Mama mordercy – Michał Nogaś

mamamordercy_OKLADKA_480x195
„Mama mordercy” Ida Linde, przeł. Justyna Czechowska, Lokator, Kraków

Szwedzka pisarka zdążyła już przyzwyczaić czytelników do tego, że porusza w swoich książkach tematy najtrudniejsze. Nie inaczej jest w przypadku najnowszej powieści „Mama mordercy”. Jej bohaterka, Henrietta, samotnie wychowująca dorastającego chłopca, sekretarz redakcji jednego z wydawnictw naukowych, dowiaduje się, że najbliższa jej osoba popełniła zbrodnię. Przegapiła sygnały nadchodzącej tragedii? Przyszło jej do głowy, jaką tajemnicę nosi w sobie chłopak? Przenikliwy i przejmujący zapis samotności kobiety, która wszystko, co najważniejsze, podporządkowała byciu matką. Od lat przygotowująca się do życia w pojedynkę (chłopiec wyfrunie z gniazda) nie umie pogodzić się z nową sytuacją. Rytm dnia podporządkowuje wizytom w więzieniu, odcina się od znajomych, w biurze pracuje nocą. Z trwającego miesiącami letargu wyrywa ją przypadkowe spotkanie. Do świata Henrietty wkracza Grace, również mama mordercy. Od tej chwili dawny świat legnie w gruzach. A bohaterka Linde znów poczuje „gazowaną krew, którą potrafi obudzić tylko skóra drugiego człowieka”. Ta niewielka powieść to najlepsze dotąd dzieło szwedzkiej autorki. W wielu momentach rozrywa serce.

Antonówki istnieją, mimo wszystko. O „alfabecie” Inger Christensen Piotr Kieżun

Inger
„Alfabet” Inger Christensen jest jedną z najważniejszych powojennych książek poetyckich w duńskiej literaturze. To wielka pochwała istnienia i natury, w której poetka namawia nas do kroku, dziś wydawałoby się, heroicznego – wycofania się, powściągnięcia ambicji, zrobienia miejsca dla innych istnień i rzeczy.

alfabet_okladka_front_www
Istnieją, z grubsza rzecz biorąc, dwa rodzaje tomików poezji. Do pierwszego należą wszystkie te zbiory, które czyta się wyrywkowo. Wybieramy z nich trzy, cztery wiersze i powoli smakujemy ich frazę. Lektura piątego i szóstego wiersza idzie już ciężej. Przy siódmym zaczynamy mieć wrażenie przesytu. Ósmy wiersz przypomina kolejny kawałek ciasta konsumowany z łakomstwa podczas świątecznych odwiedzin u bliskich. Choć nie jest przecież gorszy od innych, psuje odbiór całości. Nagle wszystkiego robi się za dużo – mieszają się nam wątki, nakładają na siebie zabiegi formalne, zderzają sprzeczne emocje. Nauczeni doświadczeniem, podczas następnej lektury wracamy więc do mniejszych dawek. Za jednym zamachem zadowalamy się jednym, góra dwoma wierszami.
Takich tomów jest zdecydowanie najwięcej i wynika to z podstawowych właściwości poezji, będącej w literaturze najbardziej skondensowaną formą wyrazu. Istnieją jednak również i takie nieliczne tomy, które czyta się jednym tchem, od końca do końca. Nie dlatego, że przemawiają do nas dopiero po lekturze całości, lecz dlatego, że każdy kolejny wiersz jest w nich naturalną kontynuacją poprzedniego – rytm zapowiada rytm, fraza frazę. Są jak powoli rozwijający się kilim, na którym jeden wzór przechodzi łagodnie w drugi. I chociaż możemy zatrzymać się na wybranym fragmencie, ciekawość gna nas dalej. Jaki kształt przyjmie dany motyw? Jaki obraz stanie nam jeszcze przed oczami?
Do tego ostatniego rodzaju tomów poezji należy bez wątpienia „alfabet” Inger Christensen – jedna z najważniejszych powojennych książek poetyckich w duńskiej literaturze, zmysłowa pochwała istnienia i jednocześnie ostrzeżenie przed zbyt drapieżną ludzką ekspansją. Mamy w Polsce olbrzymie szczęście, że ten tomik trafia do nas w doskonałym tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej, poezja Christensen jest bowiem wyjątkowo trudna do przełożenia. Poetka nie tylko wykorzystuje osobliwości duńskiego języka – idiomy i możliwe tylko w jej ojczystej mowie aliteracje – lecz także w każdym tomie śmiało eksperymentuje z formą.
Alfabet i ciąg Fibonacciego
W „alfabecie” takim formalnym eksperymentem jest podporządkowanie całego tomu dwóm ograniczeniom. Pierwsze z nich polega na narzuceniu sobie wędzidła w postaci tytułowego alfabetu łacińskiego. Zgodnie z tradycyjnym porządkiem czytania, a więc od pierwszej do ostatniej strony, każdemu utworowi patronuje kolejna litera: w pierwszym mnożą się słowa zaczynające się na „a”, w drugim – na „b”, w trzecim – na „c” itd.
Drugie jest bardziej wyszukane i wiąże się bezpośrednio z fascynacją autorki matematyką, która stanowi dla niej nie tyle wymyślony przez człowieka język opisu świata, ile jego immanentną zasadę, poprzedzającą wszelką ludzką myśl. „Co właściwie było pierwsze, mowa czy liczba, język czy matematyka?”, cytuje Christensen w posłowiu do „alfabetu” Bogusława Sochańska. Jeśli matematyka, poddanie się jej prawidłom nie jest żadnym sztucznym zabiegiem. Jest pitagorejską z ducha próbą uchwycenia tajemnicy natury, a w poezji – poszukiwaniem harmonii pomiędzy indywidualną emocją i tak często naruszanym przez człowieka ładem całości.
W „alfabecie” matematyka pojawia się w postaci ciągu Fibonacciego, który wyznacza liczbę wersów poszczególnych części tomu i tym samym określa jego objętość. Ciąg składa się z szeregu liczb, z których każda kolejna liczba jest sumą dwóch poprzednich. Tak też zbudowany jest „alfabet”. Pierwszy utwór składa się tylko z jednego wersu, drugi z dwóch, trzeci z trzech, czwarty już z pięciu, a piąty – z ośmiu wersów itd. Ciąg jest oczywiście nieskończony, Christensen zatrzymuje się jednak na czternastu wierszach, z których ostatni jest już sporej wielkości poematem.

logo-textczytaj całość >>>

„Perforacja smutku”, czyli „Mama mordercy” i proza Idy Linde

mamamordercy_OKLADKA_480x195[…] Nie chciałabym do tego typu prozy używać określenia „thriller”, ale to w jaki sposób Linde konstruuje fabułę trzyma czytelnika w trzeźwym napięciu. Skupia całą uwagę, pochłania, zapętla. Może właśnie to, co przeraża najbardziej to próba uniwersalnego pojęcia tematu. Każdy i każda może zostać mamą mordercy. Ten gnijący i rozpadający się obraz kobiety, której cały świat kręcił się wokół jej „chłopca” za chwilę runie, a my zerkniemy na, momentami wręcz niezręczne, chwile tego upadku rodzica. Potem fabuła staje się jeszcze bardziej niepokojąca. Podczas regularnych wizyt u chłopca w więzieniu, Henrietta poznaje Grace, mamę innego mordercy. Od tej pory połączy je uzależniająca psychicznie, intymna relacja. Będą szarpać się w poszukiwaniu własnych przewinień, omenów nadchodzącego zła, które mogło im umknąć. Możliwie, że to ta niejasna, przekraczająca granice, relacja łącząca ze sobą dwie matki jest najbardziej absorbującą w tej książce. Zapętlenie kłamstw, własnych kreacji, pozostawia mnóstwo miejsca na własne interpretacje czytelnika. To jak rzucenie monetą, która nie chce przestać się kręcić, nie wiesz na co wypadnie, co tu jest prawdą, a co kreacją.

Idy Linde nie da się pomylić z nikim innym. Jej pozorna oszczędność w słowach to w istocie proza poetycka najwyższej próby. Jej zdania mieszczą się pomiędzy ledwo odczuwalną czułością a brutalnością chirurgicznej prawdy. Jeśli poprzednie dzieła i ich sens komuś umykały, warto zajrzeć tam jeszcze raz i odnaleźć to wyważenie, ten język, który ponownie tak wybitnie przełożyła na język polski Justyna Czechowska w „Mamie mordercy”.

Skuliłam się na dywanie, w nocy naciągnęłam na siebie brązowy płaszcz niczym kołdrę. Gdy się obudziłam, całą twarz miałam w piasku, czarne kamyczki zatopiły się w policzku, wyjęłam je, zostały maleńkie dziurki. Perforacja smutku.

21372538_276883416049924_218569167706521600_aczytaj całość >>>

Jarosław Czechowicz – Krytycznym okiem – Mama Mordercy

mamamordercy_OKLADKA_480x195
Bardzo rzadko odnoszę się do oprawy graficznej omawianej książki, ale najnowsza powieść Idy Linde – w pewnym stopniu odmienna od pozostałych – doczekała się prawdziwego dzieła sztuki, albowiem jej okładka za pomocą czerni i czerwieni nie tylko trafnie symbolizuje problematykę powieści, lecz jest po prostu piękną rzeczą. I taką książkę chciałoby się mieć na półce. Artystyczna oprawa zapowiada także znakomitą treść. „Mama mordercy”, jak już zaznaczyłem, jest nieco inną powieścią szwedzkiej pisarki. Wyróżnia ją to, że ma bardzo linearną akcję, zawiera niewiele retrospekcji, a znana już z poprzednich dokonań Linde poetycka wieloznaczność nieco skrywa się tu w tle, bo to dość mroczna narracja zawierająca elementy powieści kryminalnej. Mrok oczywiście nie jest dosłowny i Linde jak zawsze potrafi obiekt swojego opisu doskonale zniuansować, niemniej przy lekturze tej książki częściej zadajemy sobie oczywiste pytania związane z rozwojem fabuły, niż wchodzimy w rejestr poetyckich metafor obrazujących kondycję emocjonalną przeżywającej dramat kobiety, która swą tożsamość oparła na przynależnościach. Tracąc jedną z nich, rozpaczliwie usiłuje znaleźć kolejną. „Mama mordercy” to doskonała historia o tym, że przynależymy do siebie tylko poprzez podobieństwa. Ale to także intrygująca fantazja o trudnym macierzyństwie odbiegająca od przesłania „Poleciały w kosmos” i obrazująca matczyny dramat w zupełnie innych kontekstach.

Henrietta swojemu chłopcu podporządkowała życie. Odrzuciła wszystkie jego przejawy i aktywności. Poza pracą, która daje utrzymanie. Ale bohaterka jest przede wszystkim projekcją marzeń o wspaniałym życiu syna, który niepostrzeżenie wymyka się jej troskliwości i przestaje być słodką istotą, której oddechy liczy się z czułością i dla której jest się gotowym do największych poświęceń. Poświęcić można także swoją potrzebę szczęścia i samozadowolenia. Bo Henrietta jest swoim chłopcem – to on nadaje kształt jej życiu i tylko dzięki niemu nie przygląda się narastającej samotności, która dopada ją wielopłaszczyznowo, tworząc klaustrofobiczną atmosferę życia wyłącznie dla kogoś, bez potrzeby kontaktu ze światem oraz innymi ludźmi.

czytaj całość >>>

images

Śniło mi się, że… – Paweł Mielczarek

okladka_eliza_195x450_front„Śniło mi się, że…” – któż z nas nie wypowiedział tego zdania choć raz w życiu. Sen to jedno z powszechniejszych doświadczeń ludzkości. Uniwersalne i wspólne wszystkim, a jednocześnie osobiste i niepowtarzalne. Zapamiętywanie i zapisywanie snów to osobna sztuka i umiejętność. Sny doniesione na brzeg jawy znikają bowiem momentalnie, jak rysunki na piasku zalewane przez morskie fale. Ale to nie jedyna przeszkoda. Swoistą logikę snu, według której wszystko się ze sobą wiąże, wszystko jest płynne i się nieustannie przekształca, sprawy dzieją się równocześnie, rzeczy i ludzie są tym, a jednocześnie czymś innym, trzeba zapisać racjonalnym językiem jawy. W tym przekładzie nieuchronnie coś tracimy, choć jednocześnie coś zyskujemy. Tym czymś jest opowieść, a stąd już krok do literatury. Ten krok wykonała Eliza Kącka w wydanej właśnie książce Po drugiej stronie siebie (Lokator, 2019).

Przyzwyczajeni jesteśmy, że w przypadku snów najważniejsza jest ich interpretacja. Począwszy od snów biblijnych, przez senniki powstające w starożytności, a potem, od późnego średniowiecza masowo drukowane i sprzedawane na targach i odpustach, aż po dwudziestowieczną psychoanalizę, ludzie próbują odgadnąć i zrozumieć co dany sen oznacza, co mówią nam przeżywane we śnie historie, co symbolizują widziane obrazy i osoby. Czynność ta ma wymiar poznawczy oraz terapeutyczny. Z pewnością ktoś z nastawieniem jungowskim, szukający archetypów, mitycznych prawzorów i odwiecznych mechanizmów, poszaleje sobie czytając książkę Kąckiej. Na przykład co oznacza nałóg łykania torebek z herbatą?

Ale dla mnie ważniejsze jest co innego. Kącka wydobywa ze snu, czy też raczej z opisu snu, przede wszystkim jego walor literacki. Wykorzystuje jego potencjał fabularny, walory językowe oraz siłę mechaniki wyobraźni. Jej opisy snów czytałem jak dziełka literatury gnomicznej, miniaturowe opowiadania albo poematy prozą, mające główną bohaterkę i fabułę, czasem całkiem wyraźnie (jak na sen) zarysowaną. Opowiadania niepokojące, zagadkowe, czasem z puentą, często zabawne. Kafka jest w Lidzbarku Warmińskim i hoduje patyczaki. Rewelację tę przekazuje narratorce Sienkiewicz, który się zastanawia, czy by mu nie wynająć pokoju w bloku na nowym osiedlu. Albo narratorce wyrasta ogon jaszczurczy. Przerabia więc ubrania, pisze podania o pracę dla osoby z ogonem. Albo rozmawia z Immanuelem Kantem, małym jak szczurek, a potem wsadza go do koperty i wysyła do Królewca.

czytaj całość >>>

i wtedy się obudziła — E. Kącka, „po drugiej stronie siebie” – Karolina Kurando

okladka_eliza_195x450_frontMarzenia senne to takie nasze czasami wstydliwe, a-czasami-nie sekrety, z których nie pragniemy zwierzać się całemu światu, ale jednak są to sekrety, a sekrety istnieją po to, żeby je zdradzać, dlatego coś nas jednak korci, żeby ogłaszać je regularnie, z hukiem wyrzucając za drzwi sypialni. Sny to zemsta naszej podświadomości. Autoszantaż. Najskrytsze, nieuświadomione, złośliwe pożądania i wypadkowa głupotek, zbłądzonych w drodze od jednego ucha, którym wleciały, do drugiego, którym wylecieć miały, ale po drodze zakręciły się i zostały. To druga strona lustra, wisząca po drugiej stronie nas.

Eliza Kącka ustanawia siebie w roli wyznawczyni, tworząc z po drugiej stronie siebie wyjątkowy dziennik intymny. Wyjątkowy, bo jest to dziennik zapisany tą drugą rzeczywistością, do której Kącka ma dostęp jedynie podczas krótkich drzemek na klawiaturze laptopa czy nocnego odpoczynku; składający się ze spisywanych przez autorkę snów będących odzwierciedleniem jej życia na jawie. Senna autobiografia — jak głosi tekst promocyjny. Kącka w sferę jawy przekrada senne marzenia i tworzy z nich literaturę, podobnie jak z elementów świata rzeczywistego lepi świat przedstawiony snu. W przestrzeni snu żyje, ale żyje inaczej; to życie toczy się bez jej udziału, ono jest nią. Kącka nie wyraziła na nie zgody, ale nie może zrezygnować ze śnienia. Postanawia tworzyć zapiski upamiętniające zdarzenia z tamtego istnienia. Nie poddaje ich jednak interpretacji, pozostaje jedynie w roli notującej, opowiadającej, odtwarzającej.

Czy czytanie cudzych snów może być interesujące? Jeżeli zawierzymy autorce, że w jej sennym dzienniku znajdują się jedynie prawdziwe sny (o ile o prawdziwości snu w ogóle możemy mówić), a nie zwyczajnie zmyślone opowieści nazwane snami, czy czerpiące ze snów, lecz nimi nie będące, to tak, czytanie snów Kąckiej można uznać za interesujące. Traktując po drugiej stronie siebie jako literaturę dokumentu osobistego, jesteśmy w stanie z tych chronologicznie ułożonych snów wyciągnąć istotne informacje, które w przyszłości mogą się przydać chociażby w ukontekstawianiu nienapisanych jeszcze dzieł pisarki. Ten osobliwy dziennik przepełniony jest obsesją Kąckiej na punkcie Stanisława Brzozowskiego, który jest częstym bohaterem jej snów, a który równie mocno gościł w jej rzeczywistości — sny o nim przypadają na okres, kiedy Kącka pracowała nad książką dotyczącą tegoż. Prócz Brzozowskiego, w snach nawiedza ją Ważyk, Broniewski, Gałczyński, czy chociażby Schulz, który chcąc nie chcąc jest także patronem sennego dziennika, nie tylko ze względu na cytat początkowy, gdzie Kącka Schulza przywołuje, ale i przez samo nasuwające się skojarzenia ze schulzowskim oniryzmem i przepracowaną na jego nazwisku tematyką snów wszelakich. Mit towarzyszących autorce w sennej przestrzeni artystów upada, bo chociaż przedstawiani są jako oni sami, ich postaci są karykaturalne i oswojone — w końcu należą do snów Kąckiej, a tym samym i do niej. Jednocześnie są oni widmami i patronami, czuwającymi nad nią i przy niej. Z jakiegoś powodu się jej śnią, czyli muszą być mocno zakorzenieni w jej „prawdziwym” życiu. W swoich snach Kącka odbywa wycieczki do rodzinnego miasta, trochę sobie po nim chodzi, przypomina sobie, i znowu sobie chodzi. W snach dużo myśli, o teraźniejszości, o sensie swoich działań. Mówi to, co wiemy wszyscy, ale nieliczni się przyznają — że pisanie książek wcale nie jest takie fajne, i pisanie doktoratu też, a obrony tak bardzo wszczepiają się w pamięć, że aż się śnią (niekoniecznie własne). Sny Kąckiej są refleksją nad jej rzeczywistym życiem, to, co dla niej istotne, przedstawiają, a jakże, w krzywym zwierciadle, generując kolejne pytania, jak gdyby na jawie było ich za mało. I oczywiście — żadnych odpowiedzi.

czytaj dalej >>>

Stuletnia wojna trzydziestoletnia – Łukasz Drewniak

banerFB1200x900
Teatr Łaźnia Nowa, Ebba Witt-Brattström Miłosna wojna stulecia,
na podstawie tłumaczenia Justyny Czechowskiej.
reżyseria: Eva Rysova, scenografia: Justyna Elminowska, choreografia: Cezary Tomaszewski.
[…]
Książka Miłosna wojna stulecia Ebby Witt-Brattström wyszła bodaj w lipcu nakładem krakowskiego Lokatora, tłumaczyła ze szwedzkiego Justyna Czechowska. Jak się dowiedziałem, że robią to w Łaźni, miałem wątpliwości, czy to w ogóle nadaje się na scenę. Smaczek środowiskowy w Szwecji był pewnie kluczowy w jego recepcji, bo w tle majaczył rozwód autorki – feministki, profesorki literatury, z mężem – bardzo wpływowym członkiem Komitetu Noblowskiego. Przekładając to na polskie realia – oto Agata Bielik-Robson pisze o rozstaniu z Cezarym Michalskim, a Teatr Powszechny robi z tego teatralno-hashtagowy show. Na szczęcie realizatorzy krakowskiej premiery nie szukali polskich odpowiedników bohaterów tego poematu w formie dialogowej, nie myśleli o nim jako o odprysku akcji #MeToo. Eva Rysova nie chciała iść na wojnę ze społeczeństwem, nie dowaliła mocno ani mężczyznom, ani kobietom. Jej unik, a właściwie pogłębienie problemu, polega na przeniesieniu sprawy w świat sztuki.

czytaj całość >>>

Kropka. Dwukropek. Wielokropek, czyli o „engramach” Marty Eloy Cichockiej

okladka_ENGRAMY_www

Poetka przyznaje, że „zerwała z nałogiem opisywania świata”. Jej poezja przestaje być szkicem tego, co widzi, chce dotknąć czegoś głębszego, mniej widocznego. Czegoś, do czego doszła po 365 dniach zarwanych nocy, do czegoś ponad nią („stanęłam na palcach…”), nieracjonalnego („…i bez głowy”), czegoś, co boli, ale i co daje jej spełnienie. Poezję Marty Eloy Cichockiej analizuje Maria Rozmiarek.
okladka_ENGRAMY_FRONT_www
„engramy: ślady pamięciowe w mózgu. Zmiany w układzie nerwowym, magazyn wspomnień” –  czytamy na początku najnowszego tomiku Marty Eloy Cichockiej. Stąd moje skojarzenie z tytułowymi „kropką, dwukropkiem i wielokropkiem” jako z n a k a m i g r a f i c z n y m i, które pojawiły się w poszczególnych wierszach poetki, oraz które chciałabym uznać za symbole engramów. Śladów w pamięci, śladów ludzkich stóp w języku, ludzi odbitych i wpisanych w życie innych, słów wyrytych na zawsze w duszy, niezmazywalnych wspomnień, znaków, wskazówek wyczekiwanych i niezauważonych, niewykorzystanych możliwości, wyborów szczęśliwych i do przemilczenia, prozaicznych replik kosmosu w codzienności.

Wieloznaczność symbolu pociąga jednak za sobą sprzeczne konsekwencje. Z jednej strony daje przestrzeń w i e l o ś c i, spektrum możliwości, p r z e s t r z e ń, z drugiej zaś może przytłoczyć swoją mnogością i rozległością. I tę ambiwalencję ludzkiego doświadczenia, życia, jak i samego pojęcia engramów porusza poetka w swojej najnowszej twórczości. Bo chociaż bez wątpienia każdy z nas jest odrębną k r o p k ą, to bezustannie wpisuje się w szeregi dwu- i wielokropków. Każdy nosi własny bagaż wspomnień niezmazywalnych i niewymazywalnych. W każdym z nas ma miejsce i odbija się ktoś inny, co również Marta Eloy Cichocka podkreśla w swoim wstępie. Przed wymienionymi konkretnymi nazwiskami „zasłużonych” pisze bowiem „W engramach udział wzięli:”. Czy w ten sposób topos theatrum mundi „przenosi” swoją scenę ze świata do wnętrza człowieka? Czy to w nim rozgrywa się wielkie widowisko, a swoje role odgrywają różni aktorzy?
.
„i ty też” kończy wymieniankę poetka. Jednostkowość. Ten „ty” i ta „ja” jest ważnym punktem (znakiem interpunkcyjnym) „engramów”. Poetka przyznaje, że „zerwała z nałogiem opisywania świata”. Jej poezja przestaje być szkicem tego, co widzi, chce dotknąć czegoś głębszego, mniej widocznego. Czegoś, do czego doszła po 365 dniach zarwanych nocy, do czegoś ponad nią („stanęłam na palcach…”), nieracjonalnego („…i bez głowy”), czegoś, co boli, ale i co daje jej spełnienie.

piszę odpowiadam tak dużo
piszę mało zapisuję

W wyrazie „piszę” zawiera się duży pierwiastek tego, co osobiste. Pisze się od siebie, pisze się coś, co wypływa ze środka człowieka, coś nowego i indywidualnego. Zapisywać to odtwarzać coś gotowego, jakiś schemat, obrazek, regułę. Chyba że to w ogóle przewrotna odpowiedź, w której „piszę” oznacza – żyję, odczuwam, działam, poznaję, poszukuję… Nie bazgrolę, zagłuszam, hałasuję, stawiam puste litery, nie opisuję świata, tylko piszę świat – mój świat.

MARIA ROZMIAREK

Czytaj całość >>>

MARTA ELOY CICHOCKA (1973) – poetka i fotografka, iberystka i frankofilka, habilitowana badaczka i tłumaczka literatury, zwłaszcza hiszpańskojęzycznej. Laureatka I nagrody w konkursie poetyckim im. Haliny Poświatowskiej (2004), stypendystka MKiDN w dziedzinie literatury (2007), laureatka I Beca-Residencia Internacional SxS Antonio Machado (2016). Opublikowała „Wejście ewakuacyjne” (2003), „Lego dla ego” (2005), dwujęzyczne „Ślady opon na poduszce / Huellas de neumáticos en la alomohada” (2016), „Engramy” (2017) i dwie książki teoretycznoliterackie o poetyce współczesnej powieści historycznej, każdą w innym języku. Autorka sztuki teatralnej „Córki powietrza. Sen Balladyny”, inspirowanej Calderonem i Słowackim (Teatr im. Jana Kochanowskiego, reż. Ignacio García, premiera: marzec 2019). Dużo pisze, mało zapisuje; regularnie zaniedbuje stronę eloy.pl

„Kobieta, którą stać” – Jan Szaket

okladka_ENGRAMY_www

 

 

 

Bez wątpienia autorka tomu Engramy jest kobietą, którą stać na wiele, jednak myliłby się ktoś sądzący, że jej książka poetycka przynosi długi spis dóbr powszechnie lub lokalnie uważanych za pożądane. W rzeczy samej książka jest raczej przemyślaną konstrukcją niż spisem, zaś uczciwie zrobiona lista dóbr w niej opisywanych zawierałaby chyba tylko jedną pozycję: czas. Pozostałych zdobyczy nie ma lub nie ma powodu zazdrościć.

okladka_ENGRAMY_FRONT_wwwTytułowe engramy, termin z zakresu neurobiologii, odnoszą się do pamięci. Engramy nie są jednak po prostu wspomnieniami, choć na nich się w pewnym sensie opierają. Są śladami pamięciowymi w mózgu, utartymi ścieżkami, których istnienie pozwala na trwałe zmiany w zachowaniu posiadacza lub posiadaczki owego mózgu. Powstają w wyniku czegoś tak banalnego jak bodźce i przeżycia, są więc skutkiem doświadczeń życiowych, szerzej zaś rzecz ujmując, a krótko mówiąc – efektem uczenia się. Ich istnienie i trwałość nie oznacza jednocześnie, że są niezmienne, wręcz przeciwnie, podlegają przekształceniom i zatarciom, tym łatwiejszym rzecz jasna, im krócej istniały. Istotną rolę gra więc w ich wypadku czas.

Czy wiersze w tomie zatytułowanym Engramy są engramami? Może wystarczy, jeśli potraktujemy je, oraz całostki, w które zostały ułożone, jako coś podobnego, powiedzmy jak mapy utartych ścieżek, po których chadzają myśli autorki. Utrwalenie w piśmie nie zapewnia im niezmienności. Nabierają różnej wagi i inaczej wybrzmiewają już choćby w zależności od tego, czy uznamy je za echo lub ekwiwalent śladów w pamięci krótko– średnio– lub długotrwałej. Zdaje się jednak, że najrozsądniej byłoby potraktować rozbudowane i przemyślane zabiegi konstrukcyjne autorki jako sygnał, że każdy z rodzajów pamięci ma dla kształtu tomu swoje zasługi. W swojej książce Marta Eloy Cichocka robi bowiem to, co lubię u piszących najbardziej – myśli. Żeby myśleć trzeba mieć zawsze odwagę, natomiast przychodzi mi do głowy, że aby myśleć przy tworzeniu wierszy, trzeba jeszcze czegoś nie mieć. Nie chodzi o piątą klepkę, ta jest niezbędna, idzie mi raczej o złudzenia dotyczące tego, co naprawdę robimy.

(więcej…)

Katarzyna Kubisiowska o „Miłosnej wojnie stulecia”

wojna_okladka_450x210_15www_frontDwóch rzeczowników rodzaju męskiego lękałam się najbardziej. Tego, że „patriarchat” i „feminizm” deklinowane przez wszystkie przypadki stworzą ideologiczny mur odgradzający tę historię od banalnej prozy istnienia. Pomyliłam się: „Miłosna wojna stulecia” pisana jest w ten sposób, by postawić na równe nogi czytelnika bez względu na jego światopoglądowe przekonania.

Autorką „Miłosnej…” jest Ebba Witt-Brattström, szwedzka literaturoznawczyni, raz na jakiś czas podnosząca adrenalinę w debatach publicznych, kilka lat temu analizą pedofilskich wątków w czwartym tomie„Mojej walki” Karla Ove Knausgarda.

Prywatnie Witt-Brattström ma za sobą trzy dekady małżeństwa z Horace’em Engdahlem, członkiem Akademii Szwedzkiej. Właśnie z tego doświadczenia zrodziła się „Miłosna…”, jej pierwsza nienaukowa książka, pisana już po rozwodzie, z rozmachem, w bólu, bez hamulców.

Wszystkim zagrała na nosie Witt-Brattström. Uwiodła poetycką formą, wypełniała makabryczną treścią. Zanurzyła się w ocean autobiograficznego doświadczenia, związała go w gorset kunsztownej fikcji. Wplotła w poemat tuziny kulturowych aluzji, od Märty Tikkanen przez Artura Strindberga po Ingrid Bergman, tylko po to, by dotknąć jądra ciemności.

Dwa głosy, żony i męża, nikogo więcej, tylko ich intymna obecność. Usiłują prowadzić dialog, ale wychodzi im werbalny pojedynek. De facto egzekucja – strzelają do siebie kulami wzajemnych przewinień, z kwestii na kwestię dosadniej. On – egotysta i pozer, mający w głębokim poważaniu kobietę. Ona – znerwicowana, sfrustrowana, skucząca o kroplę uczucia niczym szczenię o mleko. On mówi: „Jestem z siebie dumny. / I tak nikt się nie przejmuje / twoim zrzędzeniem”. Ona: „Ty masz obrzydliwą pornografię w sieci. / A co mam ja? / Patetyczne marzenie o bliskości?”. On: „Puściłaś mnie. / Nienawidzę cię. / Znikaj. / Srasz wokół siebie. / I nie płacz mi tu znowu / pizdo jebana”. Ona: „Życie z tobą to piekło: gówniane, / małostkowe, / chytre./ Wieczna agenda poniżania kobiet / za fasadą uroku”. On: „Ile smutku bym / nie czuł, / zawsze udowodnisz, / że twój smutek jest większy”.

(więcej…)