Śniło mi się, że… – Paweł Mielczarek

okladka_eliza_195x450_front„Śniło mi się, że…” – któż z nas nie wypowiedział tego zdania choć raz w życiu. Sen to jedno z powszechniejszych doświadczeń ludzkości. Uniwersalne i wspólne wszystkim, a jednocześnie osobiste i niepowtarzalne. Zapamiętywanie i zapisywanie snów to osobna sztuka i umiejętność. Sny doniesione na brzeg jawy znikają bowiem momentalnie, jak rysunki na piasku zalewane przez morskie fale. Ale to nie jedyna przeszkoda. Swoistą logikę snu, według której wszystko się ze sobą wiąże, wszystko jest płynne i się nieustannie przekształca, sprawy dzieją się równocześnie, rzeczy i ludzie są tym, a jednocześnie czymś innym, trzeba zapisać racjonalnym językiem jawy. W tym przekładzie nieuchronnie coś tracimy, choć jednocześnie coś zyskujemy. Tym czymś jest opowieść, a stąd już krok do literatury. Ten krok wykonała Eliza Kącka w wydanej właśnie książce Po drugiej stronie siebie (Lokator, 2019).

Przyzwyczajeni jesteśmy, że w przypadku snów najważniejsza jest ich interpretacja. Począwszy od snów biblijnych, przez senniki powstające w starożytności, a potem, od późnego średniowiecza masowo drukowane i sprzedawane na targach i odpustach, aż po dwudziestowieczną psychoanalizę, ludzie próbują odgadnąć i zrozumieć co dany sen oznacza, co mówią nam przeżywane we śnie historie, co symbolizują widziane obrazy i osoby. Czynność ta ma wymiar poznawczy oraz terapeutyczny. Z pewnością ktoś z nastawieniem jungowskim, szukający archetypów, mitycznych prawzorów i odwiecznych mechanizmów, poszaleje sobie czytając książkę Kąckiej. Na przykład co oznacza nałóg łykania torebek z herbatą?

Ale dla mnie ważniejsze jest co innego. Kącka wydobywa ze snu, czy też raczej z opisu snu, przede wszystkim jego walor literacki. Wykorzystuje jego potencjał fabularny, walory językowe oraz siłę mechaniki wyobraźni. Jej opisy snów czytałem jak dziełka literatury gnomicznej, miniaturowe opowiadania albo poematy prozą, mające główną bohaterkę i fabułę, czasem całkiem wyraźnie (jak na sen) zarysowaną. Opowiadania niepokojące, zagadkowe, czasem z puentą, często zabawne. Kafka jest w Lidzbarku Warmińskim i hoduje patyczaki. Rewelację tę przekazuje narratorce Sienkiewicz, który się zastanawia, czy by mu nie wynająć pokoju w bloku na nowym osiedlu. Albo narratorce wyrasta ogon jaszczurczy. Przerabia więc ubrania, pisze podania o pracę dla osoby z ogonem. Albo rozmawia z Immanuelem Kantem, małym jak szczurek, a potem wsadza go do koperty i wysyła do Królewca.

czytaj całość >>>

i wtedy się obudziła — E. Kącka, „po drugiej stronie siebie” – Karolina Kurando

okladka_eliza_195x450_frontMarzenia senne to takie nasze czasami wstydliwe, a-czasami-nie sekrety, z których nie pragniemy zwierzać się całemu światu, ale jednak są to sekrety, a sekrety istnieją po to, żeby je zdradzać, dlatego coś nas jednak korci, żeby ogłaszać je regularnie, z hukiem wyrzucając za drzwi sypialni. Sny to zemsta naszej podświadomości. Autoszantaż. Najskrytsze, nieuświadomione, złośliwe pożądania i wypadkowa głupotek, zbłądzonych w drodze od jednego ucha, którym wleciały, do drugiego, którym wylecieć miały, ale po drodze zakręciły się i zostały. To druga strona lustra, wisząca po drugiej stronie nas.

Eliza Kącka ustanawia siebie w roli wyznawczyni, tworząc z po drugiej stronie siebie wyjątkowy dziennik intymny. Wyjątkowy, bo jest to dziennik zapisany tą drugą rzeczywistością, do której Kącka ma dostęp jedynie podczas krótkich drzemek na klawiaturze laptopa czy nocnego odpoczynku; składający się ze spisywanych przez autorkę snów będących odzwierciedleniem jej życia na jawie. Senna autobiografia — jak głosi tekst promocyjny. Kącka w sferę jawy przekrada senne marzenia i tworzy z nich literaturę, podobnie jak z elementów świata rzeczywistego lepi świat przedstawiony snu. W przestrzeni snu żyje, ale żyje inaczej; to życie toczy się bez jej udziału, ono jest nią. Kącka nie wyraziła na nie zgody, ale nie może zrezygnować ze śnienia. Postanawia tworzyć zapiski upamiętniające zdarzenia z tamtego istnienia. Nie poddaje ich jednak interpretacji, pozostaje jedynie w roli notującej, opowiadającej, odtwarzającej.

Czy czytanie cudzych snów może być interesujące? Jeżeli zawierzymy autorce, że w jej sennym dzienniku znajdują się jedynie prawdziwe sny (o ile o prawdziwości snu w ogóle możemy mówić), a nie zwyczajnie zmyślone opowieści nazwane snami, czy czerpiące ze snów, lecz nimi nie będące, to tak, czytanie snów Kąckiej można uznać za interesujące. Traktując po drugiej stronie siebie jako literaturę dokumentu osobistego, jesteśmy w stanie z tych chronologicznie ułożonych snów wyciągnąć istotne informacje, które w przyszłości mogą się przydać chociażby w ukontekstawianiu nienapisanych jeszcze dzieł pisarki. Ten osobliwy dziennik przepełniony jest obsesją Kąckiej na punkcie Stanisława Brzozowskiego, który jest częstym bohaterem jej snów, a który równie mocno gościł w jej rzeczywistości — sny o nim przypadają na okres, kiedy Kącka pracowała nad książką dotyczącą tegoż. Prócz Brzozowskiego, w snach nawiedza ją Ważyk, Broniewski, Gałczyński, czy chociażby Schulz, który chcąc nie chcąc jest także patronem sennego dziennika, nie tylko ze względu na cytat początkowy, gdzie Kącka Schulza przywołuje, ale i przez samo nasuwające się skojarzenia ze schulzowskim oniryzmem i przepracowaną na jego nazwisku tematyką snów wszelakich. Mit towarzyszących autorce w sennej przestrzeni artystów upada, bo chociaż przedstawiani są jako oni sami, ich postaci są karykaturalne i oswojone — w końcu należą do snów Kąckiej, a tym samym i do niej. Jednocześnie są oni widmami i patronami, czuwającymi nad nią i przy niej. Z jakiegoś powodu się jej śnią, czyli muszą być mocno zakorzenieni w jej „prawdziwym” życiu. W swoich snach Kącka odbywa wycieczki do rodzinnego miasta, trochę sobie po nim chodzi, przypomina sobie, i znowu sobie chodzi. W snach dużo myśli, o teraźniejszości, o sensie swoich działań. Mówi to, co wiemy wszyscy, ale nieliczni się przyznają — że pisanie książek wcale nie jest takie fajne, i pisanie doktoratu też, a obrony tak bardzo wszczepiają się w pamięć, że aż się śnią (niekoniecznie własne). Sny Kąckiej są refleksją nad jej rzeczywistym życiem, to, co dla niej istotne, przedstawiają, a jakże, w krzywym zwierciadle, generując kolejne pytania, jak gdyby na jawie było ich za mało. I oczywiście — żadnych odpowiedzi.

czytaj dalej >>>

Stuletnia wojna trzydziestoletnia – Łukasz Drewniak

banerFB1200x900
Teatr Łaźnia Nowa, Ebba Witt-Brattström Miłosna wojna stulecia,
na podstawie tłumaczenia Justyny Czechowskiej.
reżyseria: Eva Rysova, scenografia: Justyna Elminowska, choreografia: Cezary Tomaszewski.
[…]
Książka Miłosna wojna stulecia Ebby Witt-Brattström wyszła bodaj w lipcu nakładem krakowskiego Lokatora, tłumaczyła ze szwedzkiego Justyna Czechowska. Jak się dowiedziałem, że robią to w Łaźni, miałem wątpliwości, czy to w ogóle nadaje się na scenę. Smaczek środowiskowy w Szwecji był pewnie kluczowy w jego recepcji, bo w tle majaczył rozwód autorki – feministki, profesorki literatury, z mężem – bardzo wpływowym członkiem Komitetu Noblowskiego. Przekładając to na polskie realia – oto Agata Bielik-Robson pisze o rozstaniu z Cezarym Michalskim, a Teatr Powszechny robi z tego teatralno-hashtagowy show. Na szczęcie realizatorzy krakowskiej premiery nie szukali polskich odpowiedników bohaterów tego poematu w formie dialogowej, nie myśleli o nim jako o odprysku akcji #MeToo. Eva Rysova nie chciała iść na wojnę ze społeczeństwem, nie dowaliła mocno ani mężczyznom, ani kobietom. Jej unik, a właściwie pogłębienie problemu, polega na przeniesieniu sprawy w świat sztuki.

czytaj całość >>>

Kropka. Dwukropek. Wielokropek, czyli o „engramach” Marty Eloy Cichockiej

okladka_ENGRAMY_www

Poetka przyznaje, że „zerwała z nałogiem opisywania świata”. Jej poezja przestaje być szkicem tego, co widzi, chce dotknąć czegoś głębszego, mniej widocznego. Czegoś, do czego doszła po 365 dniach zarwanych nocy, do czegoś ponad nią („stanęłam na palcach…”), nieracjonalnego („…i bez głowy”), czegoś, co boli, ale i co daje jej spełnienie. Poezję Marty Eloy Cichockiej analizuje Maria Rozmiarek.
okladka_ENGRAMY_FRONT_www
„engramy: ślady pamięciowe w mózgu. Zmiany w układzie nerwowym, magazyn wspomnień” –  czytamy na początku najnowszego tomiku Marty Eloy Cichockiej. Stąd moje skojarzenie z tytułowymi „kropką, dwukropkiem i wielokropkiem” jako z n a k a m i g r a f i c z n y m i, które pojawiły się w poszczególnych wierszach poetki, oraz które chciałabym uznać za symbole engramów. Śladów w pamięci, śladów ludzkich stóp w języku, ludzi odbitych i wpisanych w życie innych, słów wyrytych na zawsze w duszy, niezmazywalnych wspomnień, znaków, wskazówek wyczekiwanych i niezauważonych, niewykorzystanych możliwości, wyborów szczęśliwych i do przemilczenia, prozaicznych replik kosmosu w codzienności.

Wieloznaczność symbolu pociąga jednak za sobą sprzeczne konsekwencje. Z jednej strony daje przestrzeń w i e l o ś c i, spektrum możliwości, p r z e s t r z e ń, z drugiej zaś może przytłoczyć swoją mnogością i rozległością. I tę ambiwalencję ludzkiego doświadczenia, życia, jak i samego pojęcia engramów porusza poetka w swojej najnowszej twórczości. Bo chociaż bez wątpienia każdy z nas jest odrębną k r o p k ą, to bezustannie wpisuje się w szeregi dwu- i wielokropków. Każdy nosi własny bagaż wspomnień niezmazywalnych i niewymazywalnych. W każdym z nas ma miejsce i odbija się ktoś inny, co również Marta Eloy Cichocka podkreśla w swoim wstępie. Przed wymienionymi konkretnymi nazwiskami „zasłużonych” pisze bowiem „W engramach udział wzięli:”. Czy w ten sposób topos theatrum mundi „przenosi” swoją scenę ze świata do wnętrza człowieka? Czy to w nim rozgrywa się wielkie widowisko, a swoje role odgrywają różni aktorzy?
.
„i ty też” kończy wymieniankę poetka. Jednostkowość. Ten „ty” i ta „ja” jest ważnym punktem (znakiem interpunkcyjnym) „engramów”. Poetka przyznaje, że „zerwała z nałogiem opisywania świata”. Jej poezja przestaje być szkicem tego, co widzi, chce dotknąć czegoś głębszego, mniej widocznego. Czegoś, do czego doszła po 365 dniach zarwanych nocy, do czegoś ponad nią („stanęłam na palcach…”), nieracjonalnego („…i bez głowy”), czegoś, co boli, ale i co daje jej spełnienie.

piszę odpowiadam tak dużo
piszę mało zapisuję

W wyrazie „piszę” zawiera się duży pierwiastek tego, co osobiste. Pisze się od siebie, pisze się coś, co wypływa ze środka człowieka, coś nowego i indywidualnego. Zapisywać to odtwarzać coś gotowego, jakiś schemat, obrazek, regułę. Chyba że to w ogóle przewrotna odpowiedź, w której „piszę” oznacza – żyję, odczuwam, działam, poznaję, poszukuję… Nie bazgrolę, zagłuszam, hałasuję, stawiam puste litery, nie opisuję świata, tylko piszę świat – mój świat.

MARIA ROZMIAREK

Czytaj całość >>>

MARTA ELOY CICHOCKA (1973) – poetka i fotografka, iberystka i frankofilka, habilitowana badaczka i tłumaczka literatury, zwłaszcza hiszpańskojęzycznej. Laureatka I nagrody w konkursie poetyckim im. Haliny Poświatowskiej (2004), stypendystka MKiDN w dziedzinie literatury (2007), laureatka I Beca-Residencia Internacional SxS Antonio Machado (2016). Opublikowała „Wejście ewakuacyjne” (2003), „Lego dla ego” (2005), dwujęzyczne „Ślady opon na poduszce / Huellas de neumáticos en la alomohada” (2016), „Engramy” (2017) i dwie książki teoretycznoliterackie o poetyce współczesnej powieści historycznej, każdą w innym języku. Autorka sztuki teatralnej „Córki powietrza. Sen Balladyny”, inspirowanej Calderonem i Słowackim (Teatr im. Jana Kochanowskiego, reż. Ignacio García, premiera: marzec 2019). Dużo pisze, mało zapisuje; regularnie zaniedbuje stronę eloy.pl

„Kobieta, którą stać” – Jan Szaket

okladka_ENGRAMY_www

 

 

 

Bez wątpienia autorka tomu Engramy jest kobietą, którą stać na wiele, jednak myliłby się ktoś sądzący, że jej książka poetycka przynosi długi spis dóbr powszechnie lub lokalnie uważanych za pożądane. W rzeczy samej książka jest raczej przemyślaną konstrukcją niż spisem, zaś uczciwie zrobiona lista dóbr w niej opisywanych zawierałaby chyba tylko jedną pozycję: czas. Pozostałych zdobyczy nie ma lub nie ma powodu zazdrościć.

okladka_ENGRAMY_FRONT_wwwTytułowe engramy, termin z zakresu neurobiologii, odnoszą się do pamięci. Engramy nie są jednak po prostu wspomnieniami, choć na nich się w pewnym sensie opierają. Są śladami pamięciowymi w mózgu, utartymi ścieżkami, których istnienie pozwala na trwałe zmiany w zachowaniu posiadacza lub posiadaczki owego mózgu. Powstają w wyniku czegoś tak banalnego jak bodźce i przeżycia, są więc skutkiem doświadczeń życiowych, szerzej zaś rzecz ujmując, a krótko mówiąc – efektem uczenia się. Ich istnienie i trwałość nie oznacza jednocześnie, że są niezmienne, wręcz przeciwnie, podlegają przekształceniom i zatarciom, tym łatwiejszym rzecz jasna, im krócej istniały. Istotną rolę gra więc w ich wypadku czas.

Czy wiersze w tomie zatytułowanym Engramy są engramami? Może wystarczy, jeśli potraktujemy je, oraz całostki, w które zostały ułożone, jako coś podobnego, powiedzmy jak mapy utartych ścieżek, po których chadzają myśli autorki. Utrwalenie w piśmie nie zapewnia im niezmienności. Nabierają różnej wagi i inaczej wybrzmiewają już choćby w zależności od tego, czy uznamy je za echo lub ekwiwalent śladów w pamięci krótko– średnio– lub długotrwałej. Zdaje się jednak, że najrozsądniej byłoby potraktować rozbudowane i przemyślane zabiegi konstrukcyjne autorki jako sygnał, że każdy z rodzajów pamięci ma dla kształtu tomu swoje zasługi. W swojej książce Marta Eloy Cichocka robi bowiem to, co lubię u piszących najbardziej – myśli. Żeby myśleć trzeba mieć zawsze odwagę, natomiast przychodzi mi do głowy, że aby myśleć przy tworzeniu wierszy, trzeba jeszcze czegoś nie mieć. Nie chodzi o piątą klepkę, ta jest niezbędna, idzie mi raczej o złudzenia dotyczące tego, co naprawdę robimy.

(więcej…)

Katarzyna Kubisiowska o „Miłosnej wojnie stulecia”

wojna_okladka_450x210_15www_frontDwóch rzeczowników rodzaju męskiego lękałam się najbardziej. Tego, że „patriarchat” i „feminizm” deklinowane przez wszystkie przypadki stworzą ideologiczny mur odgradzający tę historię od banalnej prozy istnienia. Pomyliłam się: „Miłosna wojna stulecia” pisana jest w ten sposób, by postawić na równe nogi czytelnika bez względu na jego światopoglądowe przekonania.

Autorką „Miłosnej…” jest Ebba Witt-Brattström, szwedzka literaturoznawczyni, raz na jakiś czas podnosząca adrenalinę w debatach publicznych, kilka lat temu analizą pedofilskich wątków w czwartym tomie„Mojej walki” Karla Ove Knausgarda.

Prywatnie Witt-Brattström ma za sobą trzy dekady małżeństwa z Horace’em Engdahlem, członkiem Akademii Szwedzkiej. Właśnie z tego doświadczenia zrodziła się „Miłosna…”, jej pierwsza nienaukowa książka, pisana już po rozwodzie, z rozmachem, w bólu, bez hamulców.

Wszystkim zagrała na nosie Witt-Brattström. Uwiodła poetycką formą, wypełniała makabryczną treścią. Zanurzyła się w ocean autobiograficznego doświadczenia, związała go w gorset kunsztownej fikcji. Wplotła w poemat tuziny kulturowych aluzji, od Märty Tikkanen przez Artura Strindberga po Ingrid Bergman, tylko po to, by dotknąć jądra ciemności.

Dwa głosy, żony i męża, nikogo więcej, tylko ich intymna obecność. Usiłują prowadzić dialog, ale wychodzi im werbalny pojedynek. De facto egzekucja – strzelają do siebie kulami wzajemnych przewinień, z kwestii na kwestię dosadniej. On – egotysta i pozer, mający w głębokim poważaniu kobietę. Ona – znerwicowana, sfrustrowana, skucząca o kroplę uczucia niczym szczenię o mleko. On mówi: „Jestem z siebie dumny. / I tak nikt się nie przejmuje / twoim zrzędzeniem”. Ona: „Ty masz obrzydliwą pornografię w sieci. / A co mam ja? / Patetyczne marzenie o bliskości?”. On: „Puściłaś mnie. / Nienawidzę cię. / Znikaj. / Srasz wokół siebie. / I nie płacz mi tu znowu / pizdo jebana”. Ona: „Życie z tobą to piekło: gówniane, / małostkowe, / chytre./ Wieczna agenda poniżania kobiet / za fasadą uroku”. On: „Ile smutku bym / nie czuł, / zawsze udowodnisz, / że twój smutek jest większy”.

(więcej…)

Jerzy Franczak – Deszcz alfabetów MIESIĘCZNIK ZNAK nr 758-759

Inger
Inger Christensen – zmarła przed dekadą poetka, powieściopisarka i eseistka – przynależy do panteonu duńskiej literatury. Do rąk polskiego czytelnika trafiła jedna z jej najsłynniejszych książek. alfabet to konceptualny poemat, będący tyleż pieśnią pochwalną na cześć życia, co apokaliptyczną wizją jego zagłady.

Już pierwszy wers, brzmiący: „antonówki istnieją, antonówki istnieją”, wprowadza nas w poetykę wyliczeń i powtórzeń. Ten poetycki idiom (znakomicie przełożony przez Bogusławę Sochańską) ma w sobie coś z psalmicznego zaśpiewu, a pierwsze fragmenty poematu układają się w swoisty hymn dziękczynny, przepełniony zachwytem nad pięknem widzialnego świata: „jasność czerwcowej nocy istnieje, jasność czerwcowej nocy, / niebo nareszcie jakby wzniesione na niebiańskie / wysokości i zarazem chylące się tak tkliwie jak w chwilach / gdy widzisz sny, nim ci się przyśnią”. Utwór, napisany nieregularnym białym wierszem, rozwija się w rytmie powracających fraz i obrazów. Lecz w jego konstrukcji przejawia się również matematyczna precyzja, a to za sprawą podwójnego rygoru, któremu podporządkowana została liryczna materia.

Po pierwsze, tekst nawiązuje do prastarej formy abecedariusza; każdą sekwencją rządzi kolejna litera alfabetu, która pojawia się na początku danego fragmentu i w licznych aliteracjach, np.: „cykady istnieją; cykoria, chrom / i cytrynowce; istnieją cykady; / cykady, cedr, cyprysy, cerebellum”. Abecedariusz to jednak niekonsekwentny i połowiczny – niektóre strofy wyłamują się z powyższej reguły, a sekwencji jest tylko 14, co oznacza, że zatrzymujemy się na literze „N”. To z kolei wiąże się z drugim kluczowym dla poematu konceptem. Rozmiary poszczególnych części rosną w tempie wyznaczanym przez ciąg Fibonacciego (0, 1, 1, 2, 3, 5, 8, 13, 21, 34, 55, 89, 144, 233, 377, 610…), czyli rozpiętość wersowa każdej partii poematu równa się sumie dwóch poprzednich (wyjąwszy pierwszą oraz ostatnią, skróconą o połowę). Najważniejsze, że cała ta kombinatoryka działa w ukryciu, nie potęgując wrażenia sztuczności. Więcej nawet – przydaje poematowi pozór bytu organicznego, rosnącego na naszych oczach według naturalnych, immanentnych prawideł.
Skąd to wrażenie? Z jednej strony alfabet służy jako zbiór najprostszych elementów graficzno-dźwiękowych; tekst wyrasta z nich, powtarza je z koniecznymi odmianami, wprowadza nowe elementy, będące następnie tematem wariacji. Cały ten proces przypomina rozwój żywego organizmu, w którym pomimo rosnącej komplikacji wciąż rozpoznajemy obecność stadium początkowego. Z drugiej strony poetka genialnie opracowuje matematyczną zasadę. Ciąg opisany przez Leonarda z Pizy zwanego Fibonaccim uchodzi za sekretne zaklęcie Matki Natury. W odróżnieniu od regularnego przyrostu opisanego przez ciągi arytmetyczny (2, 4, 6, 8…) czy geometryczny (2, 4, 8, 16…) rozwija się bardziej skokowo, choć nadzwyczaj harmonijnie. To abstrakcyjny schemat spiralnego wzoru wszechobecnego w przyrodzie, wpisanego w kształt liści, muszli skorupiaków, tornad, mgławic kosmicznych i galaktyk. alfabet okazuje się więc bytem paradoksalnym: sztuczny twór znakowy, wykoncypowany podług z góry przyjętych założeń i zniewolony przez arytmetykę, włącza się w świat przyrody ożywionej i nieożywionej właśnie za sprawą swojej regularnej struktury!

Dzieło Christensen nie spełnia się jednak w psalmicznym dziękczynieniu. Edeniczny praobraz, z nieodzownym drzewem jabłoni, szybko nasyca się niepokojącymi sygnałami. Już w drugim fragmencie czytamy: „borówki istnieją i paprocie, paprocie / i brom istnieje; i wodór, wodór”. Oczywiście wodór (najczęściej występujący pierwiastek chemiczny we wszechświecie) oraz brom (obecny we wszystkich organizmach żywych) stanowią podstawowy budulec wszelkiego bytu, ale skojarzenia wędrują w stronę eksperymentów chemicznych i broni masowej zagłady. Potwierdza je otwarcie części dziesiątej: „bomba atomowa istnieje / Hiroszima, Nagasaki” (dalej również: „bomba wodorowa istnieje / i modlitwa o to, by umrzeć”). Wraz z rozkręcaniem się tekstowej spirali wizja zniszczenia ogromnieje, by kulminować w końcowych strofach, przynoszących obraz spełnionej apokalipsy – spustoszonej Ziemi, po której błąkają się ocalałe cudem ptaki oraz dzieci, nadaremnie szukające schronienia w jaskiniach.

alfabet ukazał się po raz pierwszy w 1981 r., czyli na początku ostatniej gorącej fazy wyścigu zbrojeń. W tej perspektywie może stanowić świadectwo psychozy zrodzonej przez falujący antagonizm zimnowojenny. Lecz Christensen wydobywa ten lęk z historycznych ram i przypisuje mu upiorną trwałość. Od czasów Hiroszimy obraz nuklearnego koszmaru wydaje się niemożliwy do wymazania z pejzażu: „niebo zalane światłem, / światłem które od tamtego / dnia przypomina / ogień bomby atomowej”. Nie sposób zahamować triumfalnego pochodu technonauki, nie ma powrotu do utraconego raju niewinności, nie da się wrócić do początku, by zacząć raz jeszcze recytować świat, poczynając od pierwszej litery. Kiedyś alfabet się skończy, podobnie jak życie na Ziemi; przerwanie abecedariusza na 14. z 26 liter łacińskiego alfabetu może oznaczać, że znajdujemy się w samym środku tego procesu, a dynamika jego rozwoju, poddana nieubłaganym prawom liczbowym, nabiera tempa.

czytaj całość >>>
znak-logo

 

Książki na ostro: „CYKL BIAŁY” Athena Farrokhzad

cyklbialy_front_www-670x935
Debiutancki tom poezji Atheny Farrokhazd to połączenie wściekłego ataku na dyktaturę, pełnej żalu opowieści o imigracji, refleksji o języku, który kłamie i zaciemnia oraz historii rodziny szukającej swojego miejsca.

 

Trudno wyliczyć, ile wątków mieści się w dość niewielkim tomie poetyckim młodej, urodzonej w 1983 roku poetki. Farrokhzad pochodzi z Teheranu, ale większą część życia spędziła w Szwecji, tam wykłada creative writing i pisze do „Aftonbladet”. Justyna Czechowska przełożyła na język polski jej debiutancki tom, który ukazał się w 2013 roku, a w międzyczasie został przetłumaczony na angielski i przerobiony na sztukę teatralną. Właściwie wystawienie Cyklu białego na scenie nie wymagało większych zmian – bo cały ten tom nie składa się z tradycyjnie rozumianych wierszy, ale właśnie z fragmentów wypowiedzi, które balansują na granicy liryki i dramatu. Kolejne fragmenty to wypowiedzi poszczególnych osób, członków jednej rodziny: matki, ojca, brata, babki i wuja. Głosu nie zabiera tylko ta postać, do której kierowane są te słowa, córka, dość boleśnie przeżywająca relację z matką:

Matka mówi: Napisz tak

Matki i języki są do siebie podobne

Nieustannie o wszystkim kłamią

(więcej…)

Poetycka ankieta Xięgarni – Linn Hansén

Poetycka ankieta Xięgarni – Linn Hansén

linhansen

Linn Hansén, laureatka Nagrody im. W. Szymborskiej za tom „Przejdź do historii” (wydawnictwo Lokator, 2017). Za przekład książki ze szwedzkiego na język polski została nagrodzona Justyna Czechowska.

Dlaczego pisze Pani wiersze?
Linn Hansén: W przypadku książki Przejdź do historii chodziło mi o to, by spróbować zrozumieć, czym jest to, co nazywamy historią, albo przynajmniej ułożyć coś, o czym mogłabym rozmyślać wspólnie z czytelnikiem. Co oznacza, że historia jest opowieścią pragnącą objąć wszystko, podczas gdy zbudowana jest z tego, że większość rzeczy z niej wykluczono? Czy historia może być jakimś kluczem do współczesności i jaki jest jej potencjał w walce o to, czego za historię nigdy nie uznano? Historię można by opowiedzieć jako walkę prędzej niż porozumienie, ale zwycięzca będzie potem decydował o sposobie opowiadania o zdarzeniach. To także pytanie o produkcję wiedzy, to znaczy o władzę – ponieważ historia jest prawdopodobnie największą narracją, jaką posiadamy, mówi o sposobie, w jaki opowiadamy i organizujemy wszystkie inne aspekty życia.

Jak wyglądałoby Pani życie bez poezji?
LH: Nie sądzę, że jakoś szczególnie zmieniłoby to moje życie, ale uważam, że jeśli poezja jest dobra, może stworzyć system albo poszerzyć ramy myślenia – stawiając jedno obok drugiego, zmieniając albo użytkując różne rodzaje języka, zwiększając lub zmniejszając tempo w sposób, dzięki któremu dostrzega się nowe aspekty tego czy owego.
To też dlatego poezja jest dobra i na dobry humor, i na cierpienie. Ponieważ może ukryć lub przesunąć znaczenie, może mówić o rzezach, o których z jakichś powodów nie da się opowiedzieć w inny sposób. Dlatego poezja staje się narzędziem oporu, nie tylko w niektórych miejscach.

Gdzie szuka Pani inspiracji?
LH: Pisząc Przejdź do historii nie czytałam książek historycznych, ale przeglądałam sporo testów z historii dla szkół podstawowych, czytałam instrukcje obsługi aparatów,szyldy z zakazami w tramwajach i inne teksty, które pod względem formy są domyślnie jednoznaczne, dydaktyczne i autorytarne. Z czasem zaczęłam czytać także polityczne teksty dotyczące historii, także te napisane przez nacjonalistyczną, skrajną prawicę, która zawłaszczyła historię jako taką w swej narracji o ojczyźnie, białej rasie i szwedzkiej (czy choćby polskiej) kulturze. (więcej…)

Laudacja Doroty Walczak-Delanois

Laudacja o tomie „Przejdź do historii”
Linn Hansén, w przekładzie Justyny Czechowskiej

linhansen_OKLADKA_480x195_pogladowa
Przejdź do historii
tomik autorstwa Linn Hansén, w przekładzie Justyny Czechowskiej, opublikowany w wydawnictwie Lokator, stanowi oryginalne i niezwykle zaproszenie do uważnego obejrzenia fragmentów osobnych indywidualnych losów, ewolucji społeczeństw i wspólnej, ludzkiej Historii. Poprzedzone mottem z Gertrudy Stein, to zaproszenie-świadectwo, ma nas, czytelników, skłonić do refleksji nad miejscem współczesnego człowieka w czasie i przestrzeni. Zarówno Autorce jak i tłumaczce udaje się zaintrygować nieoczywistą prostotą formuły pytań i twierdzeń, które, w pozornie nieuporządkowanym ciągu, zamieniają swoją zwyczajową tożsamość pytającą i twierdzącą. Zasiane tak wątpliwości, każą rewindykować nagromadzone przez nas wiadomości i stan wiedzy oraz bezwzględne, empiryczne dane, a także ich względną użyteczność.

Autorka tomiku przypomina, że niezależnie od stopnia trudności pytań, dziwności czy retorycznego charakteru, trzeba nadal je stawiać, tym bardziej właśnie, że są to pytania niewygodne, związane z naszą odpowiedzialnością za siebie, za drugiego człowieka, za świat, w którym żyjemy. Oś czasu od archiwalnej, przeczytanej prehistorii do historii, którą dopiero tworzymy, może przyjąć formę koła, ale i– ostrzega Autorka – jego kwadratury:

„To jest historia zaczyna się i kończy tym że zapłacisz/ Historyczne jest patrzenie na coś co długo stało  i upadło/ Historyczny jest płacz nad zbrodnią/ Historyczna i traumatyczna jest sytuacja kiedy rodzina przyjacielei sąsiedzi odwracają się od ciebie. //Historia powinna odpowiadać na pytania.”(s. 6)/ (…) Czym jest historia tęsknota to historia. (s. 12) (…) Historia o to nie pyta (s.12)”

(więcej…)