OSZUSTWO W KAWAŁKACH, Anna Arno

Georges Perec
Gabinet Kolekcjonera
tłum. W. Brzozowski
Kraków 2010

 

„Kolekcjoner? To nieszkodliwy maniak, który oddaje się układaniu znaczków w albumach, nabijaniu na igłę motyli lub przeglądaniu erotycznych rycin. Albo też kolekcjoner jest uważnym widzem, który pod pretekstem miłości do sztuki kupuje tanio arcydzieła aby odsprzedać je ze znacznym zyskiem. A może kolekcjoner to raczej osoba z towarzystwa, właściciel pałacu pełnego antyków, dziedzic kolekcji obrazów, z których najpiękniejsze pozwala podziwiać na błyszczących kartach luksusowych magazynów”. Takie oto trzy alternatywne portrety kolekcjonera nakreślił Krzysztof Pomian we wstępie do swojej książki o kolekcjonowaniu1. Zauważył także, że kolekcja wzbudza powszechny podziw dopiero wtedy, kiedy posiada znaczną wartość ekonomiczną, w przeciwnym wypadku stanowi raczej hobby, niewinny kaprys.
W eseju Rozważaniach o okularach Georges Perec zwierzał się ze słabości do pewnej dużej, pięknie wykonanej lupy. „Tak ją lubię, że umieściłem ją na okładce książki Gabinet kolekcjonera, poświęconej precyzyjnemu opisowi obrazu”2. Georgesa Pereca zafascynował popularny w siedemnastowiecznej Antwerpii temat gabinetu kolekcjonera. Pierwszego impulsu dostarczył obraz Willema van Haechta Gabinet kolekcjonera Cornelisa van der Geesta (1628), znaleziony w książce poświęconej temu gatunkowi3. Na płótnie flamandzkiego malarza, pośród przepychu sztuki, dumny zbieracz przyjmuje gości, wśród których są arcyksiążę Albert i jego małżonka Izabela, polski książę Władysław Zygmunt (przyszły Władysław IV), a także Rubens i Van Dyck. Jak wyznawał Perec w wywiadzie, zafascynował go pomysł obrazu, który „sam w sobie stanowi muzeum, jest przedstawieniem serii obrazów, a na nich czasami jest jeszcze jeden obraz przedstawiający serię obrazów. Bardzo spodobały mi się te kolejne odbicia [mises en abyme]”. Gabinet kolekcjonera stanowi literacki odpowiednik takiego płótna. Opisy poszczególnych malowideł zostały „powieszone obok siebie”, tworząc wyimaginowaną galerię. Krótkie odcinki narracji zostały przedzielone ujętymi w nawias cytatami ze „źródeł”, które potwierdzają wartość i autentyczność opisywanych dzieł. 

(więcej…)

W pogoni za szczególnym dreszczykiem, jaki daje stwarzanie pozorów. Jacek Olczyk

Wydawnictwo LOKATOR,
t. II serii potencjalnej 

Georges Perec
Gabinet Kolekcjonera
tłum. W. Brzozowski
Kraków 2010

Zamiast posłowia do najnowszego tłumaczenia Gabinetu kolekcjonera Georgesa Pereca

Gabinet kolekcjonera to opowieść o fałszerstwie doskonałym. Perec zafascynowany popularnym w XVII wieku gatunkiem malarskim, jakim był „gabinet kolekcjonera”, przestawiający obrazy w obrazie, postanowił osnuć na zwielokrotnionym fałszu pozory prawdziwości. „Historia jednego obrazu” opowiada o tytułowym „gabinecie kolekcjonera” namalowanym przez Heinricha Kürza, który umieścił w nim setkę obrazów z kolekcji bogatego amerykańskiego piwowara Hermanna Raffkego oraz jego samego, siedzącego na fotelu pośród płócien istniejących podwójnie: na obrazie i w rzeczywistości. Po nagłej śmierci kolekcjonera i malarza oraz zniszczeniu podczas osławionej wystawy „obrazu kolekcjonera”, przedstawione na nim obrazy zlicytowane zostają przed spadkobiercę na dwóch aukcjach za bajeczne pieniądze.

Georges Perec zmieścił tę historię w zaledwie osiemdziesięciu stronach książki wydanej w listopadzie 1979, w rok po ukazaniu się Życia instrukcji obsługi. Podsumowuje ona jego blisko dwudziestoletnie zainteresowanie związkiem prawdy i fałszu, które uwidacznia się jeszcze na kilka lat przed powieściowym debiutem Rzeczami w 1965 roku, a mianowicie w Le Condottiere, powieści istniejącej wciąż w rękopisie, której na początku lat 60. nie wydało ani Seuil, ani Gallimard mimo wstępnego zainteresowania, a nawet wypłacenia autorowi zaliczki. Sam Perec dość szybko uznał ją za niedoskonałą, niewartą wydania, zaliczkę zwrócił, ale sama zawarta w niej historia pozostaje wciąż istotna dla lepszego zrozumienia historii powstania Gabinetu kolekcjonera. To właśnie Le Condottiere zapowiada przyszły wysyp fałszerzy, fałszerstw, forteli, tworzenia iluzji, pozorów, stosowania podstępów, zastawiania pułapek, słowem tych wszystkich zabiegów, których Perec od samego początku używał w swojej twórczości, a które dość dobrze łączą się pod jednym słowem – „fikcja”. Sam motyw fałszu, na którym wspiera się każda fikcja powieściowa, szczególnie ta arystotelesowska, która realizuje nakazy zachowania prawdopodobieństwa kosztem prawdy, u Pereca – jak pisze w studium Fałsz i jego zastosowanie u Pereca inny oulipijczyk, Marcel Benabou – „przyczyniły się do ukształtowania tych specyficznych środków wyrazu, które w oczach wielu czytelników cechują styl perecowski”. 

Zanim Perec napisał Gabinet amatora, duch tej powieści unosił się nad wcześniejszymi powieściami. Głównym bohaterem Le Condottiere jest Gaspard Winckler, młody fałszerz, który bezskutecznie próbuje skopiować obraz „Le Condottiere” Antonella da Messina, ale ostatecznie popada niemal w depresję spowodowaną niemożliwością ukończenia tego falsyfikatu i w ogóle bycia kopistą, zabija więc swego zleceniodawcę, ucieka z miejsca zbrodni… i pojawia się kilkanaście lat później w najbardziej autobiograficznej powieści Pereca W czyli wspomnienie z dzieciństwa jako narrator jednej z części powieści. Ale i tutaj dochodzi do pewnego oszustwa z jego udziałem, gdyż okazuje się, że wspomniany Winckler podszywa się pod innego, prawdziwego Gasparda Wincklera, a sam Gaspard odnosi nas do Kaspara Hausera (po francusku wymawianego jako Gaspard), zagadkowej historii osieroconego chłopca, który nie znał swoich rodziców, ani swojej przeszłości, podobnie jak tytułowy bohater W. Nazwisko Winckler nosi również jeden z trzech kluczowych bohaterów Życia instrukcji obsługi, twórca pięciuset puzzli zamówionych przez Bartlebootha, który nie potrafi sobie poradzić z jednym z nich, gdyż został starannie zafałszowany przez nikogo innego, jak właśnie tego fałszerza…

(więcej…)

Tygodnik Powszechny, Teatr I, Jerzy Franczak

Georges Perec,
Teatr I
tłum. Jacek Olczyk
Kraków 2010
t. I serii POTENCJALNEJ

 

„Teatr I” to przekład tomu, który – jak sugeruje autorska numeracja – miał stanowić część teatralnego projektu. Niestety, Perec zmarł wkrótce po publikacji tego tomu. „Podwyżka” i „Schowek Parmentier” są efektem fascynacji „sztukami radiofonicznymi”, specyficznym medium, uwydatniającym dźwiękowy aspekt słowa. Perec nie byłby sobą, gdyby swoim tekstom nie narzucił jakichś oryginalnych, jednorazowych rygorów (fr. contraintes), tak jak czynili to wszyscy członkowie grupy OuLiPo (Pracownia Literatury Potencjalnej). Dobrowolne przyjmowanie wymyślonych przymusów stanowiło dla niego sposób na przeciwstawianie się przymusom zewnętrznym: determinacjom społecznym i psychologicznym oraz językowym automatyzmom.
„Podwyżka” pierwotnie miała postać długiego monologowego zdania, ostatecznie Perec rozpisał tę wypowiedź na sześć głosów. Nie przemawiają jednak żywe postacie lecz funkcje logiczne (propozycja, alternatywa, hipoteza pozytywna, hipoteza negatywna, wybór, wniosek). To sztuka bez bohatera i bez klasycznie pojętej fabuły: bezosobowe instancje przedstawiają partyturę możliwych zachowań, z czasem nawet zaczynają się ze sobą kłócić, co przydaje całej tej kombinatoryce humorystycznego rysu. W pewnym sensie to widz staje się bohaterem – czyli urzędnikiem, walczącym z bezduszną biurokracją. Taki jest bowiem temat sztuki, a precyzuje go podtytuł: „Jak, bez względu na warunki sanitarne, psychologiczne, klimatyczne, ekonomiczne i inne, uzyskać jak największe szanse, zwracając się do kierownika działu o podwyższenie płacy”. Bezimienny bohater staje wobec bezdusznej machiny, toczy bój o podwyżkę, która bez wątpienia mu się należy, ale zamiast niej dostaje jedynie honorowy medal. Potężne przedsiębiorstwo, którym rządzi enigmatyczny regulamin, nabiera dość złowieszczego wydźwięku i ciąży w stronie kafkowskiej paraboli. Równocześnie powagę tej ponurej, fatalistycznej wizji rozsadza od środka nieodparty komizm samej procedury wadzenia się propozycji, hipotez i alternatyw. 

(więcej…)

24 klatki na sekundę. Joanna Wojdas

Wydawnictwo LOKATOR,
Kraków 2008 

redakcja: M.Frukacz
opracowanie: PIO
wstęp: M.Giżycki

wydanie pierwsze
ISBN: 978-83-925217-6-1
wersja językowa: PL

Ostatnio w kilku notkach próbowałam jako tako przybliżyć, jak wygląda tak zwana młoda polska animacja. Jako tako, ponieważ nie widzę większego sensu w suchym jedynie pisaniu o czymś, co nie jest bliżej znane i z czym przede wszystkim ciężko się bliżej zapoznać. Nie mówiąc już o możliwości zaprezentowania tego na blogu. Sytuacja trochę jak z muzyką starożytnych Greków – opisy, rekonstrukcje, a nikt właściwie nie wie, jak brzmiała. To nieco złośliwe porównanie wskazuje na pewne wycofanie, a także archaiczność polskiej animacji, jeśli chodzi o medialność. Poza tym, nie czuję w sobie misji krzewiciela wiedzy na tematy jeszcze nieopisane. Najpierw muszą mi się one podobać, wkręcać, albo być tak złe, kuriozalne, że nie mogę i piszę. Tymczasem, tak zwane młode polskie animacje, poza kilkoma chlubnymi wyjątkami, najczęściej wywołują moją obojętność. 

Dużo więcej serca ma do niej Mariusz Frukacz, jeden z organizatorów OFAFY – corocznego festiwalu polskiej animacji. Także organizator spotkań z młodymi twórcami i pokazów ich filmów w klubie Lokator. To właśnie ich przedłużeniem jest wydana niedawno książka z wywiadami „24 klatki na sekundę. Rozmowy o animacji”. Rozmowy prowadzone są przez człowieka, który od lat siedzi w branży, pracuje jako organizator, selekcjoner, juror, słowem „zna się”, jest blisko. Nic dziwnego, że rozmowy są treściwe – w krótkiej formie udało się przedstawić sylwetki twórców, a także pokazać w zarysie (i na ile to w takiej formie, bez dystansu czasowego jest możliwe), jak wygląda całość zjawiska. Autorowi zależało na zaprezentowaniu możliwie największej różnorodności matriału. Nie przykładał ani klucza polityczności, ani określonych tematów, czy technik. Obok siebie pojawiają się ci pracujący w 3D, celujący w kino komercyjne, jak Tomasz Bagiński i „rękodzielnicy”, jak pracujący w noncamerze, niszowy Wojtek Bąkowski. Obydwaj, a także dziewiętnastu pozostałych twórców, reprezentuje film autorski. Obok charakterystycznej, i chyba jednak dominującej, „polskiej refleksyjności”, pojawia się śmiech, ironia, groteska (Janek Koza, Maciej Majewski), obok abstrakcji – fabuły, obok wypowiedzi programowo zaangażowanych (Tomek Kozak), wypowiedzi w mniejszym lub większym stopniu abstrahujące od polityczności. Jak widać – różnorodnie. I to jest właśnie mianownik, za pomocą którego Mariusz Frukacz podsumowuje twórczość autorów z roczników 70. i 80., próbujących rozruszać polską animację po dwóch dekadach impasu (dlatego pewnie, historycznie – choć nie są to już często dwudziestolatkowie – mówi się tu o młodej polskiej animacji). Autorzy nie mają narzucającego się przeciwnika, by walczyć, mają do wyboru mnóstwo tematów i technik, skupiają się najczęściej na własnym wnętrzu, relacjach międzyludzkich, obyczajowości.

(więcej…)

Teatr o zaostrzonym rygorze. Michał Wróblewski

Georges Perec,
Teatr I
tłum. Jacek Olczyk
Kraków 2010

 

Georges Perec, obok powszechnie znanej prozy, pisał również sztuki teatralne. „Podwyżka” wpadnie w oko każdemu. „Schowek Permentiera” zmusi do zadumy. Utworów w tomie zatytułowanym „Teatr 1” nie jest wiele, ale warto je przeczytać. 

Podobno w więzieniu jedną z najgorszych rzeczy jest bezczynność. Ów nieznośny margines wolności. O ile człowiek w normalnych warunkach dąży do odpoczynku i błogiego lenistwa, to ludzie w celi zdają się poszukiwać dla siebie dodatkowych zajęć, i jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – własnych ograniczeń w celu manifestowania wewnętrznej autonomii. Dla Georgesa Pereca literatura nie stanowi zwykłej ekspresji uczuć – jest na to zbyt lękliwy. Zamiast tego postępuje on metodycznie, budując swoje utwory na ograniczeniach formalnych.1 Tak zbudowane są jego powieści, lecz również sztuki teatralne, które dotychczas w Polsce były raczej nieznane. W roku 1985 w jednym z numerów „Dialogu” ukazało się tłumaczenie jednego z dramatów francuskiego pisarza, którego zmodyfikowana wersja otwiera niniejszy tom.

(więcej…)

Przymusy przeciw przymusom (Teatr I). Aldona Kopkiewicz

Georges Perec,
Teatr I
tłum. Jacek Olczyk
Kraków 2010

 

Na „Teatr I” składają się jedyne dramaty napisane przez Georgesa Pereca – „Podwyżka” i „Schowek Parmentier”. Części „II” nigdy nie było. Może autor nie zdążył, wydał je bowiem niedługo przed śmiercią w 1981 roku, może żartował albo też numer I ma jakieś inne znaczenie, bo przecież nie praktykuje się wydawania książek jako pierwszego tomu czegoś, co jeszcze nie znalazło żadnej kontynuacji – może więc to sugestia kontynuacji potencjalnej?

Droga Pereca do teatru wiodła trochę na opak – tak przynajmniej sugeruje posłowie tłumacza tych tekstów, Jacka Olczyka. Działo się to pod koniec lat ’60 i później: inspiracją dramatów była dla pisarza jego praca w radiu, wykłady Barthesa i praktyki literackie OuLiPo, co daje konglomerat eksperymentu prowokowanego przymusem oraz fascynacji tym, jak literatura sama staje się rygorem, kiełznającym nieokreśloność życia. Chodziłoby tu też o refleksję nad współzależnością między językowym systemem a mową, a więc znów – dialektyką nieuświadomionego prawa i jednostkowej kreacji, która jest jednak nieco wystygłą grudką w magmie miksujących się głosów. Każdy z tych aspektów po prostu inaczej nazywa pewną intuicję tego, czym jest literatura jako różnicujący odstęp między językiem i życiem.

Twórczość radiowa Pereca wpisywała się w ruch Neues Hörspiele, a zatem dram radiowych w wersji bardziej awangardowej, przedstawień słuchowych bazujących na eksperymentach z dźwiękiem i literą. Te gry z odgłosami w połączeniu z nowym wówczas podejściem do tekstualności utworu sprawiają, że pisarz ten jest jednym z pierwszych DJ-ów tekstu. Myślenie o samplingu jedynie w kontekście pisarstwa zawsze w końcu pozwala się wyjaśnić „postną” teorią literatury, ale zajrzenie do sedna tej aktywności od strony warsztatu: pisarzy naprawdę bywających za radiową konsoletą, wsłuchujących się w szumy, elektroniczne struktury i rwane głosy, badających relację między tradycyjną kompozycją i luźną partyturą, poszukujących muzycznego odpowiednika gry znaczących, wspólnej przestrzeni dla zderzeń dźwięków i słów – wydaje się artystycznie żywe i orzeźwiające jeszcze dziś.

(więcej…)

Z posłowiami zresztą różnie bywa. Marcin Sendecki

Georges Perec
Gabinet Kolekcjonera
tłum. W. Brzozowski
Kraków 2010

 

[…] Z posłowiami zresztą różnie bywa. Ostatnie dziełko wielkiego Georges’a Pereca „Gabinet kolekcjonera” (Lokator) dostajemy w drugim już przekładzie (Wawrzyńca Brzozowskiego) zaledwie parę lat po pierwszym. Skąd ta obfitość? Otóż autor pierwszego napisał esej o Perecu w charakterze posłowia, co było oczywiście słuszne i zbawienne, lecz okazało się, że posłowie jest znacznie dłuższe od tekstu Pereca, a na okładce książki Perec i nasz tłumacz-posłowiarz figurują jako równoprawni autorzy tomu. Na to opiekunowie dzieła Pereca zareagowali nerwowo, jednakowoż całkiem przytomnie, bo nijak nie mogli sobie przypomnieć, by G.P. wydał jakąś książkę wspólnie z owym polskim tłumaczem jako współautorem, i sprawili, że dzieło wycofano z dystrybucji. Wciąż jednak można je znaleźć w niektórych bibliotekach, a jego grzbiet obejrzeć powyżej. Cała historyjka jest zresztą jakby perecowska z ducha, a „Gabinetu…”, najlegalniej już obecnego po polsku, nie znać nie wypada, boć to swoiste uzupełnienie „Życia. Instrukcji obsługi”, może nawet jego setny, brakujący rozdział, zaś „Życie. Instrukcja obsługi” to – jak twierdzą niektórzy mądrzy ludzie – ostatnia wielka powieść w historii ludzkości. […]

Marcin Sendecki, PRZEKRÓJ – 9.11.2010 – 43/2010

Pio a świat. Agnieszka Taborska

PIO
Chmurki i humorki
Kraków 2009

W grafikach Piotra Kalińskiego codzienne scenki – podglądane z ciekawością, opisane z humorem – dają posmak tego, co surrealiści nazywali cudownością. Te pełne dowcipu i poezji notatki ze spotkań, lektur, podróży, wieczorów w barach, spacerów po mieście i plażach najwięcej pokrewieństw zdradzają z linorytami Rolanda Topora.
Obydwóm bliski jest czarny humor, upodobanie do zaskakiwania widza, obnażania komunałów, snucia fantazji wokół metamorfoz (nierzadko okaleczanego) ciała. A także zdolność obserwacji świata, refleksji nad naturą ludzką i odkrywania liryki najzwyklejszych sytuacji. W Nauczce Pio zesłany z niebios piorun trafia w bezbronnego ludzika. W Palcu Bożym Topora tenże palec wyłaniający się z chmury wskazuje drogę innemu ludzikowi, pochylonemu z okrwawionym nożem nad świeżymi zwłokami. Linoryt Nie będziesz żałował! – na którym w głowę uprzejmie uśmiechniętego pana mierzy z rewolweru kobieca dłoń – stanowi rozwinięcie tematu kilkakrotnie podejmowanego przez Topora. Next jest parafrazą Toporowskiego linorytu pod tym samym tytułem, na którym zniecierpliwiona śmierć ponagla następnego w kolejce. Pocałunek Pia stanowi jeszcze jeden wariant wyobrażanych sobie przez założyciela Grupy Panicznej komplikacji wynikających ze złączenia pary ust. Krotochwilna Kobieta z pomarańczową kulką bawi się dialogiem z należącym niegdyś do Bretona olejnym obrazem Rolanda, Kobieta z pomarańczową kulą. Jak wszystko jednak, nawiązania do autora Księżniczki Anginy są przez Piotra Kalińskiego traktowane z przymrużeniem oka.
(więcej…)

Bajeczki z brakiem w tle. Olga Szmidt

Jerzy Franczak
PIOtr Kaliński
Pacynki
Kraków 2010

 

W bajkowych utworach Jerzego Franczaka i w pochodzących z nie innej konwencji obrazkach PIOtra Kalińskiego niemal wszystkie postaci (czy pacynki to na pewno postaci?) cierpią na rozmaite braki. Mamy tu długonosego króla bez rączek, piękną królewnę, która straciła głowę czy ślepego mesjasza bez nóżek. Mamy też karkołomny język, urzekające grafiki i władzę, jaką dają nam autorzy. Pacynka to bowiem utwór, jak czytamy w fingowanej definicji ze Słownika terminów literackich, nakładany na palec przez czytelnika.  

Lewa dłoń PIO i prawa Franczaka nakreśliły dwanaście unikalnych utworów i tyleż samo grafik. Główny pomysł tego projektu to – zadziwiająco udana – próba połączenia twórczości wizualnej z bajkową konwencją tekstu. Co wydaje się jeszcze bardziej ryzykowne – książeczka ta nie jest skierowana w dodatku do dzieci (choć może odwołujących się do takich pierwiastków, by tak patetycznie i staromodnie rzec, w duszy czytelnika). Franczak tekstem, PIO grafikami pozbawiają swoje pacynki części ciała, zmysłów, stale przypisanych cech czy wreszcie złudzeń. Nie są to jednak mikro-makabreski. Już w tytułach dzieje się coś dziwnego. Rzućmy okiem: O małym zajączku, któremu odpadło uszko podczas ucieczki, O pięknej królewnie, która straciła głowę, O bardzo złym kotku z wielka dziurą w brzuszku. Dysonanse, zgrzyty i niejasne niezgodności, jakie powstają, gdy słyszymy na przykład o bardzo złym kotku, to stały efekt towarzyszący lekturze Pacynek. Widzimy tu bowiem zdeformowanych bohaterów dziecięcych bajek, którym przydarzają się rzeczy co najmniej dziwne. Książeczka ta nie oferuje kilkunastu sympatycznych historyjek, fragmentów czy urywków większych całości. To raczej pełne, choć tak małe (stosunkowo trudno oprzeć się, mimo standardowej powściągliwości w tej kwestii, pokusie ciągłego zdrabniania) niby-portreciki, w których równie niewielkie opowiadania mają objaśnić sytuację, wygląd albo dysfunkcję pacynki. Nie jest jednak tak, że teksty Franczaka funkcjonują rozłącznie, choć równolegle z grafikami PIO, stanowiąc swoiste „dwa w jednym”. Są to dwie „płaszczyzny”, które są od siebie ściśle uzależnione, wzajem się komentujące, dostarczające czytelnikowi uciech w dwójnasób.
(więcej…)

Przejście w miejscu niedozwolonym. Olga Szmidt

Marcin Pawlik
Deklinacja nic
Kraków 2009

Jeśli zapytać przypadkową – całkiem nieźle zorientowaną w krakowskim świecie literackim – osobę o Marcina Pawlika, najprawdopodobniej nie zająknie się nawet o jego poezji. Wspomni najwyżej o alternatywnym „Sublokatorze”, w którym jest basistą, przy dużym szczęściu będzie wiedziała, że jest także autorem tekstów ich piosenek. O poezji Marcina Pawlika nie miało okazji słyszeć i nie słyszało dotąd zbyt wielu (choć oddać należy sprawiedliwość „Czytelni” TVP Kultura, w której tomik był recenzowany). Po roku od wydania „Deklinacji nic” wypadałoby to wreszcie zmienić. Przepraszam, nie „wypadałoby” – bardzo chciałabym, żeby się to zmieniło.

Trudny to debiut pod wieloma względami. Z jednej strony niełatwo się przebić przez niemal czterdzieści bardzo zróżnicowanych utworów, z drugiej wyrokowanie na temat przyszłości poetyckiej autora (z czym wiąże się przecież zwykle recenzowanie debiutów) wydaje się wysoce problematyczne. Przejdźmy może więc od razu do rzeczy. Spróbujmy po kolei, choć opuszczając pierwszy utwór – o nim jeszcze będzie czas powiedzieć. Marcin Pawlik podzielił swój tomik na trzy części, którym nadał bardzo znaczące tytuły: Lokacje, Synapsy i Mute.

(więcej…)