Ludzie czytają komiksy zbyt szybko – Sebastian Frąckiewicz 2013

P1140441
Z Nicolasem Preslem, jednym z najciekawszych francuskich twórców komiksów niemych (czyli pozbawionych słów), rozmawiamy o miłości do Turcji, życiu w Bułgarii oraz o fascynacji sztuką renesansu i przekładaniu jej na historie obrazkowe.
Komiksy Nicolasa Presla pojawiły się w Polsce w tym roku. W kwietniu ukazała się  Fabryka – metaforyczna historia o totalitaryzmie, w październiku – Boska Kolonia, czyli rzecz o spotkaniu kultury europejskiej i chrześcijaństwa z inną cywilizacją. Do końca roku pojawi się także „Syn swojego ojca” – pierwszy pełnometrażowy komiks Presla. W 2013 jego nieopublikowany w Polsce album „Heureux qui comme” był nominowany do prestiżowej nagrody Międzynarodowego Festiwalu Komiksu w Angoulême. W październiku tego roku Presl odwiedził Kraków w ramach Festiwalu Conrada.

Sebastian Frąckiewicz: Zanim na dobre zająłeś się komiksem, pracowałeś jako kamieniarz. Jak Twoje kamieniarskie doświadczenie wpłynęło na twórczość komiksową?
Nicolas Presl: Sama manualna praca kamieniarska nie miała na nią wpływu. Raczej to, z czego musiałem się podciągnąć, żeby kamieniarstwem się zajmować. Mam na myśli całą wiedzę z kultury antycznej, klasycznej, a potem średniowiecznej i renesansowej.

Kiedy czytam Twoje komiksy, mam jednak wrażenie, że postaci przypominają trochę rzeźby. Stoją w teatralnych pozach, z dynamicznie rozstawionymi dłońmi, z odpowiednio ułożonymi strojami…
Możesz odnieść wrażenie, że trochę przypominają rzeźby, ale to wynika raczej z epok, które mnie fascynują i inspirują, a nie z samej rzeźby. A inspiruje mnie między innymi sztuka renesansu, postacie z waz antycznych, a nieregularność i deformacja kształtów wywodzi się z kolei z fascynacji Picassem. Tak naprawdę moja aktywność jako rysownika była czymś zupełnie osobnym od kamieniarstwa. Rzeźbą i kamieniarstwem zajmowałem się po prostu dla pieniędzy. Dziś z kolei zarabiam na życie jako nauczyciel we francuskiej podstawówce, zajmuję się tzw. nauczaniem zintegrowanym w Bułgarii, a dokładnie w Sofii. W ogóle lubiłem swój poprzedni zawód: na przykład odnawiać renesansowy pałac. Przyjemna, manualna praca. Zrobiłem specjalizację konserwatorską na wydziale sztuki na uniwersytecie po skończeniu licencjatu i tak to się zaczęło.

Który album sprawił, że mogłeś zostawić kamieniarstwo i zająć się komiksem w profesjonalny sposób?
Rysowałem komiksy od 10. roku życia, ale też nie było tak, że jak zostawiłem rzeźbę, to od razu wydałem album. Przez jakiś czas publikowałem w fanzinach. Album udało mi się wydać dopiero wtedy, gdy zrezygnowałem w swoich pracach z dymków i tekstów. Zatem dopiero komiksy nieme pozwoliły mi zaistnieć na serio w świecie historii obrazkowych. Oficjalnie zadebiutowałem „Priapem” (jeszcze nie ukazał się po polsku – przyp. red.), choć tak naprawdę moja pierwsza pełnometrażowa opowieść, pozbawiona słów, jaką stworzyłem, to „Syn swojego ojca”. Początkowo odmówiono mi publikacji tego komiksu, wydano go dopiero kilka lat po sukcesie „Priapa”.

Dlaczego sztuka renesansowa jest dla Ciebie tak istotna?
Po pierwsze dlatego, że interesuję się historią. Po drugie – malarstwo renesansowe, w wielu wypadkach, jest bardzo narracyjne. Sporo obrazów przedstawia jakąś historię, co pozwala mi tworzyć komiksy pozbawione tekstu. Właśnie z malarstwa renesansowego wzięła się u mnie ta teatralizacja gestu, o której wspomniałeś, czy zamiłowanie do stosowania symboliki lub pewnych kodów. I pewnie jeszcze „pożyczyłem” sobie z tego renesansu sporo rzeczy, których do końca nie jestem świadomy.


(Plansza z komiksu „Boska Kolonia”)


Czy łatwiej tworzy Ci się klasyczny komiks z dymkami czy komiks niemy? Na czym polegają podstawowe różnice w pracy nad nimi?
Kiedy wymyślam sobie w głowie historię, nie zakładam z góry, że będzie ona przedstawiona w komiksie pozbawionym tekstu. Dopiero później, kiedy nad nią pracuję – muszę swoje pomysły w pewien sposób przefiltrować i starać się ją dostosować do tej niemej formuły. Komiks niemy wymusza rzecz jasna stosowanie odpowiednich strategii, żeby klarownie przedstawić historię, a do tego jeszcze – w sposób niewerbalny – oddać pewne niuanse psychologiczne i relacje między bohaterami.

A jakie są to strategie?
Bardzo istotne jest granie postawami postaci, wyrażaniem ich emocji przez mowę ciała. Szczególnie skupiam się na rękach – jeśli dana postać „mówi” np. do innej postaci, to często wskazuje na nią dłonią. Staram się stosować alegorie i symbole. Na przykład w „Priapie” są to zmieniające się zwierzęta, które niosą jakiś sens. Od niedawna także dodatkowym środkiem wyrazu stał się dla mnie kolor, bo przez lata robiłem komiksy czarno-białe. (więcej…)

„Jestem żywa” Ania Marchewka – Czas Literatury 3(11)2020

GGfront-602781261.960764„Istnieje wiele rodzajów siły – wykorzystywana i niewykorzystywana, rozpoznana lub nie. Erotyka jest zasobem każdej z nas, ma on wymiar głęboko kobiecy i duchowy, bardzo silnie opiera się na mocy naszego niewyrażonego lub nierozpoznanego uczucia. Aby trwać, każda opresja musi zdeprawować lub wypaczyć te, jakże różne, źródła siły w uciskanych, które mogą dostarczać energii potrzebnej do zmiany. W przypadku kobiet oznacza to poskromienie erotyki jako ważnego rezerwuaru siły i świadomości w naszym życiu” – tak Audre Lorde (1934–1992) zaczęła swój słynny szkic Jak korzystać z erotyki: erotyka jako siła wygłoszony 25 sierpnia 1978 roku na Fourth Berkshire Conference in the History of Women w Mount Holyoke College (cytat, w przekładzie Barbary Szelewy, pochodzi z polskiego wydania zbioru esejów Siostra outsiderka, w sieci dostępne jest również nagranie wystąpienia).

Głos Lorde nie był odosobniony, był częścią dyskusji o możliwościach i trudnościach związanych z twórczym przejęciem kobiecego pożądania. W ramach tej dyskusji odkrywano – między innymi dzięki wysiłkowi Lorde – że także w głównonurtowym, akademickim ruchu feministycznym do- chodziło do prześlepień w związku z dominacją uprzywilejowanej, białej i heteronormatywnej większości. W tym samym czasie w Meksyku Gloria Gervitz, urodzona w 1943 historyczka sztuki, miłośniczka twórczości Fridy Kahlo, tłumaczka między innymi Anny Achmatowej, Marguerite Yourcenar czy Clarice Lispector, laureatka Latynoamerykańskiej Nagrody Literac kiej imienia Pabla Nerudy, pracowała nad swoim poetyckim debiutem Shajarit (1979). Książka okazała się po- czątkiem dzieła życia poetki i korespondowała z przemyśleniami Lorde, wpisywała się w namysł nad lokalizowaniem źródeł nie tylko poetyckiej mocy. Migracje, które właśnie do nas dotarły w przekładzie Anny Topczewskiej, to poemat, na który złożyły się wszystkie wydane wiersze poetki – zniesione tytuły kolejnych książek tylko pomagają dostrzec, że poetyckie działania Gervitz miały (i wciąż mają) charakter długodystansowy.
(więcej…)

Tajemnice uczuć. Historia naturalna – Peter Mickwitz

102429955_3605979236085833_9169757380443874654_oEliza Kącka”Zwierzyzm”

Wyższym stadium kapitalizmu jest imperializm, a wyższym stadium zoologii – zwierzyzm. Uprawiają go ci, którym realna fauna nie wystarcza: Henri Michaux, Michal Ajvaz i Peter Mickwitz. Ten ostatni to 56-letni dziś poeta fiński piszący po szwedzku. Wydał sześć tomów wierszy, opowiadania, a niedawno – ekscentryczny Leksykon obrazkowy do czytania. Książkę tę poprzedzał świetny zbiór Tajemnice uczuć. Historia naturalna (Känslornas Mysterier. En Naturhistoria, 2016), gdzie Mickwitz odkrył zwierzyzm, dzięki czemu odkryła go i tłumaczka Justyna Czechowska.

Zwierzyzm służy zgłębianiu spraw ludzkich zbyt subtelnych i złożonych, by mogły się zmieścić w słowach: trzeba ścieśnić je w obrazek. Wymyśla się w tym celu jakieś zwierzę. To ćwiczenie wyobraźni, próba skłonienia jej do rywalizacji z dziwnością świata. Każdy ze stworów Mickwitza nosi nazwę stanu ducha (Miłość, Rezygnacja, Spokój) lub jego uosobień (Znudzony, Ignorant, Skarcony); dopiero w przekładzie na zwierzę ujawniają się tajemne labirynty, sprzeczności, zakamarki. A wszystko, nie przestając być dziko śmieszne, pozostaje melancholijne – rzadko spotykany w surrealizmie melanż.

Wśród czterdziestu krótkich próz poetyckich Mickwitza znajdzie się też systematyka obłażących nas znaków interpunkcyjnych, gablotka osobliwych minerałów, powiastki filozoficzne, przyczynek do geografii fantastycznej, traktat astronomiczny i reportaż. Kto podda się urokowi tej książki, nie zapomni, że rezygnacja to zębaty waleń, oburzenie – podstępny krokodyl, pretensjonalny to niejadalna ryba, skarcony – wstydliwa małpiatka, uścisk – bałtycka gąbka, a żaba nienawiść „wydaje straszny, przerażająco donośny odgłos, przede wszystkim nocą: w górę i w dół, wrzask niczym zardzewiała piła na sterydach, wystarczy jeden rozkrzyczany osobnik, by nie dać całej wiosce zasnąć aż do rana”. Pod znakiem Linneusza wszystko jest możliwe.

Książki. Magazyn do czytania” 2020

Księgarka na regale: Tajemnice uczuć

IMG_5461
okladka_uczucia_480x195_CMYK_front„Tajemnice uczuć” to zbiór krótkich tekstów, które stanowią niejaki pastisz encyklopedii. Encyklopedii wypełnionej uczuciami przebranymi za zwierzęta, rośliny i minerały. Wolna wyobraźnia natychmiastowo zgrała się z zamysłem autora. Czekają na was osobliwe przedstawienia Radości i Smutku, Samotności i Miłości. I od tego fińsko-szwedzki autor zaczyna swój zbiór, który znów genialnie tłumaczy dla nas Justyna Czechowska . Skosztujcie sami: „W przeciwieństwie do zwykłych Świetlików Miłość występuje wyłącznie w starych kompleksach parkowych. Najlepiej czuje się w zdziczałych ogrodach dworków, gdzie górują sękaty Dąb i Wiąz.(…) Stąd w naszym kraju Miłość występuje głównie w południowych krańcach oraz w niewielu enklawach w głębi lądu. O ile światło Świetlika produkują wyłącznie samice – w zamiarze zwabienia samców – o tyle sprawa z Miłością jest dużo bardziej skomplikowana: wabiącym światłem uwodzą zarówno samice, jak i samce. Dlatego niczym niezwykłym u Miłości nie jest to, że samce ciągną do samców, a samice do samic. Miłość nie zna granic płci, to piękne.” A nawet bardzo piękne, wzruszyłam się.
unnamed

TOK FM: Krakowskie Przedmieście: Łukasz Wojtusik, Justyna Czechowska

102429955_3605979236085833_9169757380443874654_o„Mickwitz przypomina dorosłym jak ważna jest wyobraźnia” – Justyna Czechowska o książce „Tajemnice uczuć. Historia naturalna” Petera Mickwitza

Książka, która zrywa z naszymi przyzwyczajeniami dotyczącymi nazywania uczuć. Emocje występują w niej pod wieloma postaciami : zwierząt, roślin, minerałów. To zbiór tematów, filozoficzna opowieść z elementami naukowymi, zabawa literacka, zagadka? O nieistniejących minerałach i istniejących uczuciach z książki „Tajemnice uczuć. Historia naturalna” Petera Mickwitza opowiada Justyna Czechowska autorka przekładu na język polski.

m22623812 POSŁUCHAJ >>>

Gloria Gervitz w Radio Kraków

6df36efdf58cc1dbcb0bc9d44268cd93_wide_705x396
Rozmowa z Glorią Gervitz, meksykańską poetką urodzoną w rodzinie polsko-ukraińskich Żydów Laureatka Nagrody im. Pabla Nerudy jest autorką poematu „Migracje”. Dzieło powstawało na przestrzeni kilkudziesięciu lat i ewoluowało, zmieniając się przy każdym kolejnym wydaniu. „Migracje” w przekładzie Anny Topczewskiej ukazały się nakładem Wydawnictwa Lokator.
imgres
Rozmowa z udziałem i w tłumaczeniu Marty Eloy Cichockiej, redaktorki polskiej edycji „Migracji”, poetki, tłumaczki, badaczki literatury, iberystki.
Zaprasza Katarzyna Fortuna
SŁUCHAJ >>>

Ida Linde, „Mama mordercy” – ALEKSANDRA BYRSKA – Wizje

OriginalPhoto-596741226.999401Mamę mordercy Idy Linde z łatwością można nazwać książką o bezwarunkowej miłości matki do dziecka, o poświęceniu, o mierzeniu się z traumą. Fabuła jest dość prosta – samotna i zamknięta w sobie kobieta wychowuje przybranego syna, chłopak dojrzewa i niepokojąco się zmienia, aż pewnego dnia znika, a zamiast niego w mieszkaniu pojawia się policja. Gdy chłopak zostaje osądzony za morderstwo i zamknięty w więzieniu, jego matka rozpoczyna nowy etap życia. Macierzyństwo nie jest jednak ani głównym, ani jedynym tematem tej książki. Wbrew pozorom Henrietta, czyli tytułowa mama mordercy, nie jest w tej prozie określona wyłącznie poprzez relację z przybranym synem. Specyfika tej relacji jest raczej konsekwencją tego, kim bohaterka była już wcześniej i zapewne nie pozostało to bez wpływu na sposób wychowania jej dziecka. Mamy skłonność do postrzegania kobiet będącymi matkami wyłącznie przez pryzmat ich macierzyństwa. Okazuje się to jednak złudne, gdy bohaterka Linde stopniowo odsłania przed czytelnikiem rodzaj wyrwy w osobowości, dla której chłopiec mógł być co najwyżej lekarstwem, dodajmy od razu, że nieskutecznym.

Kim jest tytułowa bohaterka powieści Idy Linde? Cichą, samotną kobietą, pracującą w wydawnictwie i wychowującą przybranego syna, poświęcającą wszystkie siły dziecku, które wydaje się być całym jej światem. Jego dojrzewanie wytrąca bohaterkę z równowagi, a morderstwo wyłącznie pogłębia stan, w którym znalazła się już jakiś czas wcześniej. Nie wiemy o nim zbyt wiele, ale ze stopniowo odsłanianych przez narratorkę wspomnień wyłania się postać nieuleczalnie wyobcowana i depresyjna, niezdolna do nawiązywania i podtrzymywania więzi z innymi ludźmi. Dziecko pełni funkcję lekarstwa na pustkę, daje możliwość budowania relacji na własnych zasadach. Jednak gdy syn wchodzi w proces zyskiwania podmiotowości, matka nie może już go postrzegać jako części siebie. Zostaje więc zepchnięta w radykalną samotność, którą w powieści symbolizują zamknięte drzwi do pokoju chłopca, oddzielające ją od dawnego poczucia wspólnoty i wiedzy o tym, jakim stał się człowiekiem. Nagłemu poczuciu wyobcowania towarzyszy powrót lęku – tym razem zwielokrotnionego, bo odczuwanego przez oboje. Lęku przed światem czy przed sobą nawzajem – tego nie wiemy, ale gdy chłopiec zaczyna miewać brutalne koszmary, cały strach matki koncentruje się właśnie w nim. Dochodzi do paradoksu: kobieta obawia się obcości chłopca, który jest adoptowany i może nosić w sobie nieznane jej obciążenia, ale równocześnie jest przekonana, że syn został przez nią zarażony koszmarami sennymi, zakłada więc, że to ona skaziła go niepokojem. Jedno i drugie budzi w niej przerażenie, którego nie umie ukryć przed dzieckiem. Kolejne sytuacje, takie jak nieuzasadniona panika związana ze zgubionym nożem, sprawiają, że chłopak uświadamia sobie, że matka dopuszcza możliwość agresji z jego strony. Coraz więcej między nimi nieufności, kobieta biernie obserwuje, jak nastolatek wymyka się jej z rąk, odsuwa ją jak niepotrzebny mebel.

cropped-sygnet-trans-80x80

czytaj całość >>>

DWUTYGODNIK.COM > ROZMOWA Z GLORIĄ GERVITZ

260 STRON ŻYCIA
ROZMOWA Z GLORIĄ GERVITZ

Spędziłam 44 lata, pisząc jeden poemat – nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, że dałam się porwać czemuś, co z biegiem czasu stanie się projektem życia – mówi meksykańska poetka

Magis-454-gloria-gervitz_1
Największa część „Migracji” powstała po 2014 roku?

To prawda. I nigdy bym się tego nie spodziewała. Wręcz przeciwnie, myślałam wtedy, że jeśli chodzi o moją poezję, to powoli zapadam w milczenie… Ostatnia część „Migracji”, już po cytacie z rabina Nachmana z Bracławia, to praktycznie luźne słowa rozsiane po całej kartce. Czułam wtedy, że dławię się słowami, dotykam ciszy. To było bardzo mocne przeżycie, ponieważ nie było już więcej słów. Nie miałam już więcej obrazów. Nic. Nie wiem, jak ci to powiedzieć: czułam, jak otacza mnie czystość ciszy, bez słów, co było dość przerażające. Jak gdyby głos zanikał i tonął, nie we własnych słowach, tylko we własnym milczeniu. I wtedy, ku mojemu zdumieniu, wydarzyło się coś, co oczywiście miało jakiś związek z przeżyciami osobistymi w życiu człowieka. Niespodziewanie, mniej więcej w 2014 roku, weszłam w okres, który mogłabym nazwać najbardziej twórczym okresem swojego życia. Nagle, w bardzo krótkim czasie, napisałam więcej niż wcześniej przez 20 lat. A w tym roku mija 50 lat, odkąd zaczęłam zajmować się pisaniem. Zaczęłam pisać poezję pod koniec 1969 roku: możemy przyjąć rok 1970 jako jej początek. Mam 76 lat: nie jestem już młoda, ale nie czuję się stara. Czuję się młodą staruszką.

czytaj całość >>> https://www.dwutygodnik.com/artykul/8743-260-stron-zycia.html
dwutygodnik_logo

PODSUMOWANIE ROKU 2019 W POEZJI – JAKUB SKURTYS – Mały Format

OriginalPhoto-596740731.143245Lokator przyzwyczaił nas, że rok po roku dostarcza jakąś niezwykłą, poetycką propozycję, z którą wszyscy powinniśmy się byli zapoznać, ale z jakiegoś powodu zostaje ona wydobyta dopiero przy okazji nominacji do nagród. Poprzednio taką perełką był „Alfabet” Inger Christensen, a tym roku – na szczęście już zauważony i komentowany wręcz owacyjnie – Giuseppe Ungaretti i jego „Radość katastrof”, czyli zrekonstruowany tomik z młodości, przybywający w sukurs rodzimej rocznicy futuryzmu. Specjalnie z tej okazji przypomniałem sobie „Poezje” Ungarettiego z PIW-u w przekładzie i ze wstępem Zygmunta Ławrynowicza (1975), gdzie ten wczesny okres był pokazany tylko we fragmentach, i to raczej fragmentach przypadkowych, jako początek drogi do wielkości, na której wkrótce pojawią się wartości bardziej metafizyczne i uniwersalne, niźli tylko pacyfistyczne nawoływania frontowego żołnierza (tak, pamiętam, że mamy też nowszy przekład Ungarettiego od Austerii i Jarosława Mikołajewskiego, ale on też jest raczej uklasyczniający). Tymczasem „Radość…” to właściwie tylko pierwszy fragment tej twórczości, którą Ungaretti sam potem przerobił i opatrzył odpowiednimi komentarzami, nieco zmieniając jej kontekst (znaczące jest to, że z Allegria di naufragi  zostało samo Allegria, a więc tom wydany powtórnie w 1931 – to od niego zaczynał Ławrynowicz). Ukazanie się u nas tego tomu jako osobnej książki (w stulecie jej pierwodruku) jest więc nie tyle prezentacją uzupełniającą wizerunek poety, ile przyczynkiem do legendy pierwszej awangardy, do włoskiego futuryzmu w jego najwspanialszym wydaniu.

Wczesny dorobek Ungarettiego jest skromny, toteż w obu wydaniach wiele tekstów się pokrywa, ale nie pokrywają się intencje tłumaczy, a tym samym brzmienie, jakie nadają poecie. Ten Ławrynowicza (Mikołajewskiego zresztą też) jest znacznie bardziej elegancki, patetyczny, skory do szyku przestawnego, ten Grzegorza Franczaka – trochę pokraczny, bardziej energetyczny, lepiej i naturalniej leżący we współczesnej polszczyźnie. Nie będę weryfikował tych wierszy z oryginałami i przeprowadzał całej krytyki tłumaczenia, zdam się więc na słuch, a ten podpowiada, że „nowy” Ungaretti jest poetą znacznie bardziej inspirującym, skondensowanym, mniej skorym do rozdzierania szat i łzawego tonu. To, co u Ławrynowicza jest w „Lewancie” „piskliwymi arabeskami”, u Franczaka okazuje się „zgrzytliwymi zygzakami” (prawda, że o inny ruch tu idzie, inny dźwięk i inną maszynerię klarnetu?), innym razem „ugory nocy” przechodzą w zwyczajne „jałowe noce” a „wygładzone wody morza” w „wygłodniałe morze”. Albo weźmy puentę „Agonii”: „Lecz nie opłacać życia łkaniem / jak szczygieł o wykłutych oczach” i „Byle nie żyć lamentem / jak oślepiony szczygieł”. Tam, gdzie Ławrynowicz potrzebuje 9 zgłosek na wers, tam Franczak załatwia sprawę w 7, a przy tym osiąga większy dramatyzm, jakby bez tych wszystkich arabesek i esów-floresów, które wywija składnia jeszcze w PIW-owskich „Poezjach”. Tym samym Ungaretti okazuje się poetą niebywale nowoczesnym, dalekim od echa klasycystycznych tęsknot basenu Morza Śródziemnego i od nostalgii Egipcjanina walczącego w imię nowej ojczyzny na obcym mu froncie, z której Ławrynowicz uczynił klucz do całej twórczości autora. Na etapie „Radości…” włoski futurysta nie jest jednak jeszcze ani nostalgiczny, ani sentymentalny, chociaż trauma pierwszej wojny niewątpliwie zmienia jego medytacje w mikro-świadectwa klęski, w dziennik frontowy (wiele tekstów ma bezpośrednio pod tytułami podpisy dotyczące miejsc i daty powstania), w wiersze o jakimś porozrywanym świecie, niestety bardzo nam bliskim: „Widzę się / porzucony / w nieskończonym”, „Ungaretti / człowieku cierpienia / wystarczy złudzenie / by dodać ci serca”.

Taki jest ten tom, pełen epifanii i lamentu, ale maksymalnie skondensowanego, ironicznego, kanciastego, i w tym wypadku te wszystkie krawędzie, które udało się Franczakowi wydobyć, działają na korzyść książki. Mimo 100 lat brzmi ona prześwietnie, a jest też wydana bardzo kunsztownie, z pomysłem, z próbą opowiedzenia na okładce całej historii za pomocą prostego złocenia (czapka z głowy za to dla wydawcy). Gdybym miał w minionym roku kupić tylko 10 książek poetyckich (co jest niestety niemożliwe, bo połowę już dostaję, a drugą nabywam z poczucia obowiązku), „Radość katastrof” bez wątpienia byłaby w tej dziesiątce.

czytaj całość >>>
malyformat-logo

Mama mordercy – Michał Nogaś

mamamordercy_OKLADKA_480x195
„Mama mordercy” Ida Linde, przeł. Justyna Czechowska, Lokator, Kraków

Szwedzka pisarka zdążyła już przyzwyczaić czytelników do tego, że porusza w swoich książkach tematy najtrudniejsze. Nie inaczej jest w przypadku najnowszej powieści „Mama mordercy”. Jej bohaterka, Henrietta, samotnie wychowująca dorastającego chłopca, sekretarz redakcji jednego z wydawnictw naukowych, dowiaduje się, że najbliższa jej osoba popełniła zbrodnię. Przegapiła sygnały nadchodzącej tragedii? Przyszło jej do głowy, jaką tajemnicę nosi w sobie chłopak? Przenikliwy i przejmujący zapis samotności kobiety, która wszystko, co najważniejsze, podporządkowała byciu matką. Od lat przygotowująca się do życia w pojedynkę (chłopiec wyfrunie z gniazda) nie umie pogodzić się z nową sytuacją. Rytm dnia podporządkowuje wizytom w więzieniu, odcina się od znajomych, w biurze pracuje nocą. Z trwającego miesiącami letargu wyrywa ją przypadkowe spotkanie. Do świata Henrietty wkracza Grace, również mama mordercy. Od tej chwili dawny świat legnie w gruzach. A bohaterka Linde znów poczuje „gazowaną krew, którą potrafi obudzić tylko skóra drugiego człowieka”. Ta niewielka powieść to najlepsze dotąd dzieło szwedzkiej autorki. W wielu momentach rozrywa serce.