W albo wspomnienie z dzieciństwa – FUTU – Ula Jankowska

Perec ma opinię autora trudnego i w pewnym sensie wciąż nieodkrytego, a w dodatku (czy też właśnie dlatego) ciąży nad nim klątwa pisarza nieprzetłumaczalnego. Wydawnictwo Lokator sukcesywnie dba, by tajemnicę Pereca rozjaśnić, albo chociaż podjąć tę szaradę na nowo, tj. w nowym tłumaczeniu czy wręcz tekstami nie publikowanym wcześniej w Polsce. Misja Serii Potencjalnej jest imponująco spójna, wydawanie pisarza z łatką „trudnego” i „nieprzetłumaczalnego” ma w sobie to heroiczne piękno, które zasługuje na szacunek. Im więcej wiemy o Perecu tym bardziej jest zagadkowy, tym więcej pytań stawia przed nami lektura jego kolejnych zazębiających się tekstów, które tworzą układankę o tyle intrygującą, że możliwą do ułożenia jedynie potencjalnie. Ilość kombinacji w jakie można skutecznie połączyć elementy projektu literackiego Pereca jest, używając języka matematyki, większa od jednego czy po prostu – nieskończona. Przy tekstach Pereca pracujemy bowiem nie tylko w jednej płaszczyźnie, co czyni ilość kombinacji zachwycająco i jednocześnie zatrważająco ogromną.

Z tytułu powieści „W albo wspomnienie dzieciństwa” możemy wywnioskować, że znajdziemy w środku alternatywne historie albo różne interpretacje tej samej historii. I, co ciekawe, oba te tropy możemy uznać za uzasadnione. W tym mocno autobiograficznym tekście Pereca poznajemy dwie pozornie nie związane ze sobą opowieści: przeplatają się tu ze sobą opowieść o wyspie nazywanej po prostu „W” oraz próba rekonstrukcji wspomnień dokonywana przez Gasparda Wincklera. Historia Gasparda, który dostaje zagadkowy list z prośbą o spotkanie i poznaje historię chłopca, którego tożsamość otrzymał po dezercji z francuskiej armii, przerywana jest opisem wyspy, na której panujekult sportu. Pozornie osobne wątki po wybrzmieniu ostatniego zdania stają się nierozerwalne i jako całość wybrzmiewają wszystkimi pytaniami, jakie tylko może sprowokować poruszany temat tożsamości, pamięci, przeszłości, dzieciństwa, wspomnień, historii, niemocy, okrucieństwa, człowieczeństwa.

(więcej…)

Sara Nowicka – AUTOBIOGRAFICZNE PUZZLE – Artpapier.com

W wydanym w zeszłym roku w Polsce „Pamiętam że…” Georges Perec odwoływał się do pamięci kolektywnej, zbierając czterysta osiemdziesiąt, wspólnych znacznej części francuskiego społeczeństwa wspomnień dotyczących lat 1946-1961. „W albo wspomnienie z dzieciństwa” – najnowsze tłumaczenie prozy tego pisarza – jest jednostkowym odniesieniem się do kwestii anamnezy jako metody zbudowania własnej tożsamości.

„W albo wspomnienie z dzieciństwa” to dwie przeplatające się wypowiedzi. Pierwsza przyjmuje formę intrygującego kryminału: to historia Gasparda Wincklera, który dostaje tajemniczy list od człowieka podpisującego się jako Otto Apfelstahl, zawiadamiającego go o pilnej potrzebie spotkania. Okazuje się, że Apfelstahl poszukuje chłopca, któremu bohater zawdzięcza imię i nazwisko. Według niego dziecko wiedzie żywot rozbitka na jednej z wysp Ziemi Ognistej i tylko Winckler może pomóc w jego odnalezieniu. Na drugą wypowiedź składają się napisane w pierwszej osobie wyznania autora: wspomnienia (oraz ich brak, bowiem Perec nie pamięta niczego sprzed dwunastego roku życia), opisy rodzinnych fotografii oraz historia powstania i publikacji fikcyjnej części powieści.

W drugiej części książki kryminał zmienia się w opis życia na wyspie W, gdzie mieszkańcy zmuszeni są do prowadzenia niewolniczego, podporządkowanego tylko zawodom sportowym życia. „W” to w części autobiograficznej epoka „mniej więcej między jedenastym a piętnastym rokiem życia” (s. 85) pisarza, w której pojawiają się już wspomnienia, ale są rozproszone i fragmentaryczne, brak im punktu zaczepienia. Pomimo porzucenia przez autora konwencji kryminału, napięcie nie opuszcza kart powieści. Perec kilkukrotnie podaje czytelnikowi wskazówki pomagające zrozumieć, co łączy historię W z jego wspomnieniami z dzieciństwa (już w drugim rozdziale autor opisuje moment, w którym w jego umyśle pojawił się pomysł opisania olimpijskiej wyspy), udzielając ostatecznej odpowiedzi dopiero w dwóch ostatnich rozdziałach. Jednak wiele pytań, np. dotyczących konstrukcji dzieła, nazwisk postaci i ich wzajemnych relacji, pisarz pozostawia bez odpowiedzi i właśnie rozwiązanie tych tajemnic, a nie odnalezienie rygorów formalnych, jest wyzwaniem dla czytelnika, elementem gry między nim a autorem.
(więcej…)

SYN SWOJEGO OJCA LUB STARY NIEDŹWIEDŹ MOCNO ŚPI – FUTU – Ula Jankowska

Charakterystyczna kreska Nicolasa Presla tym razem przybiera na przemian postać gęstej, miękkiej sierści niedźwiedzia oraz smukłej sylwetki człowieka. Z jednej strony – zwierzę, z drugiej ludzie. Obrazy zaczynają się na siebie nakładać, wynikiem czego powstaje postać nie należąca ani jednego, ani do drugiego świata. W ten sposób Presl powołuje do życia kolejnego „obcego”, „wykluczonego”. Jest to figura, która pojawia się zarówno w „Fabryce” jak i w „Boskiej komedii”, oglądamy ją w kontekście historycznym, geograficznym, filozoficznym. W „Fabryce” obcym i zagrożonym było dziecko o sześciu palcach; w „Boskiej kolonii” byli to zarówno „dzicy” mieszkający na odległych kontynentach jak i Europejczycy wprowadzający nowe porządki na nieznanym lądzie. Tym razem temat obcego analizujemy w nowej odsłonie. Hybryda niedźwiedzio ludzka jest tutaj nad wyraz człowiecza. Wszystkim rządzi fatum, a może natura – w pewnych momentach to jest nierozerwalne, bo w opowieści Presla natura jest nieugiętym fatum. Myślistwo, uprawomocniony w kulturze atawistyczny instynkt zabójcy, krzyżuje ze sobą ścieżki mężczyzny i niedźwiadka: człowiek ingerujący w życie natury bierze na siebie odpowiedzialność post fatum – przygarnia niedźwiadka, którego matkę zabił. Wychowuje młode na użyteczne w świecie ludzi – uczy go żonglowania, stawania na tylnych łapach, tańca i wykonywania innych sztuczek ku uciesze gawiedzi. Pierwsze pokolenie niedźwiedzie należy jednak dużo bardziej do lasu niż do miasta i jarmarku – podczas jednego z występów bezmyślna złośliwość pewnego chłopca prowokuje niedźwiedzia do ataku. Pociągnięty do odpowiedzialności mężczyzna zostaje wtrącony do więzienia, a niedźwiedź zostaje pozbawiony łapy, pozostaje jednak na wolności. Wtedy dochodzi do mezaliansu międzygatunkowego, wynikiem którego jest dziecko w dużej mierze człowiecza, ale noszące na silnych barkach niedźwiedzią głowę. Na świat przychodzi drugie niedźwiedzie pokolenie, które przynależy już bardziej do świata ludzkiego niż zwierzęcego, a przynajmniej ma taki potencjał, bo o przynależności całkowitej nie może być mowy. Rodzi się inny, który właściwie nie jest u siebie ani w mieście, ani na łonie przyrody. Wysłany na nauki dorasta wśród ludzi rozwijając w sobie wszelkie ludzkie cechy i umiejętności. Targany jest jednak skrajnymi emocjami, poszukuje swojego miejsca, próbuje znaleźć wyraz dla własnego zagubienia. Aż wreszcie zaczyna żyć życiem dorosłego mężczyzny rodzaju ludzkiego. Poznaje kobietę, zapoznaje ją ze swoimi rodzicami i przy tej okazji idzie na polowanie. Niedźwiedź, który jest człowiekiem, na polowanie zabiera strzelbę. Nieuniknione jest spotkanie tej dwójki z dzikim niedźwiedziem. Co zrobi, kiedy natknie się na niego natknie. I co zrobi jego ojciec, który go wychował.

(więcej…)

Kobierki – Krytycznym okiem – Jarosław Czechowicz – Etylicznie, lingwistycznie, karkołomnie…

Mieliśmy „Tworki” Marka Bieńczyka i pracownika szpitala psychiatrycznego, którego szpitalna przestrzeń chroni przed wojną. Mamy dzisiaj „Kobierki” Grzegorza Franczaka – rzecz rozgrywającą się w dużej mierze pod Krakowem, w podobnym szpitalu. Tym razem nie pracownik, a pacjent jest w centrum zainteresowania. Przed czym kryje się bohater Franczaka? Przed niezdefiniowanym złem tego świata, które wpędziło go w nałóg. Przed okrucieństwem losu i własnej jaźni, jakie odrywają tak boleśnie od życia. „Kobierki” to lingwistyczny traktat o upadku, próbie ratowania siebie, ale przede wszystkim o pastwieniu się nad samym sobą, nad uległym nałogowi i ułomnym ciałem, nad głodem picia i głodem życia w piciu warunkowanym na czas określony.
Mam problem z tą książką. Duży problem. Jako literaturoznawca autor w języku daje z siebie wszystko. Przekracza nawet granice, które przekroczyć można tylko w stanie delirium, niekoniecznie alkoholowego. Językowo to książka rozbuchana, sarmacko rubaszna, drapieżna, prowokacyjna, irytująca i wychodząca językowi naprzeciw w takim znaczeniu, iż to w dyskursie akademickim, którego rozpaczliwe resztki chce zachować pijany bohater błądzący po rzeczywistości słów prostych i dosadnych, rozgrywa się dramat tej etylicznej epopei.

DALEJ >>> 

SYN SWOJEGO OJCA – Całkowanie obcości – KZ – dr Lech M. Nijakowski

Dzięki Wydawnictwu Lokator mamy możliwość zapoznać się z kolejnym dziełem Nicolasa Presla (po „Fabryce” i „Boskiej kolonii”), byłego kamieniarza, wybitnego twórcy komiksów o rozpoznawalnym na pierwszy rzut oka stylu. Autor opowiada bowiem historię tylko przy pomocy obrazów, zaś kreska czarno-białych kadrów nawiązuje do dzieł m.in. Pabla Picassa, George’a Grosza czy Ernsta Kirchnera.

Historia może sprawiać wrażenie surrealistycznej baśni. Ubogi chłop zabija na polowaniu niedźwiedzicę i postanawia przygarnąć niedźwiadka, którego wychowuje jak syna. Z każdym kadrem komiksu staje się on w coraz większym stopniu człowiekiem. Gdy dojrzeje, okaże się źródłem znacznych zysków. Szybko dochodzi jednak do tragedii. Chłop trafia do więzienia, a niedźwiedź, z amputowaną za karę łapą, zostaje z osamotnioną małżonką. To jedynie początek historii lekkiej i optymistycznej jak opowiadania Kafki.

Presl nie używa słów, ale na temat każdego z jego komiksów można napisać co najmniej sążnisty artykuł. Tak wiele bowiem w jego dziełach jest nawiązań zarówno do klasycznych dzieł filozoficznych oraz literackich, jak i do krwawej historii ludzkości. Co ważne, są to nie tylko odniesienia fabularne, ale i graficzne. Choćby skojarzenia z rysunkami Grosza – twórcy jednoznacznie antywojennych i antyszowinistycznych dzieł.

(więcej…)

Nie-Boska kolonia – Tomasz Żaglewski – Zeszyty Komiksowe

Lektura Boskiej kolonii to fascynująca podróż nie tylko w wymiarze fabularnym, ale przede wszystkim intertekstualnym. Czytelnik bez trudu dostrzeże tu liczne nawiązania literackie (chociażby do wspomnianej Boskiej komedii lub Jądra ciemności Josepha Conrada), jak i malarskie – charakterystyczne dla twórczości Presla. Mamy zatem twarze postaci „dzikusów” wyraźnie korespondujące ze stylem Picassa, wyobrażenia śmierci i piekła bliskie wizjom Hieronima Boscha czy Matthiasa Grünewalda, wreszcie renesansowe tropy w prezentowaniu europejskiego świata i jego mieszkańców wywodzące się najprawdopodobniej z tradycji Piera Della Franceski lub Hansa Holbeina młodszego. Bogaty kontekst artystyczny nie powinien jednak przesłonić głównej zalety Boskiej kolonii – jest nią właśnie pytanie o granice i podstawy ludzkiej tolerancji. Muszę przyznać, że od czasów Mausa Arta Spiegelmana żaden przykład twórczości graficznej, w ramach której autor starał się podjąć tematykę inności, nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Pozbawione dialogów i komentarzy, „ascetyczne”, a jednak tak bardzo bogate w znaczenia osiągnięcie Presla nie jest może lekturą łatwą, z pewnością nie jest to też przykład taniego dydaktyzmu. Kończąc lekturę, czytelnik orientuje się bowiem, iż autor nie podsuwa mu interpretacyjnej ściągawki, zaś postawy bohaterów wymagają przemyślenia i krytyki. To właśnie cechuje wielką literaturę – również graficzną jej odmianę.

Tomasz Żaglewski
ZESZYTY KOMIKSOWE >>> 

Przemysław Pieniążek – NIEDŹWIEDZIA PRZYSŁUGA – ArtPapier.com

Doskonale odnajdujący się w konwencji komiksu niemego Presl po raz kolejny testuje możliwości narracyjne graficznego medium, sięgając po rozwiązania wizualne zakorzenione w tradycji malarstwa Pabla Picassa czy Georga Grosza. Utrzymany w czarno-białej tonacji album potwierdza wyjątkowe umiejętności francuskiego artysty w kreowaniu sugestywnych, nie pozbawionych poetyckich tonów ilustracji, portretując bohaterów wraz z bogatym spektrum towarzyszących im emocji. A kubistyczna deformacja postaci bynajmniej nie osłabia siły wyrazu. Precyzyjnie skonstruowana dramaturgia, ujmująca bezgłośną narrację w symboliczne ramy, ciekawie spaja tę uniwersalną przypowieść o narzuconym brzemieniu przeszłości, a także poszukiwaniu i odkrywaniu samego siebie. Nicolas Presl w „Synu swojego ojca” przypomina, że w skrajnych przypadkach granica między kształtowanym przez kulturę człowieczeństwem a zwierzęcym aspektem ludzkiej natury może ulec zatarciu, generując ontologiczny konflikt, który w pewnym momencie – dla dobra nie tylko zagubionej jednostki – musi zostać ostatecznie rozwiązany. Frapująca lektura.

CZYTAJ >>>

Delirium – Marcin Wilk – Wyliczanka.eu

Ta książka nie jest utkana z marzeń. Raczej składają się na nią rozczarowania. Bardzo gorzkie. Czasem nawet gorzkie żołądkowe.

Bobi ma czterdzieści lat i właśnie zapija utraconą miłość. Zapija po raz pierwszy od lat dziesięciu, a może po raz pierwszy od dziesięciu godzin? Właściwie nie wiadomo i przez to nie-wiadomo oraz pomieszanie z poplątaniem musi zacząć reagować.

Trafia na odwyk do Kobierzyna. Terapia będzie trwać codziennie, przez kilka tygodni. Od rana do popołudnia. „Etatowa praca nad sobą” – nazwie ją narrator. I przyłoży się do niej iście literacko.

„Kobierki” to bowiem literacki kamuflaż samotności i niezgody. Nie tylko na to, w jakim punkcie życia bohater się znalazł, ale i chyba na siebie w ogóle. Jego opowieść, mocno traumatyczna przecież, obudowana jest na miliony sposobów. Przede wszystkim narracją zanurzoną w historii doświadczeń innych. Literackich (mamy tu wręcz bezwstydne cytaty literatury przedmiotu, na końcu nawet ze spisem niecnie wykorzystanych dzieł; jest tu i Bieńczyk, i Pilch oczywiście, i Barthes nawet z „Fragmentami dyskursu miłosnego”). Ale nie tylko. Bo na terapii z Bobim są jeszcze inni. A inni to także historie innych. Opisane w „Kobierkach”, a jakże.
(więcej…)

MYŚLĘ SŁOWAMI – Z Nicolasem Preslem rozmawia Ula Jankowska – Xięgarnia.pl


Zasadnicze pytanie na początek – myślisz obrazami czy słowami?
A: Myślę słowami. Na początku tworzę historię, którą sobie zapisuję… chociaż czasami to przychodzi równocześnie. Mam zeszyt, w którym notuję pomysły, tam faktycznie pojawiają się i słowa, i obrazy.

Jesteś twórcą powieści graficznych, opowiadasz historie tylko przy pomocy obrazu. Czy wycofanie się z języka w Twoich pracach to raczej wynik braku wiary w słowo, czy właśnie wiary w obraz?
Dość mocno ufam słowom, ale tym, które są napisane przez innych. Swoim własnym nie potrafię zaufać do końca. Kryje się za tym też przekonanie o mocy obrazu, o tym, że można za jego pomocą dużo przekazać.

Czy podczas tworzenia swojej pierwszej powieści graficznej z góry zakładałeś, że nie będzie w niej słów?
To przychodziło stopniowo. Pierwsza moja książka była wprawdzie całkowicie pozbawiona słów, ale wcześniej rysowałem komiksy, w których pojawiały się dialogi. Chociaż trafiały się partie kompletnie ich pozbawione. W innych wprowadzałem zaś słowa czy dialogi, trochę w stylu didaskaliów w dramacie.

(więcej…)

ZDANIA ZASŁYSZANE W AUTOBUSIE – MACIEJ JAKUBOWIAK – DWUTYGODNIK.COM

Trup za kierownicą

Na tle tych formalnych eksperymentów „Mój piękny autobus” wypada niezwykle tradycyjnie, jak na powieść, którą spokojnie można by nazwać metafikcyjną czy nawet (ale tylko jeśli komuś by na tym szczególnie zależało) postmodernistyczną.

Historia jest prosta: Basile — kierowca autobusu, o który dba jak o własny — od wielu lat pokonuje tę samą trasę z wyjątkową regularnością, z której słynie. Jedną z jego pasażerek jest Odile, jego żona, nauczycielka wczesnoszkolna, która zrezygnowała niegdyś ze studiów i z marzeń o życiu w Paryżu, aby zamieszkać z Basilem na prowincji. Pewnego dnia do autobusu wsiada Hans Martin, atletycznie zbudowany Niemiec, który przyciąga uwagę Odile i uwodzi ją opowieściami o swoich podróżach. Odile pozwala się uwodzić, tym bardziej że Basile od dwudziestu lat konsekwentnie milczy. Basile, zaniepokojony wzmagającym się flirtem, który obserwuje w tylnym lusterku, postanawia udowodnić żonie, że i on potrafi dostarczyć jej wielu ekscytacji, łamie więc swoją codzienną rutynę i wyrusza „pięknym autobusem” w podróż po całej Francji i świecie. A wszystkiemu przygląda się, niewidziany przez nikogo, autor.

No, właśnie. Narrator, obecny jako głos, ale i — jak przynajmniej sam twierdzi — pasażer autobusu Basile’a, podaje się również za autora: za tego, który nie tylko opowiada historię miłosnego trójkąta w autobusie liniowym, ale i ją stwarza. Sprawa jest nawet bardziej skomplikowana, bo nie jest to autor omnipotentny, tworzący fikcyjny świat i jego bohaterów ex nihilo, a przez to posiadający nad nimi pełną kontrolę. Jouet — tak go nazwijmy, bo, jak sam podkreśla, to jego nazwisko znajduje się na okładce — od swoich bohaterów chce się czegoś dowiedzieć, więcej: chce się od nich czegoś nauczyć, co oznacza, że nie wszystko o nich wie i że mają oni swoje sprawy, od autora niezależne. „Wsiedliśmy więc — powiada narrator — wiedzeni ambicją obserwatora, z zamiarem, by tam przycupnąć i być niemym świadkiem”.

Ten autoreferencyjny ruch, w którym autor ujawnia swoje uwikłanie w powstający tekst, wywołuje też — to już akurat rzecz znana i przerabiana wiele razy — refleksję nad samą fikcją, regułami jej powstawania i prawami jej odbioru. Jouet nie jest w tej sprawie szczególnie subtelny, bo już na stronie siódmej mówi wprost: „Nie szukamy fikcji, tylko poszukiwania fikcji. Kiedy fikcja zaczyna się zanadto panoszyć, staje się zbyt brutalna. Fikcja jest przedłużeniem nudy. Liczy się polowanie, nie królik”.

Ale tym, co się liczy naprawdę, jest autobus. Szybko staje się jasne, że autobus Basile’a jest nie tylko podstawowym miejscem akcji, ale przede wszystkim figurą opowieści. Owszem, Jouet wykorzystuje stary topos podróży-opowieści, ale robi to w przewrotny sposób, zasadniczą część akcji umieszczając w nieruchomej przestrzeni wnętrza autobusu, do której obrazy świata docierają przez ekran — szyb albo telewizora. Podróż ostatecznie staje się warunkiem niemożliwości opowieści: „Podróż jest książką niemożliwą. Żeby powstała książka, muszę opuścić na palcach moją fikcję podróży, odnaleźć powolny marsz człowieka, który nie musi się już niczego obawiać ani nigdzie spieszyć, który nie musi nawet przyspieszać kroku, by odnaleźć to, co jest mu równie niezbędne jak woda”.

O samych podróżach się tu bowiem przede wszystkim opowiada. Opowiada, mistrzowsko, Hans Martin, demaskując sam akt opowiadania jako pozbawiony referencji, lecz za to skupiony na perswazji. Opowiadamy historyjki, „głodne kawałki”, jak je nazywa Odile, nie po to, żeby przedstawić rzeczywistość, ale żeby uwieść odbiorcę. A nie ma na to lepszego sposobu niż trup — w plecaku: „Opowiem pani, skąd wziął się w moim plecaku ten mój piękny trup”. Ale swój sekret — i swoją niemą opowieść, wyrażaną za pomocą trasy autobusu — ma też Basile, który ostatniej nocy paryskiej podróży poślubnej przed dwudziestu laty zamilknął i ze swojego milczenia uczynił ślepą plamkę małżeństwa z Odile: „Powiedział, że mnie kocha, że kocha tylko mnie, i że nigdy w życiu niczego nie będzie przede mną ukrywał, oprócz powodu, dla którego od tej pory więcej się nie odezwie. Dotrzymał słowa, że się tak wyrażę”. Różnica między Hansem Martinem a Basilem jest więc taka, że Niemiec ma swojego trupa w plecaku, a trupem Basile’a — jest sam Basile.
(więcej…)