Michał Nogaś – „Na północ jedzie się, by umrzeć” IDA LINDE

Literacka odpowiedź na kultowy album Springsteena – „Na północ jedzie się, by umrzeć”
linda_okladka_450x210_REDwww
search

‚Zastanawia mnie skąd w tak młodej osobie, tak wiele talentu i tak wiele umiejętności do opowiadania o sprawach najważniejszych. Jak to się dzieje, że Ida Linde potrafi nam o tym opowiedzieć tak, że odkładając jej książkę na bok przez kilka dni możemy myśleć o tym, co chciała nam powiedzieć. Skąd ta wiedza o człowieku, o jego duszy i o naszych błędach?’ Dzisiaj w ‚Książce dnia’ Michał Nogaś zachwala młodą, szwedzką pisarkę, Idę Linde, i przedstawia jej najnowsze dzieło, ‚Na północ jedzie się, by umrzeć’.

Justyna Sobolewska – „Na północ jedzie się, by umrzeć” IDA LINDE

Samotność jest błoną
Czytana zdanie po zdaniu książka ta jest rodzajem medytacji o piekle świata, karkołomną próbą ujęcia całości w niewielkiej ilości słów.
linda_okladka_450x210_REDwww
Trzecia książka po polsku szwedzkiej pisarki i poetki Idy Linde zaczyna się niemal jak film „Urodzeni mordercy”. Kobieta i mężczyzna uciekają starym volvo, ukrywają się, dziko kochają się w spiżarce, pozostawiają za sobą kolejne trupy. Ten początek jest bardzo pociągający, podobnie jak skojarzenie z albumem „Nebraska” Bruce’a Springsteena. Rzeczywiście świat Linde ma wiele wspólnego z klimatem (pustką, jazdą, prowincją, smutkiem) tego albumu. Ale im dalej, tym bardziej widać, że to nie jest klasyczna opowieść drogi, że mamy do czynienia z bardzo specyficzną prozą (na granicy poezji), która stawia opór. Pojawiają się kolejne postaci i historie rodzinne, osnute wokół śmierci, porzucenia, ucieczki. Przy czym to są skrawki historii, których nie jesteśmy w stanie ułożyć. Czytelnik podąża za samymi zdaniami, które są tu niezwykłe: „Wszyscy mieli własne zmartwienia, a samotność jest błoną między tobą a światem”. Sposób opowiadania Linde – nachodzące na siebie obrazy z różnych czasów – wynika z tego, że jest to książka o czasie, o tym, że wszystko w nas istnieje jednocześnie, przeszłość i teraźniejszość. Czytana zdanie po zdaniu (bez oczekiwania ciągłości fabuły) książka ta jest rodzajem medytacji o piekle świata, karkołomną próbą ujęcia całości w niewielkiej ilości słów. I sporo tych słów z czytelnikiem zostaje.

LOGO-Polityka

Jarosław CZECHOWICZ – „Na północ jedzie się, by umrzeć” Ida Linde

linda_okladka_450x210_REDwwwTrzecia wydana w Polsce książka Idy Linde jest bardzo filmową opowieścią. Nie tylko dlatego, że rozpoczyna ją spektakularna narracja o dwójce ludzi, którzy pozostawiają po sobie trupy, kontynuując szaleńczą podróż, podczas której chcą wyrwać z siebie tę intensywność istnienia, jakiej odmawiali sobie wcześniej z różnych powodów. Linde pokazuje, że każde życiowe zdarzenie zazębia się w biografiach wszystkich ludzi, którzy w nim uczestniczą. Stąd też panoramiczna perspektywa, późniejsze opowiadanie o losach wszystkich pośrednio lub bezpośrednio związanych z wydarzeniami otwierającymi książkę. Zdaje się, że tym razem będzie to coś innego, ale autorka konsekwentnie wraca do znanej nam poetyckiej stylistyki. Opowiada o ludziach, których łączy niecierpliwe oczekiwanie na zmianę. Takich, którzy boją się tych spodziewanych zmian, lecz wiedzą, że są one konieczne. Doświadczonych śmiercią. Linde obnaża swoich bohaterów, ich słabości, troski oraz tęsknoty. Pisze w sposób sugestywny o roli pamięci i zapominania. Stawia pytania o to, czym są i jak kształtują tożsamość. Prowadzi nas przez świat, w którym więcej chciałoby się usunąć z pamięci niż jej przywrócić. Czule, pięknie, ze zdaniami osiadającymi gdzieś w umyśle na zawsze. Jak to, gdy bliskość portretowana jest frazą „zlizuje z jej skóry niepokój całego świata”.

Tak, to w dużej mierze opowieść o ludzkim niepokoju. O tym, że nigdy nie jesteśmy gotowi na śmierć bliskich ludzi, a jednocześnie zdarza się, że bardzo jej pragniemy. Przeszłość odgrywa tutaj zasadniczą rolę, ale wydobywane są z niej tylko punktowe zdarzenia. Te naznaczające potem na zawsze i uniemożliwiające wydobycie się z lęków. Bohaterowie książki boją się i nie mogą nic zrobić ze źródłem swego strachu. Są w swoistym stanie oczekiwania. Może być jeszcze gorzej? Chwiejące się fundamenty świata mogą zatrząść się bardziej? Niewątpliwie Sara i Benjamin, których historia otwiera „Na północ jedzie się, by umrzeć”, stają wspólnie wobec takiej sytuacji granicznej. On ze swym nieokiełznanym buntem i złością na świat. Ona pragnąca po raz pierwszy w życiu poczuć, że należy sama do siebie. Ruszają w krótką, acz intensywną podróż. Benjamin strzela do ludzi. Sara obserwuje. Dzika namiętność idzie w parze z wyostrzonymi zmysłami, które nie pozwalają na analizę tego, co się dzieje. Ben nie chce być cieniem, którym był zawsze. Sara chce pożegnać w sobie ten dom rodzinny, w którym wszystko zawsze było obce, do wszystkiego trzeba było się dostosować. Oboje mają swoje tajemnice. Wystarczą im fizyczna bliskość, doświadczanie adrenaliny i podróż. Ale to nie jest powieść drogi. Ida Linde chce uruchomić pewien mechanizm przypominania sobie. Bena i Sary, ale także ludzi, z którymi powiąże ich mordercza wycieczka.
images

czytaj całość >>>

Ida Linde – Na północ jedzie się by umrzeć – Małgorzata Walendowska

linda_okladka_450x210_REDwww
Dar Idy Linde do opowiadania o rzeczach najważniejszych w prosty a zarazem przejmujący sposób mogliśmy poznać, czytając dwie poprzednie książki tej szwedzkiej autorki.

Opowieści o dorastaniu, miłości, przywiązaniu i odchodzeniu zawarte zarówno w „Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innymi”, jak i w „Poleciały w kosmos” pokazały, jak bardzo wyjątkowy i poetycki jest język tej młodej pisarki. Ogromna w tym zasługa tłumaczki – Justyny Czechowskiej. Oba teksty ukazały ogromną wrażliwość oraz wiedzę o człowieku i jego duszy. Nie inaczej jest w przypadku nowej książki – „Na północ jedzie się, by umrzeć”. Tym razem Linde przygląda się światu, w którym mieszka zło. Pierwotnym instynktom, mrocznym zakamarkom człowieczej natury. Dziesięć zazębiających się opowiadań to misternie utkana historia rozpadu – związków, rodzin, świata. Para, która podróżuje po północnej Szwecji starym volvo, mordując napotkanych po drodze przypadkowych ludzi. Żona próżno oczekująca powrotu męża z pracy czy niedoszła samobójczyni, która ginie z rąk pary morderców. Wszyscy bohaterowie nowej książki Linde mierzą się ze swoimi złymi wyborami, są rozczarowani życiem i światem. Droga zaś, którą wybierają, prowadzi ich donikąd – wpędza ich ostatecznie w jeszcze większą samotność.

Szwedzka pisarka w swojej nowej książce stawia pytania zasadnicze – skąd w człowieku bierze się zło. Jak to się dzieje, że mając nieme przyzwolenie, potrafi zabić. Być może nowa książka Linde jest, jak chce wydawca – szwedzką odpowiedzią na album „Nebraska” Bruce’a Springsteena. Być może. Na pewno zaś jest mistrzowskim obrazem pogubionego i samotnego człowieka, który rzucony w bezdenną paszczę życia, traci nad nim złudzenie kontroli.

logo

DYCKI BEZ POSTACI – Fragile – Robert Rybicki

ETD_FRONT_wwwNajnowsza książka z wierszami Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego Nie dam ci siebie w żadnej postaci, wydana przez krakowskie wydawnictwo Lokator, przynosi nam – obeznanym i nieobeznanym z jego twórczością – uzupełnienie dyciologii i dyciografii. Jej styl, już klasycznie, nie odbiega od tego, do czego podlubaczowski autor przyzwyczaja czytelników od bez mała trzydziestu lat. Można powiedzieć, że Dycki ma ucho znad łąki, nieskrępowanie mu idzie linia rytmiczna, wiersz się dobrze prowadzi. Myślę, że XLIII. Piosenka o czystej/ postaci wiersza wyjaśnia całokształt  zamierzenia: „może ten oto tekst/ przyśni się komu innemu i przetrwa// w pierwszej czystej postaci/ i nikt na tym nie straci”. Właściwie w tym dyciograficznym świecie, z zapomnianymi kulturami, terenami, sugerowane wspomnienia nabierają znaczenia mitu właściwie już nie prywatnego, a społecznego, bo Tkaczyszyn, również dzięki czynnikom zewnętrznym, jak nagrody literackie, staje się słyszalnym głosem obumarłych, wykorzenionych kultur i ten jego upór w przywoływaniu członków rodzin przeradza się w akt indywidualnego oporu, już nieco obśmianego przez samego autora. Można stwierdzić po lekturze tego tomu i innych, wcześniejszych, że Dycki jest jednym z czołowych polskich speców od jedenastozgłoskowca (nieraz ożywianego przez przerzutnię); czasem rozbija trzynastozgłoskowce albo łączy jedenastozgłoskowiec z trzynastozgłoskowcem, wszystko na luzie, bez trzymania się sztywnych ram iloczasowych, metrycznych (no i co z tego, że wskakują mu we frazy dwunastki czy ósemki?).

Dycki sprawia wrażenie, jakby pisał o narodzinach własnej poezji, własnej nią fascynacji, te wszystkie ciotki i babki namawiające, matka jako ciężar światopoglądowy, prowadzą do jakichś głębin dzieciństwa, młodości (patrz: IX. Piosenka wierszoroba), a nawet jeszcze dalej, do młodości matki, ciągle powraca też Cyprian Kamil Norwid.

czytaj całość >>>  (więcej…)

NIE DAM CI SIEBIE W ŻADNEJ POSTACI – EUGENIUSZ TKACZYSZYN-DYCKI – INSTYTUT KSIĄŻKI – Adam Leszkiewicz

ETD_FRONT_wwwNajnowszy tom Dyckiego to rozpisany na pięćdziesiąt jeden ogniw-wierszy poemat o poecie próbującym rozprawić się z bolesną rodzinną historią, która jednocześnie jest częścią tego, co najboleśniejsze w polskiej historii XX wieku w ogóle. Jak czytamy na skrzydełku książki, rodzina poety należała do ukraińskiego podziemia, także do UPA, za co spotkały ją deportacje w ramach akcji „Wisła” – i właśnie o owych krewnych, „banderówkach” i „rezunach”, pisze Dycki. Mamy więc tom, który łatwo wpisać w bieżący kontekst polityczny i łączyć z tematem Wołynia, ale też poezja Dyckiego nie jest żadną tablicą pamiątkową ani rozliczeniową uchwałą, bowiem to nie możliwości i zadania pamięci interesują poetę, ale możliwości języka; to nie sama konkretna historia jest tu tematem, ale – jak wspomniałem na początku – poeta piszący o historii, zdanie sprawy z tego, jak poezja próbuje z historią się mierzyć. A próba ta jest surowa i pisana bez wspomagaczy: nie licząc Norwida (patronującego poecie już w poprzedniej książce) oraz Wernyhory (to z kolei patron historii polsko-ukraińskiej) zupełnie znika w tej książce historycznoliteracki sztafaż, rozpoznawalne literackie rekwizyty, intertekstualne barokowe dekoracje.

Dycki przypomina kolekcjonera, który ze skończonej ilości egzemplarzy swojej kolekcji układa w nieskończoną ilość konfiguracji, szukając wyimaginowanej najlepszej i jedynej; przy czym jest to strategia obejmująca wszystkie elementy pisania, dla poety bowiem elementami tej kolekcji jest każda płaszczyzna dzieła: a to fraza przechodząca z wiersza w wiersz, a to wyliczanka nazwisk i nazw własnych, a to obraz, fakt, wspomnienie, wydarzenie, a to pojedyncze, konkretne słowo – wokół takiego pojedynczego słowa Dycki buduje nieraz cały wiersz, a takim znaleziskiem może się okazać słowo jakiekolwiek: regionalizm, neologizm, wulgaryzm (przykłady: hniłki, pięknotek, dokrętka, kuciapka, pidłuh, na skuśkę, opdnidupka). Zdaje się, że właśnie w groteskowa rewerencja, z jaką w tej poezji traktuje się te oderwane, podstawowe elementy służące za jej budulec, stanowią o sile wierszy Dyckiego. Żeby dopełnić analogii z kolekcjonerem, sytuacja czytelnicza z Dyckim wygląda tak, jak kiedy geolog głośno zachwyca się jakimś wyszukanym kawałkiem kamienia i do tego każe się nim zachwycać laikowi – a ten, nie umiejąc dociec wartości znaleziska, nie wie, czy ma do czynienia ze sceną uroczystą, czy żałosną, a może z zaaranżowanym żartem.
(więcej…)

Gry w Fikcje – Tomasz Wiśniewski – Podroże zimowe

podroz_zimowa_perec_front_wwwGRY W FIKCJE
TOMASZ WIŚNIEWSKI

Książki Schwoba, Landolfiego i OuLiPo przypominają, że proza niekoniecznie musi być komentarzem do rzekomej teraźniejszości, a współczesny młody Polak bywa nie tylko „prekariuszem”, lecz również na przykład kosmiczną zagadką

[…] O mistyfikację w duchu Schwob-Borges pokusił się również Georges Perec: stworzył postać rzekomo zapomnianego poety, niejakiego Hugo Verniera, autora genialnej krótkiej książki „Podróż zimowa”, którą ponoć splagiatowali wszyscy najwybitniejsi francuscy poeci przełomu XIX i XX wieku. Jak czytamy, w ostatnich tygodniach sierpnia 1939 roku pewien młody profesor literatury przez przypadek odkrył tomik Verniera, lecz niestety w trakcie wojennego szaleństwa egzemplarz uległ zniszczeniu, a dalsze poszukiwania innych egzemplarzy, któremu poświęcił życie ów młody badacz, okazały się bezskuteczne. Bohater opowiadania umiera w zakładzie psychiatrycznym.
Tyle Perec. Po latach członkowie grupy OuLiPo postanowili dopisać kolejne części tej historii. Tak powstała powieść kolektywna, wydana pod tytułem „Podróże zimowe”. Każdy jej rozdział został napisany przez kogoś innego, dzięki czemu po raz pierwszy możemy przeczytać po polsku takich francuskich klasyków, jak Marcel Bénabou czy Jacques Roubaud; pojawiają się także nazwiska znane już krajowemu czytelnikowi, jak Harry Mathews i Jacques Jouet.
Krótkie opowiadanie Pereca ustanowiło matrycę, punkt odniesienia, wokół którego grawituje niebywała inteligencja i pomysłowość oulipijczyków. Francuzi, poszukując tajemniczego dzieła Verniera i rekonstruując jego biografię, tworzą jednocześnie nowe warianty historii literatury i historii powszechnej. Przemyślne mistyfikacje dezorientują. Dzięki tej lekturze „dowiadujemy się” między innymi, dlaczego Hitler popełnił samobójstwo, i że Szekspir w większości swoich sztuk plagiatował pewien rękopis kabalistyczny pochodzący z XVI wieku. W „Podróżach zimowych” pojawiają się także epizody z życia Pereca czy Julio Cortázara: nie wiemy, czy rzeczywiste, czy zmyślone. Książka ma w dużym stopniu charakter wciągającej powieści sensacyjnej czy kryminalnej, przerywanej popisami kunsztu literackiego, kuglarskimi sztuczkami, w których specjalizuje się ta paryska grupa. Każdy kolejny autor staje przed trudniejszym zadaniem, skoro wszyscy poprzednicy zawężali horyzont fabularnych możliwości; niemniej każdemu udaje się dodać coś nowego i przewrotnego. Nietypowa forma tej książki stawia czytelników przed wyzwaniem: wyklucza możliwość przypadku, sugerując, że każdy fragment może zostać wykorzystany w następnych częściach powieści. Wszędzie ukrywają się zagadki, kalambury, homonimy czy anagramy.
(więcej…)

Kim był „Wstrząsająco przystojny mężczyzna”?

16112844_10155689440829992_655591677638491168_o
OGLĄDAJ >>> http://wyborcza.pl/10,155521,21222980,kim-byl-wstrzasajaco-przystojny-mezczyzna.html?disableRedirects=true

Nobel dla… Justyna Sobolewska

okladka_CAMPOS_www
Mój kandydat do literackiego Nobla nie dość, że nie żyje, to nawet nie istniał.

To Alvaro de Campos, którego wymyślił Fernando Pessoa. W Wydawnictwie Lokator ukazały się dopiero co jego „Wiersze zebrane” w przekładzie Wojciecha Charchalisa (w oprawie graficznej PIO Kalińskiego).
Pessoa wymyślił go od A do Z: dał mu życiorys i charakter (choleryczny). Takich heteronimów stworzył mnóstwo (do dziś nie wiadomo, ile). Aby ożywić życie literackie, stworzył nawet grupę literacką z fikcyjnych poetów, która kłóciła się ze sobą – Alvaro de Campos krytykował samego Pessoę czy Bernarda Soaresa, którym to heteronimem podpisał Pessoa „Księgę Niepokoju”.

Nie tylko używał ich podczas pisania, ale wcielał się w te postaci. Kiedyś Pessoa przyszedł na spotkanie jako Alvaro de Campos i zachowywał się w sposób opryskliwy i niemiły. Alvaro de Campos pisał niestarannie, stąd trudność tłumacza i redaktorów: czy te niechlujności i błędy były zamierzone czy przypadkowe?

Dzięki de Camposowi Pessoa mógł robić w poezji to, czego mu, być może, nie wypadało – wiersz stawał się na przykład strumieniem emocji. I te wiersze są niezwykle sugestywne. Kiedy de Campos pisze „Hej! Hopla!”, czytelnik ma ochotę odpowiedzieć: „Hej! Hopla!”. Zaraża entuzjazmem, niepohamowanym apetytem na pożarcie wszechświata: „Moja wyobraźnia to Łuk Triumfalny”. Czasem wścieka się: „Co, do cholery!”, „Teraz zaczyna się Manifest: / Kurwa!”.

Jego program to „podłożyć bombę przeznaczeniu” i czuć wszystko w zwielokrotnieniu: „W sumie najlepszym sposobem na podróżowanie jest odczuwanie/ Odczuwanie wszystkiego i na wszystkie sposoby./ Odczuwanie wszystkiego z przesadą, (…) Im więcej będę czuł jako różne osoby, / im więcej będę miał osobowości (…), / będę, będę czuł, będę żył, / bardziej będę posiadać totalne istnienie wszechświata”.

Im dalej, tym więcej u de Camposa rozczarowania. Co zrobiłem ze swoim życiem? „Jakie życie zrobiłem z życia?”. To pytanie pojawia się coraz częściej. Co to znaczy „wykorzystywać czas”? „Śpię niespokojnie i żyję w niespokojnym śnie”, „Moje serce jest opróżnionym wiadrem”. „Ucisz się niepotrzebne serce, ucisz się! / Ucisz się, bo nie ma na co czekać, / I dlatego nie ma też powodu do rozpaczy”.

Rezygnacja przeplata się z humorem: „Pewnego dnia w restauracji (…) podano mi miłość jako zimne flaki”. A „Wszystkie listy miłosne są / Żałosne”. Staje się kronikarzem rozpadu, niemożności wyjścia poza swoje życie, „Ach, opium bycia kimkolwiek innym!”.

Najciekawsze, że w tym „wszechczuciu” Alvaro nie przestaje być czujnym obserwatorem siebie i jednocześnie tworzy portret człowieka na rozdrożu. Takiego, który mógłby powiedzieć jak u Dantego: „W życia wędrówce, w połowie czasu/ Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi/ W głębi ciemnego znalazłem się lasu”.

Czytamy ten tom jak jeden poemat, rwany zapis życia, sejsmograf ogołocenia. Alvaro de Campos zresztą opisuje własną śmierć: „spokojna anonimowa twarz zmarłego”. Niesłychane jest też to, że w tym szaleńczym zapisie jest tak wiele tonów. Jego jest tak dużo – chociaż przecież nie istnieje. Za każdy razem możemy podążać inną ścieżką lektury. Alvaro de Camposa najchętniej cytowałabym w całości. Nie razi nawet, że „me smutne serce robi bum”. Czytelnik to przyjmie, co więcej, uwierzy w szczerość fikcyjnego poety i będzie chciał mu towarzyszyć. To jest właśnie siła literatury. Hej! Alvaro! Hopla!

PS. A jednak Nobel potrafi ucieszyć: Dylan! (chociaż liczyłam na Philipa Rotha)

czytaj całość >>>

PODRÓŻE ZIMOWE – Grzegorz Jankowicz – Tygodnik Powszechny

Georges Perec sugeruje, że literatura powstaje i przeobraża się w sposób, którego nie da się ująć za pomocą klasycznych kategorii.
podroz_zimowa_perec_www

wsze pozostaje jakiś nieznany element, niedostępna nam część układanki, być może kluczowa dla zrozumienia relacji między poszczególnymi autorami i ich dziełami.

Poezja winna być dziełem wszystkich, a nie jednostki.
Lautréamont

Wedle jednej z wersji mitu Amalteja była nimfą, którą Rea poprosiła o opiekę nad maleńkim Zeusem. Na niemowlaka czyhał zachłanny i krwiożerczy ojciec, Kronos, który pożerał swe potomstwo, by w przyszłości nie mogło mu odebrać niebiańskiego tronu. Do kreteńskiej groty, miejsca kryjówki, pomysłowa i zaradna Amalteja sprowadziła Kuretów – bożków i zarazem kapłanów Rei – którzy głośnymi tańcami i brzękiem oręża zagłuszali płacz dziecka.

W innej wersji Amalteja to koza, której zadaniem było karmienie Zeusa. Podczas jednej z szalonych zabaw młody bóg, już wtedy słynący z porywczości i nieuważności, złamał jeden z jej pięknych rogów. Dzięki błogosławieństwu przyszłego władcy Olimpu róg zyskał magiczne właściwości: ciągle napełniał się jedzeniem. Właśnie dlatego nazwano go „rogiem obfitości” i uczyniono symbolem dostatku. Więcej: wszelkiej bujności, niesłabnącej energii i potężnej mocy, również twórczej.

(więcej…)