Przymusy przeciw przymusom (Teatr I). Aldona Kopkiewicz

Georges Perec,
Teatr I
tłum. Jacek Olczyk
Kraków 2010

 

Na „Teatr I” składają się jedyne dramaty napisane przez Georgesa Pereca – „Podwyżka” i „Schowek Parmentier”. Części „II” nigdy nie było. Może autor nie zdążył, wydał je bowiem niedługo przed śmiercią w 1981 roku, może żartował albo też numer I ma jakieś inne znaczenie, bo przecież nie praktykuje się wydawania książek jako pierwszego tomu czegoś, co jeszcze nie znalazło żadnej kontynuacji – może więc to sugestia kontynuacji potencjalnej?

Droga Pereca do teatru wiodła trochę na opak – tak przynajmniej sugeruje posłowie tłumacza tych tekstów, Jacka Olczyka. Działo się to pod koniec lat ’60 i później: inspiracją dramatów była dla pisarza jego praca w radiu, wykłady Barthesa i praktyki literackie OuLiPo, co daje konglomerat eksperymentu prowokowanego przymusem oraz fascynacji tym, jak literatura sama staje się rygorem, kiełznającym nieokreśloność życia. Chodziłoby tu też o refleksję nad współzależnością między językowym systemem a mową, a więc znów – dialektyką nieuświadomionego prawa i jednostkowej kreacji, która jest jednak nieco wystygłą grudką w magmie miksujących się głosów. Każdy z tych aspektów po prostu inaczej nazywa pewną intuicję tego, czym jest literatura jako różnicujący odstęp między językiem i życiem.

Twórczość radiowa Pereca wpisywała się w ruch Neues Hörspiele, a zatem dram radiowych w wersji bardziej awangardowej, przedstawień słuchowych bazujących na eksperymentach z dźwiękiem i literą. Te gry z odgłosami w połączeniu z nowym wówczas podejściem do tekstualności utworu sprawiają, że pisarz ten jest jednym z pierwszych DJ-ów tekstu. Myślenie o samplingu jedynie w kontekście pisarstwa zawsze w końcu pozwala się wyjaśnić „postną” teorią literatury, ale zajrzenie do sedna tej aktywności od strony warsztatu: pisarzy naprawdę bywających za radiową konsoletą, wsłuchujących się w szumy, elektroniczne struktury i rwane głosy, badających relację między tradycyjną kompozycją i luźną partyturą, poszukujących muzycznego odpowiednika gry znaczących, wspólnej przestrzeni dla zderzeń dźwięków i słów – wydaje się artystycznie żywe i orzeźwiające jeszcze dziś.

(więcej…)

Z posłowiami zresztą różnie bywa. Marcin Sendecki

Georges Perec
Gabinet Kolekcjonera
tłum. W. Brzozowski
Kraków 2010

 

[…] Z posłowiami zresztą różnie bywa. Ostatnie dziełko wielkiego Georges’a Pereca „Gabinet kolekcjonera” (Lokator) dostajemy w drugim już przekładzie (Wawrzyńca Brzozowskiego) zaledwie parę lat po pierwszym. Skąd ta obfitość? Otóż autor pierwszego napisał esej o Perecu w charakterze posłowia, co było oczywiście słuszne i zbawienne, lecz okazało się, że posłowie jest znacznie dłuższe od tekstu Pereca, a na okładce książki Perec i nasz tłumacz-posłowiarz figurują jako równoprawni autorzy tomu. Na to opiekunowie dzieła Pereca zareagowali nerwowo, jednakowoż całkiem przytomnie, bo nijak nie mogli sobie przypomnieć, by G.P. wydał jakąś książkę wspólnie z owym polskim tłumaczem jako współautorem, i sprawili, że dzieło wycofano z dystrybucji. Wciąż jednak można je znaleźć w niektórych bibliotekach, a jego grzbiet obejrzeć powyżej. Cała historyjka jest zresztą jakby perecowska z ducha, a „Gabinetu…”, najlegalniej już obecnego po polsku, nie znać nie wypada, boć to swoiste uzupełnienie „Życia. Instrukcji obsługi”, może nawet jego setny, brakujący rozdział, zaś „Życie. Instrukcja obsługi” to – jak twierdzą niektórzy mądrzy ludzie – ostatnia wielka powieść w historii ludzkości. […]

Marcin Sendecki, PRZEKRÓJ – 9.11.2010 – 43/2010

Pio a świat. Agnieszka Taborska

PIO
Chmurki i humorki
Kraków 2009

W grafikach Piotra Kalińskiego codzienne scenki – podglądane z ciekawością, opisane z humorem – dają posmak tego, co surrealiści nazywali cudownością. Te pełne dowcipu i poezji notatki ze spotkań, lektur, podróży, wieczorów w barach, spacerów po mieście i plażach najwięcej pokrewieństw zdradzają z linorytami Rolanda Topora.
Obydwóm bliski jest czarny humor, upodobanie do zaskakiwania widza, obnażania komunałów, snucia fantazji wokół metamorfoz (nierzadko okaleczanego) ciała. A także zdolność obserwacji świata, refleksji nad naturą ludzką i odkrywania liryki najzwyklejszych sytuacji. W Nauczce Pio zesłany z niebios piorun trafia w bezbronnego ludzika. W Palcu Bożym Topora tenże palec wyłaniający się z chmury wskazuje drogę innemu ludzikowi, pochylonemu z okrwawionym nożem nad świeżymi zwłokami. Linoryt Nie będziesz żałował! – na którym w głowę uprzejmie uśmiechniętego pana mierzy z rewolweru kobieca dłoń – stanowi rozwinięcie tematu kilkakrotnie podejmowanego przez Topora. Next jest parafrazą Toporowskiego linorytu pod tym samym tytułem, na którym zniecierpliwiona śmierć ponagla następnego w kolejce. Pocałunek Pia stanowi jeszcze jeden wariant wyobrażanych sobie przez założyciela Grupy Panicznej komplikacji wynikających ze złączenia pary ust. Krotochwilna Kobieta z pomarańczową kulką bawi się dialogiem z należącym niegdyś do Bretona olejnym obrazem Rolanda, Kobieta z pomarańczową kulą. Jak wszystko jednak, nawiązania do autora Księżniczki Anginy są przez Piotra Kalińskiego traktowane z przymrużeniem oka.
(więcej…)

Bajeczki z brakiem w tle. Olga Szmidt

Jerzy Franczak
PIOtr Kaliński
Pacynki
Kraków 2010

 

W bajkowych utworach Jerzego Franczaka i w pochodzących z nie innej konwencji obrazkach PIOtra Kalińskiego niemal wszystkie postaci (czy pacynki to na pewno postaci?) cierpią na rozmaite braki. Mamy tu długonosego króla bez rączek, piękną królewnę, która straciła głowę czy ślepego mesjasza bez nóżek. Mamy też karkołomny język, urzekające grafiki i władzę, jaką dają nam autorzy. Pacynka to bowiem utwór, jak czytamy w fingowanej definicji ze Słownika terminów literackich, nakładany na palec przez czytelnika.  

Lewa dłoń PIO i prawa Franczaka nakreśliły dwanaście unikalnych utworów i tyleż samo grafik. Główny pomysł tego projektu to – zadziwiająco udana – próba połączenia twórczości wizualnej z bajkową konwencją tekstu. Co wydaje się jeszcze bardziej ryzykowne – książeczka ta nie jest skierowana w dodatku do dzieci (choć może odwołujących się do takich pierwiastków, by tak patetycznie i staromodnie rzec, w duszy czytelnika). Franczak tekstem, PIO grafikami pozbawiają swoje pacynki części ciała, zmysłów, stale przypisanych cech czy wreszcie złudzeń. Nie są to jednak mikro-makabreski. Już w tytułach dzieje się coś dziwnego. Rzućmy okiem: O małym zajączku, któremu odpadło uszko podczas ucieczki, O pięknej królewnie, która straciła głowę, O bardzo złym kotku z wielka dziurą w brzuszku. Dysonanse, zgrzyty i niejasne niezgodności, jakie powstają, gdy słyszymy na przykład o bardzo złym kotku, to stały efekt towarzyszący lekturze Pacynek. Widzimy tu bowiem zdeformowanych bohaterów dziecięcych bajek, którym przydarzają się rzeczy co najmniej dziwne. Książeczka ta nie oferuje kilkunastu sympatycznych historyjek, fragmentów czy urywków większych całości. To raczej pełne, choć tak małe (stosunkowo trudno oprzeć się, mimo standardowej powściągliwości w tej kwestii, pokusie ciągłego zdrabniania) niby-portreciki, w których równie niewielkie opowiadania mają objaśnić sytuację, wygląd albo dysfunkcję pacynki. Nie jest jednak tak, że teksty Franczaka funkcjonują rozłącznie, choć równolegle z grafikami PIO, stanowiąc swoiste „dwa w jednym”. Są to dwie „płaszczyzny”, które są od siebie ściśle uzależnione, wzajem się komentujące, dostarczające czytelnikowi uciech w dwójnasób.
(więcej…)

Przejście w miejscu niedozwolonym. Olga Szmidt

Marcin Pawlik
Deklinacja nic
Kraków 2009

Jeśli zapytać przypadkową – całkiem nieźle zorientowaną w krakowskim świecie literackim – osobę o Marcina Pawlika, najprawdopodobniej nie zająknie się nawet o jego poezji. Wspomni najwyżej o alternatywnym „Sublokatorze”, w którym jest basistą, przy dużym szczęściu będzie wiedziała, że jest także autorem tekstów ich piosenek. O poezji Marcina Pawlika nie miało okazji słyszeć i nie słyszało dotąd zbyt wielu (choć oddać należy sprawiedliwość „Czytelni” TVP Kultura, w której tomik był recenzowany). Po roku od wydania „Deklinacji nic” wypadałoby to wreszcie zmienić. Przepraszam, nie „wypadałoby” – bardzo chciałabym, żeby się to zmieniło.

Trudny to debiut pod wieloma względami. Z jednej strony niełatwo się przebić przez niemal czterdzieści bardzo zróżnicowanych utworów, z drugiej wyrokowanie na temat przyszłości poetyckiej autora (z czym wiąże się przecież zwykle recenzowanie debiutów) wydaje się wysoce problematyczne. Przejdźmy może więc od razu do rzeczy. Spróbujmy po kolei, choć opuszczając pierwszy utwór – o nim jeszcze będzie czas powiedzieć. Marcin Pawlik podzielił swój tomik na trzy części, którym nadał bardzo znaczące tytuły: Lokacje, Synapsy i Mute.

(więcej…)