Michał Trusewicz, ŚWIATŁO NA JĘZYKU (GLORIA GERVITZ: ‚MIGRACJE’)

Magis-454-gloria-gervitz_1
GGczarne-602710237.467203
Stwierdzenie, że literatura pozostaje w ścisłym związku z szeroko rozumianą temporalnością, może wydawać się jakimś banałem, wyświechtanym bon mottem. W związku z tym uwaga, że czas to żywioł subiektywności, nie budzi sprzeciwu. Immanuel Kant pisał w „Estetyce transcendentalnej”: „Czas nie jest niczym innym jako tylko formą zmysłu wewnętrznego, to jest oglądania nas samych i naszego wewnętrznego stanu” (Kant 1957, 111).

„Migracje” Glorii Gervitz wprost odnoszą się do temporalnych napięć i aporii. Poemat pisany od 1976 do 2019 roku jest zapisem indywidualnych zmagań z żywiołem nie tylko czasu (i jego przemijania), lecz także z tym, co konstytuuje nasze własne „ja”. Im gruntowniej podmiot intymnego utworu Gervitz konstruuje jakąś jaźń, tym mocniej zderza się ze ścianą nimbu temporalności. Ten monumentalny poemat ma jedną prazasadę, która rządzi jego wewnętrzną konstrukcją – im bardziej podmiot wierzy w trwałość swojego zapisu, tym staje się brutalniej rozrzedzony w wanitatywnej nierealności. I na odwrót: im mocniej chcemy uchwycić samą prędkość przemijania, tym gwałtowniej odłączamy się od indywidualnego szkieletu. W związku z tym sam głos podmiotów jest nieustannie w zagubieniu, „zanieistnieniu” – słowa są rozsypane w syntaktyce, ich semantyka bywa ciągle podmywana i rozkruszana. „Migracje” są konceptualizowane jako słowa w rozproszeniu, bądź słowa w rozcieńczeniu. Ma to swoje odbicie w specyficznym układzie graficznym – sporo białego światła na kartce naświetla gnomiczne sentencje, safoniczne drobiny, by w końcu je prześwietlić jakąś nicującą siłą pustki i czasowości. Jak w obrazach Wojciecha Fangora – pojedynczy sem jest rentgenizowany przez światło dobiegające z innego porządku czasowego (minionego lub przyszłego). Czy wobec tego możemy mówić tutaj o jakimś projekcie odciśnięcia własnego „ja” podmiotu w naturze samej narracji i opowieści?

czytaj całość >>>
logo_gray

GLORIA GERVITZ „MIGRACJE” – Jakub Skurtys – MAŁY FORMAT

KOGO NIE OCALA?
PODSUMOWANIE ROKU 2020 (CZ. I)
TEKST JAKUB SKURTYS

GGfront-602781261.960764
[…] Gervitz ukazała się w serii większoformatowej, tzw. „anachronicznej”, z pół-obwolutą (która zawsze się niszczy w użytkowaniu), gdzie wcześniej dostawaliśmy głównie Pessoę w jego licznych heteronimach. „Migracje” (przeł. Anna Topaczewska) to taki poemat in-progress, pisany od 1976 roku do dziś, stający się czymś w rodzaju życiopisu, który Gervitz nieustannie poprawia, przerabia i uzupełnia (podstawą naszego wydania jest ostatnia redakcja z 2017 roku). Ta uznana meksykańska autorka o polskich korzeniach do roku 1990 wydawała po prostu tomy wierszy, cieszące się sławą i uwagę, ale po nich, niejako w odpowiedzi na potrzebę „wierszy zebranych” stworzyła z nich „Migracje”. Jak pięknie pisze Topaczewska w posłowiu: „Gervitz żyje dla poematu, nieustannie gotowa go przyjąć, on zaś, kapryśny, przychodzi niespodziewanie i gwałtownie domaga się utrwalenia, kiedy ona jest gotowa nadać mu właściwą formę”. Ten rodzaj symbiozy to poezja totalna, niedokończona, wszechwładna w sposób, jaki literatura władała wielkimi modernistami. Mamy tu do czynienia z czymś, co ostatnio omawiał wnikliwie w polskiej literaturze Piotr Bogalecki (polecam jego nową knigę) – tekstem-partyturą, a ponadto – jak słusznie zauważa tłumaczka – nie jest to literatura konfesyjna. ‘Migracje’ okazują się pojęciem-kluczem do całości, sygnują źródłowe wykorzenienie, ale też zmienność, mobilność, ruch, który ma tak charakter intelektualny, językowy, jak i ekonomiczno-polityczny. Ten poemat to spotkanie kultur i tradycji, różnych korzeni i splotów, pamięci i pędu w przyszłość, z którymi musimy się nieuchronnie zmierzyć w globalizującym się, wielokulturowym świecie. Nie da się w jednym akapicie o tej książce opowiedzieć. Trzeba z nią zostać na dłużej i zmierzyć się z jej podstawowymi problemami: upływem czasu, konstruowaniem kobiecej tożsamości, szukaniem swojego miejsca w świecie, żegnaniem bliskich, rozmową z milczącym bogiem.

MAŁY FORMAT, TEKST JAKUB SKURTYS

czytaj całość >>>
malyformat-logo

Ludzie czytają komiksy zbyt szybko – Sebastian Frąckiewicz 2013

P1140441
Z Nicolasem Preslem, jednym z najciekawszych francuskich twórców komiksów niemych (czyli pozbawionych słów), rozmawiamy o miłości do Turcji, życiu w Bułgarii oraz o fascynacji sztuką renesansu i przekładaniu jej na historie obrazkowe.
Komiksy Nicolasa Presla pojawiły się w Polsce w tym roku. W kwietniu ukazała się  Fabryka – metaforyczna historia o totalitaryzmie, w październiku – Boska Kolonia, czyli rzecz o spotkaniu kultury europejskiej i chrześcijaństwa z inną cywilizacją. Do końca roku pojawi się także „Syn swojego ojca” – pierwszy pełnometrażowy komiks Presla. W 2013 jego nieopublikowany w Polsce album „Heureux qui comme” był nominowany do prestiżowej nagrody Międzynarodowego Festiwalu Komiksu w Angoulême. W październiku tego roku Presl odwiedził Kraków w ramach Festiwalu Conrada.

Sebastian Frąckiewicz: Zanim na dobre zająłeś się komiksem, pracowałeś jako kamieniarz. Jak Twoje kamieniarskie doświadczenie wpłynęło na twórczość komiksową?
Nicolas Presl: Sama manualna praca kamieniarska nie miała na nią wpływu. Raczej to, z czego musiałem się podciągnąć, żeby kamieniarstwem się zajmować. Mam na myśli całą wiedzę z kultury antycznej, klasycznej, a potem średniowiecznej i renesansowej.

Kiedy czytam Twoje komiksy, mam jednak wrażenie, że postaci przypominają trochę rzeźby. Stoją w teatralnych pozach, z dynamicznie rozstawionymi dłońmi, z odpowiednio ułożonymi strojami…
Możesz odnieść wrażenie, że trochę przypominają rzeźby, ale to wynika raczej z epok, które mnie fascynują i inspirują, a nie z samej rzeźby. A inspiruje mnie między innymi sztuka renesansu, postacie z waz antycznych, a nieregularność i deformacja kształtów wywodzi się z kolei z fascynacji Picassem. Tak naprawdę moja aktywność jako rysownika była czymś zupełnie osobnym od kamieniarstwa. Rzeźbą i kamieniarstwem zajmowałem się po prostu dla pieniędzy. Dziś z kolei zarabiam na życie jako nauczyciel we francuskiej podstawówce, zajmuję się tzw. nauczaniem zintegrowanym w Bułgarii, a dokładnie w Sofii. W ogóle lubiłem swój poprzedni zawód: na przykład odnawiać renesansowy pałac. Przyjemna, manualna praca. Zrobiłem specjalizację konserwatorską na wydziale sztuki na uniwersytecie po skończeniu licencjatu i tak to się zaczęło.

Który album sprawił, że mogłeś zostawić kamieniarstwo i zająć się komiksem w profesjonalny sposób?
Rysowałem komiksy od 10. roku życia, ale też nie było tak, że jak zostawiłem rzeźbę, to od razu wydałem album. Przez jakiś czas publikowałem w fanzinach. Album udało mi się wydać dopiero wtedy, gdy zrezygnowałem w swoich pracach z dymków i tekstów. Zatem dopiero komiksy nieme pozwoliły mi zaistnieć na serio w świecie historii obrazkowych. Oficjalnie zadebiutowałem „Priapem” (jeszcze nie ukazał się po polsku – przyp. red.), choć tak naprawdę moja pierwsza pełnometrażowa opowieść, pozbawiona słów, jaką stworzyłem, to „Syn swojego ojca”. Początkowo odmówiono mi publikacji tego komiksu, wydano go dopiero kilka lat po sukcesie „Priapa”.

Dlaczego sztuka renesansowa jest dla Ciebie tak istotna?
Po pierwsze dlatego, że interesuję się historią. Po drugie – malarstwo renesansowe, w wielu wypadkach, jest bardzo narracyjne. Sporo obrazów przedstawia jakąś historię, co pozwala mi tworzyć komiksy pozbawione tekstu. Właśnie z malarstwa renesansowego wzięła się u mnie ta teatralizacja gestu, o której wspomniałeś, czy zamiłowanie do stosowania symboliki lub pewnych kodów. I pewnie jeszcze „pożyczyłem” sobie z tego renesansu sporo rzeczy, których do końca nie jestem świadomy.


(Plansza z komiksu „Boska Kolonia”)


Czy łatwiej tworzy Ci się klasyczny komiks z dymkami czy komiks niemy? Na czym polegają podstawowe różnice w pracy nad nimi?
Kiedy wymyślam sobie w głowie historię, nie zakładam z góry, że będzie ona przedstawiona w komiksie pozbawionym tekstu. Dopiero później, kiedy nad nią pracuję – muszę swoje pomysły w pewien sposób przefiltrować i starać się ją dostosować do tej niemej formuły. Komiks niemy wymusza rzecz jasna stosowanie odpowiednich strategii, żeby klarownie przedstawić historię, a do tego jeszcze – w sposób niewerbalny – oddać pewne niuanse psychologiczne i relacje między bohaterami.

A jakie są to strategie?
Bardzo istotne jest granie postawami postaci, wyrażaniem ich emocji przez mowę ciała. Szczególnie skupiam się na rękach – jeśli dana postać „mówi” np. do innej postaci, to często wskazuje na nią dłonią. Staram się stosować alegorie i symbole. Na przykład w „Priapie” są to zmieniające się zwierzęta, które niosą jakiś sens. Od niedawna także dodatkowym środkiem wyrazu stał się dla mnie kolor, bo przez lata robiłem komiksy czarno-białe. (więcej…)

„Jestem żywa” Ania Marchewka – Czas Literatury 3(11)2020

GGfront-602781261.960764„Istnieje wiele rodzajów siły – wykorzystywana i niewykorzystywana, rozpoznana lub nie. Erotyka jest zasobem każdej z nas, ma on wymiar głęboko kobiecy i duchowy, bardzo silnie opiera się na mocy naszego niewyrażonego lub nierozpoznanego uczucia. Aby trwać, każda opresja musi zdeprawować lub wypaczyć te, jakże różne, źródła siły w uciskanych, które mogą dostarczać energii potrzebnej do zmiany. W przypadku kobiet oznacza to poskromienie erotyki jako ważnego rezerwuaru siły i świadomości w naszym życiu” – tak Audre Lorde (1934–1992) zaczęła swój słynny szkic Jak korzystać z erotyki: erotyka jako siła wygłoszony 25 sierpnia 1978 roku na Fourth Berkshire Conference in the History of Women w Mount Holyoke College (cytat, w przekładzie Barbary Szelewy, pochodzi z polskiego wydania zbioru esejów Siostra outsiderka, w sieci dostępne jest również nagranie wystąpienia).

Głos Lorde nie był odosobniony, był częścią dyskusji o możliwościach i trudnościach związanych z twórczym przejęciem kobiecego pożądania. W ramach tej dyskusji odkrywano – między innymi dzięki wysiłkowi Lorde – że także w głównonurtowym, akademickim ruchu feministycznym do- chodziło do prześlepień w związku z dominacją uprzywilejowanej, białej i heteronormatywnej większości. W tym samym czasie w Meksyku Gloria Gervitz, urodzona w 1943 historyczka sztuki, miłośniczka twórczości Fridy Kahlo, tłumaczka między innymi Anny Achmatowej, Marguerite Yourcenar czy Clarice Lispector, laureatka Latynoamerykańskiej Nagrody Literac kiej imienia Pabla Nerudy, pracowała nad swoim poetyckim debiutem Shajarit (1979). Książka okazała się po- czątkiem dzieła życia poetki i korespondowała z przemyśleniami Lorde, wpisywała się w namysł nad lokalizowaniem źródeł nie tylko poetyckiej mocy. Migracje, które właśnie do nas dotarły w przekładzie Anny Topczewskiej, to poemat, na który złożyły się wszystkie wydane wiersze poetki – zniesione tytuły kolejnych książek tylko pomagają dostrzec, że poetyckie działania Gervitz miały (i wciąż mają) charakter długodystansowy.
(więcej…)

Tajemnice uczuć. Historia naturalna – Peter Mickwitz

102429955_3605979236085833_9169757380443874654_oEliza Kącka”Zwierzyzm”

Wyższym stadium kapitalizmu jest imperializm, a wyższym stadium zoologii – zwierzyzm. Uprawiają go ci, którym realna fauna nie wystarcza: Henri Michaux, Michal Ajvaz i Peter Mickwitz. Ten ostatni to 56-letni dziś poeta fiński piszący po szwedzku. Wydał sześć tomów wierszy, opowiadania, a niedawno – ekscentryczny Leksykon obrazkowy do czytania. Książkę tę poprzedzał świetny zbiór Tajemnice uczuć. Historia naturalna (Känslornas Mysterier. En Naturhistoria, 2016), gdzie Mickwitz odkrył zwierzyzm, dzięki czemu odkryła go i tłumaczka Justyna Czechowska.

Zwierzyzm służy zgłębianiu spraw ludzkich zbyt subtelnych i złożonych, by mogły się zmieścić w słowach: trzeba ścieśnić je w obrazek. Wymyśla się w tym celu jakieś zwierzę. To ćwiczenie wyobraźni, próba skłonienia jej do rywalizacji z dziwnością świata. Każdy ze stworów Mickwitza nosi nazwę stanu ducha (Miłość, Rezygnacja, Spokój) lub jego uosobień (Znudzony, Ignorant, Skarcony); dopiero w przekładzie na zwierzę ujawniają się tajemne labirynty, sprzeczności, zakamarki. A wszystko, nie przestając być dziko śmieszne, pozostaje melancholijne – rzadko spotykany w surrealizmie melanż.

Wśród czterdziestu krótkich próz poetyckich Mickwitza znajdzie się też systematyka obłażących nas znaków interpunkcyjnych, gablotka osobliwych minerałów, powiastki filozoficzne, przyczynek do geografii fantastycznej, traktat astronomiczny i reportaż. Kto podda się urokowi tej książki, nie zapomni, że rezygnacja to zębaty waleń, oburzenie – podstępny krokodyl, pretensjonalny to niejadalna ryba, skarcony – wstydliwa małpiatka, uścisk – bałtycka gąbka, a żaba nienawiść „wydaje straszny, przerażająco donośny odgłos, przede wszystkim nocą: w górę i w dół, wrzask niczym zardzewiała piła na sterydach, wystarczy jeden rozkrzyczany osobnik, by nie dać całej wiosce zasnąć aż do rana”. Pod znakiem Linneusza wszystko jest możliwe.

Książki. Magazyn do czytania” 2020

Księgarka na regale: Tajemnice uczuć

IMG_5461
okladka_uczucia_480x195_CMYK_front„Tajemnice uczuć” to zbiór krótkich tekstów, które stanowią niejaki pastisz encyklopedii. Encyklopedii wypełnionej uczuciami przebranymi za zwierzęta, rośliny i minerały. Wolna wyobraźnia natychmiastowo zgrała się z zamysłem autora. Czekają na was osobliwe przedstawienia Radości i Smutku, Samotności i Miłości. I od tego fińsko-szwedzki autor zaczyna swój zbiór, który znów genialnie tłumaczy dla nas Justyna Czechowska . Skosztujcie sami: „W przeciwieństwie do zwykłych Świetlików Miłość występuje wyłącznie w starych kompleksach parkowych. Najlepiej czuje się w zdziczałych ogrodach dworków, gdzie górują sękaty Dąb i Wiąz.(…) Stąd w naszym kraju Miłość występuje głównie w południowych krańcach oraz w niewielu enklawach w głębi lądu. O ile światło Świetlika produkują wyłącznie samice – w zamiarze zwabienia samców – o tyle sprawa z Miłością jest dużo bardziej skomplikowana: wabiącym światłem uwodzą zarówno samice, jak i samce. Dlatego niczym niezwykłym u Miłości nie jest to, że samce ciągną do samców, a samice do samic. Miłość nie zna granic płci, to piękne.” A nawet bardzo piękne, wzruszyłam się.
unnamed

TOK FM: Krakowskie Przedmieście: Łukasz Wojtusik, Justyna Czechowska

102429955_3605979236085833_9169757380443874654_o„Mickwitz przypomina dorosłym jak ważna jest wyobraźnia” – Justyna Czechowska o książce „Tajemnice uczuć. Historia naturalna” Petera Mickwitza

Książka, która zrywa z naszymi przyzwyczajeniami dotyczącymi nazywania uczuć. Emocje występują w niej pod wieloma postaciami : zwierząt, roślin, minerałów. To zbiór tematów, filozoficzna opowieść z elementami naukowymi, zabawa literacka, zagadka? O nieistniejących minerałach i istniejących uczuciach z książki „Tajemnice uczuć. Historia naturalna” Petera Mickwitza opowiada Justyna Czechowska autorka przekładu na język polski.

m22623812 POSŁUCHAJ >>>

Gloria Gervitz w Radio Kraków

6df36efdf58cc1dbcb0bc9d44268cd93_wide_705x396
Rozmowa z Glorią Gervitz, meksykańską poetką urodzoną w rodzinie polsko-ukraińskich Żydów Laureatka Nagrody im. Pabla Nerudy jest autorką poematu „Migracje”. Dzieło powstawało na przestrzeni kilkudziesięciu lat i ewoluowało, zmieniając się przy każdym kolejnym wydaniu. „Migracje” w przekładzie Anny Topczewskiej ukazały się nakładem Wydawnictwa Lokator.
imgres
Rozmowa z udziałem i w tłumaczeniu Marty Eloy Cichockiej, redaktorki polskiej edycji „Migracji”, poetki, tłumaczki, badaczki literatury, iberystki.
Zaprasza Katarzyna Fortuna
SŁUCHAJ >>>

Ida Linde, „Mama mordercy” – ALEKSANDRA BYRSKA – Wizje

OriginalPhoto-596741226.999401Mamę mordercy Idy Linde z łatwością można nazwać książką o bezwarunkowej miłości matki do dziecka, o poświęceniu, o mierzeniu się z traumą. Fabuła jest dość prosta – samotna i zamknięta w sobie kobieta wychowuje przybranego syna, chłopak dojrzewa i niepokojąco się zmienia, aż pewnego dnia znika, a zamiast niego w mieszkaniu pojawia się policja. Gdy chłopak zostaje osądzony za morderstwo i zamknięty w więzieniu, jego matka rozpoczyna nowy etap życia. Macierzyństwo nie jest jednak ani głównym, ani jedynym tematem tej książki. Wbrew pozorom Henrietta, czyli tytułowa mama mordercy, nie jest w tej prozie określona wyłącznie poprzez relację z przybranym synem. Specyfika tej relacji jest raczej konsekwencją tego, kim bohaterka była już wcześniej i zapewne nie pozostało to bez wpływu na sposób wychowania jej dziecka. Mamy skłonność do postrzegania kobiet będącymi matkami wyłącznie przez pryzmat ich macierzyństwa. Okazuje się to jednak złudne, gdy bohaterka Linde stopniowo odsłania przed czytelnikiem rodzaj wyrwy w osobowości, dla której chłopiec mógł być co najwyżej lekarstwem, dodajmy od razu, że nieskutecznym.

Kim jest tytułowa bohaterka powieści Idy Linde? Cichą, samotną kobietą, pracującą w wydawnictwie i wychowującą przybranego syna, poświęcającą wszystkie siły dziecku, które wydaje się być całym jej światem. Jego dojrzewanie wytrąca bohaterkę z równowagi, a morderstwo wyłącznie pogłębia stan, w którym znalazła się już jakiś czas wcześniej. Nie wiemy o nim zbyt wiele, ale ze stopniowo odsłanianych przez narratorkę wspomnień wyłania się postać nieuleczalnie wyobcowana i depresyjna, niezdolna do nawiązywania i podtrzymywania więzi z innymi ludźmi. Dziecko pełni funkcję lekarstwa na pustkę, daje możliwość budowania relacji na własnych zasadach. Jednak gdy syn wchodzi w proces zyskiwania podmiotowości, matka nie może już go postrzegać jako części siebie. Zostaje więc zepchnięta w radykalną samotność, którą w powieści symbolizują zamknięte drzwi do pokoju chłopca, oddzielające ją od dawnego poczucia wspólnoty i wiedzy o tym, jakim stał się człowiekiem. Nagłemu poczuciu wyobcowania towarzyszy powrót lęku – tym razem zwielokrotnionego, bo odczuwanego przez oboje. Lęku przed światem czy przed sobą nawzajem – tego nie wiemy, ale gdy chłopiec zaczyna miewać brutalne koszmary, cały strach matki koncentruje się właśnie w nim. Dochodzi do paradoksu: kobieta obawia się obcości chłopca, który jest adoptowany i może nosić w sobie nieznane jej obciążenia, ale równocześnie jest przekonana, że syn został przez nią zarażony koszmarami sennymi, zakłada więc, że to ona skaziła go niepokojem. Jedno i drugie budzi w niej przerażenie, którego nie umie ukryć przed dzieckiem. Kolejne sytuacje, takie jak nieuzasadniona panika związana ze zgubionym nożem, sprawiają, że chłopak uświadamia sobie, że matka dopuszcza możliwość agresji z jego strony. Coraz więcej między nimi nieufności, kobieta biernie obserwuje, jak nastolatek wymyka się jej z rąk, odsuwa ją jak niepotrzebny mebel.

cropped-sygnet-trans-80x80

czytaj całość >>>

DWUTYGODNIK.COM > ROZMOWA Z GLORIĄ GERVITZ

260 STRON ŻYCIA
ROZMOWA Z GLORIĄ GERVITZ

Spędziłam 44 lata, pisząc jeden poemat – nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, że dałam się porwać czemuś, co z biegiem czasu stanie się projektem życia – mówi meksykańska poetka

Magis-454-gloria-gervitz_1
Największa część „Migracji” powstała po 2014 roku?

To prawda. I nigdy bym się tego nie spodziewała. Wręcz przeciwnie, myślałam wtedy, że jeśli chodzi o moją poezję, to powoli zapadam w milczenie… Ostatnia część „Migracji”, już po cytacie z rabina Nachmana z Bracławia, to praktycznie luźne słowa rozsiane po całej kartce. Czułam wtedy, że dławię się słowami, dotykam ciszy. To było bardzo mocne przeżycie, ponieważ nie było już więcej słów. Nie miałam już więcej obrazów. Nic. Nie wiem, jak ci to powiedzieć: czułam, jak otacza mnie czystość ciszy, bez słów, co było dość przerażające. Jak gdyby głos zanikał i tonął, nie we własnych słowach, tylko we własnym milczeniu. I wtedy, ku mojemu zdumieniu, wydarzyło się coś, co oczywiście miało jakiś związek z przeżyciami osobistymi w życiu człowieka. Niespodziewanie, mniej więcej w 2014 roku, weszłam w okres, który mogłabym nazwać najbardziej twórczym okresem swojego życia. Nagle, w bardzo krótkim czasie, napisałam więcej niż wcześniej przez 20 lat. A w tym roku mija 50 lat, odkąd zaczęłam zajmować się pisaniem. Zaczęłam pisać poezję pod koniec 1969 roku: możemy przyjąć rok 1970 jako jej początek. Mam 76 lat: nie jestem już młoda, ale nie czuję się stara. Czuję się młodą staruszką.

czytaj całość >>> https://www.dwutygodnik.com/artykul/8743-260-stron-zycia.html
dwutygodnik_logo