką myśl. „Co właściwie było pierwsze, mowa czy liczba, język czy matematyka?”, cytuje Christensen w posłowiu do „alfabetu” Bogusława Sochańska. Jeśli matematyka, poddanie się jej prawidłom nie jest żadnym sztucznym zabiegiem. Jest pitagorejską z ducha próbą uchwycenia tajemnicy natury, a w poezji – poszukiwaniem harmonii pomiędzy indywidualną emocją i tak często naruszanym przez człowieka ładem całości.
W „alfabecie” matematyka pojawia się w postaci ciągu Fibonacciego, który wyznacza liczbę wersów poszczególnych części tomu i tym samym określa jego objętość. Ciąg składa się z szeregu liczb, z których każda kolejna liczba jest sumą dwóch poprzednich. Tak też zbudowany jest „alfabet”. Pierwszy utwór składa się tylko z jednego wersu, drugi z dwóch, trzeci z trzech, czwarty już z pięciu, a piąty – z ośmiu wersów itd. Ciąg jest oczywiście nieskończony, Christensen zatrzymuje się jednak na czternastu wierszach, z których ostatni jest już sporej wielkości poematem.

logo-textczytaj całość >>>

„Perforacja smutku”, czyli „Mama mordercy” i proza Idy Linde

mamamordercy_OKLADKA_480x195[…] Nie chciałabym do tego typu prozy używać określenia „thriller”, ale to w jaki sposób Linde konstruuje fabułę trzyma czytelnika w trzeźwym napięciu. Skupia całą uwagę, pochłania, zapętla. Może właśnie to, co przeraża najbardziej to próba uniwersalnego pojęcia tematu. Każdy i każda może zostać mamą mordercy. Ten gnijący i rozpadający się obraz kobiety, której cały świat kręcił się wokół jej „chłopca” za chwilę runie, a my zerkniemy na, momentami wręcz niezręczne, chwile tego upadku rodzica. Potem fabuła staje się jeszcze bardziej niepokojąca. Podczas regularnych wizyt u chłopca w więzieniu, Henrietta poznaje Grace, mamę innego mordercy. Od tej pory połączy je uzależniająca psychicznie, intymna relacja. Będą szarpać się w poszukiwaniu własnych przewinień, omenów nadchodzącego zła, które mogło im umknąć. Możliwie, że to ta niejasna, przekraczająca granice, relacja łącząca ze sobą dwie matki jest najbardziej absorbującą w tej książce. Zapętlenie kłamstw, własnych kreacji, pozostawia mnóstwo miejsca na własne interpretacje czytelnika. To jak rzucenie monetą, która nie chce przestać się kręcić, nie wiesz na co wypadnie, co tu jest prawdą, a co kreacją.

Idy Linde nie da się pomylić z nikim innym. Jej pozorna oszczędność w słowach to w istocie proza poetycka najwyższej próby. Jej zdania mieszczą się pomiędzy ledwo odczuwalną czułością a brutalnością chirurgicznej prawdy. Jeśli poprzednie dzieła i ich sens komuś umykały, warto zajrzeć tam jeszcze raz i odnaleźć to wyważenie, ten język, który ponownie tak wybitnie przełożyła na język polski Justyna Czechowska w „Mamie mordercy”.

Skuliłam się na dywanie, w nocy naciągnęłam na siebie brązowy płaszcz niczym kołdrę. Gdy się obudziłam, całą twarz miałam w piasku, czarne kamyczki zatopiły się w policzku, wyjęłam je, zostały maleńkie dziurki. Perforacja smutku.

21372538_276883416049924_218569167706521600_aczytaj całość >>>