PODRÓŻE ZIMOWE – Grzegorz Jankowicz – Tygodnik Powszechny

Georges Perec sugeruje, że literatura powstaje i przeobraża się w sposób, którego nie da się ująć za pomocą klasycznych kategorii.
podroz_zimowa_perec_www

wsze pozostaje jakiś nieznany element, niedostępna nam część układanki, być może kluczowa dla zrozumienia relacji między poszczególnymi autorami i ich dziełami.

Poezja winna być dziełem wszystkich, a nie jednostki.
Lautréamont

Wedle jednej z wersji mitu Amalteja była nimfą, którą Rea poprosiła o opiekę nad maleńkim Zeusem. Na niemowlaka czyhał zachłanny i krwiożerczy ojciec, Kronos, który pożerał swe potomstwo, by w przyszłości nie mogło mu odebrać niebiańskiego tronu. Do kreteńskiej groty, miejsca kryjówki, pomysłowa i zaradna Amalteja sprowadziła Kuretów – bożków i zarazem kapłanów Rei – którzy głośnymi tańcami i brzękiem oręża zagłuszali płacz dziecka.

W innej wersji Amalteja to koza, której zadaniem było karmienie Zeusa. Podczas jednej z szalonych zabaw młody bóg, już wtedy słynący z porywczości i nieuważności, złamał jeden z jej pięknych rogów. Dzięki błogosławieństwu przyszłego władcy Olimpu róg zyskał magiczne właściwości: ciągle napełniał się jedzeniem. Właśnie dlatego nazwano go „rogiem obfitości” i uczyniono symbolem dostatku. Więcej: wszelkiej bujności, niesłabnącej energii i potężnej mocy, również twórczej.

(więcej…)

LEKCJE ZMYSŁOWEJ PAMIĘCI – Tygodnik Powszechny – Katarzyna Trzeciak

12112258_10154238123139992_8518944499920694261_nFot: PIO ( Ida Linde i Justyna Czechowska) Wro 2015
Ida Linde jest pisarką oszczędną. Wydane dotychczas w polskim przekładzie książki szwedzkiej autorki – „Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym” (2015) oraz „Poleciały w kosmos” (2016), obie przetłumaczone przez Justynę Czechowską – to pozycje objętościowo niewielkie, w poręcznym formacie. Nie ma w nich galerii bohaterów, epickiego zadęcia ani językowego nadmiaru. Linde tworzy miniprozy, z wyraźnie zawężoną liczbą postaci, a relacje między nimi sprowadzone zostają do najbardziej elementarnych. Nie jest to jednak proza spod znaku niedokończenia, rwania języka czy nadużycia wielokropka.
(więcej…)

Kraść hniłki – Justyna Sobolewska – POLITYKA

ETD_FRONT_wwwTkaczyszyn-Dycki kolejne książki poetyckie zaplata jak dobierany warkocz, do znanych motywów dodaje coraz to inny. Czytamy więc jego nową, znakomitą książkę „Nie dam ci siebie w żadnej postaci”, ulegając wrażeniu, że znamy te wątki – tymczasem tu cały czas pojawiają się rzeczy niespodziewane. Historia rodzinna i trauma najmocniej pojawiła się w książce „Imię i znamię” w 2011 r., a tutaj schodzimy do piwniczki, z której ciotka z UPA wyszła bez oka, bo tak ją urządzili kuzyni z AK. Historia rodzinna jest historią walki bratobójczej, historią języka i ojczyzny (kilkakrotnie tutaj Dycki mierzy się z tym słowem, wypróbowuje je). Ale jego głównym tematem jest sama poezja, w której nie da się uciec od rodzinnej przeszłości, a nawet więcej – bez tej historii i bez choroby nie byłoby poezji. Nie można się uwolnić, nie można jej też zmienić. W takim razie czym jest wiersz, bezdomny, oddzielający się od samego poety? Wiersz może przywoływać imiona z przeszłości: „z których nic/nie zostało mimo pięknych początków”, ale jednocześnie w poezji istotna jest „spódniczka opnidupka ale i kuciapka”.
(więcej…)

DWUTYGODNIK.COM: Ekscesy fantazji – Rozmowa z Jerzym Franczakiem i Tomaszem Wiśniewskim

wisniewski_wwwMICHAŁ SOWIŃSKI, KATARZYNA TRZECIAK: Niektórzy mówią, że wasza proza jest dziwna i nieco niedzisiejsza – może nawet dziwna w stylu retro. Czujecie się oldskulowcami?
TOMASZ WIŚNIEWSKI: Rzeczywiście, słyszałem coś podobnego. Niemniej, na jakimś głębszym poziomie kategorie literatury dawnej i współczesnej nie są dla mnie szczególnie jasne i niespecjalnie się nimi posługuję. Jako czytelnik odnajduję więcej świeżości i życia u Rabelais’go i Cervantesa niż u swoich rówieśników. Mam raczej poczucie, że jestem przedstawicielem pewnej orientacji w literaturze – chodzi o wspólnotę odczuwania, widzenia, fantazjowania i dowcipkowania, która jest ponadhistoryczna.

wyczerpanie_pasekJERZY FRANCZAK: Ja odnotowałem takie komentarze, ale tylko na początku, w odniesieniu do wczesnych opowiadań z „Trzech historii” i mojej pierwszej powieści, czyli „Przymierzalni”. Nie wiem, czy potem jakoś znormalizowałem swoje pisanie, czy poruszyłem tzw. istotne społecznie tematy, w każdym razie z takimi opiniami nie spotkałem się później, w kontekście tej niby-trylogii: „Nieludzkiej komedii”, „Da capo” i „NN”. Czasem – ale tylko czasem – mam wrażenie, że jakoś zdradziłem tamtego siebie… Ale pewnie można to nazwać rozwojem poprzez powtarzane samobójstwo.

(więcej…)

Krytycznym okiem o: „Poleciały w kosmos” Idy Linde

www_polecialywkosmosSubtelne, niepokojące, przesycone wieloznaczną symboliką i przejmująco opowiadające o ludzkich tęsknotach książki Idy Linde to prawdziwe literackie perełki. Po znakomitym zbiorze miniatur literackich „Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym” otrzymujemy kolejną narrację szwedzkiej autorki w znakomitym przekładzie Justyny Czechowskiej. To ten niezwykły tandem – pisarki i tłumaczki – daje nam okazję do obcowania z literaturą inną, wyjątkową, w specyficzny sposób angażującą. Druga książka Linde to także rzecz, która skonstruowana została w taki sposób, że różnorodne opisy świata i jego przeżywania pogrążają nas w niepewności tego, co naprawdę ważne i nad czym należy pochylić się z większą uwagą. Będzie to zatem historia wielu interpretacji. Wspólna płaszczyzna czytelniczego porozumienia może nie być możliwa jak płaszczyzna porozumienia dwóch pokoleń, różnych wrażliwości, odmiennej odwagi do stawania się i decydowania o sobie. To książka zagadek, ale i odkrywania pewnych oczywistych prawd o ludzkiej naturze. W nieoczywistej formie oraz nieoczywistym języku.

„Poleciały w kosmos” to opowieść wielu doznań i przesłań. Podobnie jak pierwsza publikacja Idy Linde dotyka problemu śmiertelności i naszej wewnętrznej niezgody na nią. To ponownie rzecz o trudnych relacjach, bardzo intymnych i niezwykle złożonych. Książka, w której nakreślenie przestrzeni kosmosu może być jednocześnie symbolem wyzwolenia, jak i zagubienia. Linde opowiada o tym, że być razem w życiu to zawsze wybierać. O macierzyństwie przeżywanym na dwa różne sposoby i o dziecięcym pragnieniu akceptacji każdej inności, każdej oryginalnej formy wyrazu siebie.
(więcej…)

Radio Kraków: Intymna powieść nie tylko o kobietach


Niewielka, poetycka i zaskakująca książka szwedzkiej autorki. „Poleciały w kosmos” to intymna opowieść o dorastaniu, macierzyństwie i wyborach, jakie zawsze w życiu kobiety przychodzą, kiedy staje się matką. Eleonore ma z tym problem przez całe dorosłe życie. Jej dwie córki Silja i Sontag wykazują się samodzielnością od najmłodszych lat, a ich matka nie znajduje dla siebie spokojnego miejsca zmieniając mężczyzn i adresy. Kiedy w końcu osiada na zapomnianej, zamkniętej stacji kolejowej gdzieś w Szwecji, nie wydaje się, by to był jej ostateczny wybór. choć dla dorastających córek to dziwne miejsce staje się oazą i domem.

To historia o odpowiedzialności, umiejętności godzenia pracy z domowymi obowiązkami, o samotności, inności, o trudzie tworzenia bezpiecznego świata.
Nic w tej historii nie jest oczywiste i wyjaśnione do końca. Ida Linde  ma trafiający do pojedynczego czytelnika bardzo specyficzny, piękny  język, z którym doskonale radzi sobie jej tłumaczka. A co z tym kosmosem? Pojawia się od pierwszych słów, a każdy czytelnik tej kameralnej opowieści ma szansę tłumaczyć tę kosmiczną przestrzeń dla siebie.
Ida Linde to należąca do młodszego pokolenia autorka – pisarka, poetka, autorka dramatów.
To druga książka Idy Linde przełożona na polski przez Justynę Czechowską i wydana w Krakowie przez wydawnictwo Lokator.
„To opowieść o różnych relacjach kobiety, która mimo wielu relacji, jest osoba samotną. O tym jak każdy z nas ma w sobie taki stały punkt samotności, oderwania od innych ludzi i świata zewnętrznego” – mówi tłumaczka w rozmowie z Radiem Kraków.

słuchaj >>> 

CULTURE.PL: Agnieszka Warnke – „O pochodzeniu łajdaków” Tomasza Wiśniewskiego

Doceniony w konkursie Promotorzy Debiutów 2015 zbiór opowiadań Wiśniewskiego to surrealizm w czystej postaci. Autor beztrosko żongluje skojarzeniami, roztaczając aurę cudowności i lekkości.

Ta lektura działa jak narkotyk. Już po przyjęciu niewielkiej dawki czytelnik popada w euforię podszytą lingwistyczną wyobraźnią, której towarzyszą niekontrolowane napady śmiechu. Stan literackiego upojenia objawia się również wyostrzonym postrzeganiem dwuznaczności wokół. W skrajnych przypadkach przedawkowanie grozi wyizolowaniem z rzeczywistości. Nie ma co się dziwić tej diagnozie, skoro opowiadania Wiśniewskiego skręcone są (słowo „napisane” byłoby ujmującym uproszczeniem) z paradoksów, fantazji i czystej radości. A jak sam zapewnia autor w jednej z miniatur: „Wszystko jest możliwe, nieskończone, wszystko jest magiczne!”

Świat Wiśniewskiego jest wielowymiarowy, rządzi nim przypadek, a reguły gry sprowadzają się do jednej: nic nie jest takie, jakim się wydaje. Rzeczywistość pod wpływem szczegółu przybiera zupełnie inne kształty. Ludzie tyją od za ciężkiego powietrza, nieuregulowanie rachunku w kawiarni uruchamia procedurę rozszarpania przez sępy, ale już płacąc parę groszy za odpowiedni wydruk z Internetu, można stać się właścicielem mieszkania. Absurd goni absurd. I nawet jak jest chwilami strasznie, to i tak jest zabawnie. Zupełnie jak w historyjkach taksówkowych Rolanda Topora, z tą jednak różnicą, że u autora”Cafe Panika” dominuje czarny humor i pesymizm, a „O pochodzeniu łajdaków” zaraża optymizmem. Wiśniewski zresztą nie ukrywa fascynacji francuskim pisarzem o polskich korzeniach. Daje temu wyraz w swoich opowiadaniach: przetworzone schematy, aluzje, pierwszoosobowa narracja, jej zwięzłość. Odnajdziemy w nich także ducha postmodernizmu w wykonaniu eksperymentalnej grupy literackiej OuLiPo.

czytaj całość >>> 

RADIOWY DOM KULTURY POLECA:

RADIOWY DOM KULTURY POLECA:
„ślady opon na poduszce” Marta Eloy Cichocka”
LOKATOR 2016
PLIK MP3 DO POBRANIA  >>>

Absurd to jego specjalność. Maksimum śmiechu i lekkości – Łukasz Grzesiczak

Warunki ekonomiczne bycia doktorantem są dość upokarzające, niemniej absolutnie nie chciałem dzielić się z czytelnikiem jakimkolwiek rozgoryczeniem – mówi Tomasz Wiśniewski, dla GAZETY WYBORCZEJ.

Łukasz Grzesiczak: 30 lat za pasem. Późny debiut jak na dzisiejsze standardy…

Tomasz Wiśniewski: Ambicja, żeby pisać, pojawiła się dosyć późno. Wszystko zaczęło się dwa lata temu. Wcześniej przypisywałem sobie inne role.

Jakie?

– Przez wiele lat – najpierw jako student, później jako doktorant – widziałem siebie jako przemądrzałego starca, studiującego symbole alchemiczne i kabalistyczne, tarota i starożytnych mistyków. Opamiętałem się jednak w porę. Zdałem sobie sprawę, że poruszam się po muzeum rozmaitych wyobrażeń, a – jak powiedział Philip Glass w odniesieniu do muzyki – „dobrze jest czasem odwiedzić muzeum, ale ciężko byłoby w nim zamieszkać”. Zrozumiałem, że tym, co mnie najbardziej interesuje w historii ezoterycznej wyobraźni, jestem ja sam. Historia była tylko zwierciadłem. Postanowiłem korzystać z własnej wyobraźni i zacząć tworzyć, a nie bezustannie (i bezskutecznie) grzebać w reliktach z przeszłości.

W opowiadaniach czuje się pan najlepiej?

– Każde z moich opowiadań powstało w okolicznościach tajemniczych nawet dla mnie samego; pomysły przychodziły skądinąd, a moje rola ograniczała się do czegoś w rodzaju spirytystycznego medium. Czułem, że to, co powstaje, nie potrzebuje być inne – nawet jeśli czasem zawierało pół strony. Inaczej nie potrafię tego wyjaśnić.
(więcej…)

Surrealizm radosny Tomasza Wiśniewskiego – Justyna Sobolewska

Czasami życie bardzo przypomina literaturę.

Otóż ostatnio zdarzyło tak, że ktoś z mojej rodziny zostawił torbę ze wszystkimi dokumentami, pieniędzmi, kartami i telefonem w autobusie. Nawet nie wiedział, gdzie to się stało. I kiedy zrezygnowani siedzieli potem w kuchni, zastanawiając się, co robić, nagle odezwał się telefon. – Tu kierowca autobusu, mam torbę, jestem tu i tu!

Ruszyli więc w pościg za autobusem, który cały czas był przystanek przed nimi. W końcu, cudem, udało się dopaść torbę! Ta surrealistyczna historia z dzwoniącym kierowcą i happy endem mogłaby znaleźć się w debiutanckim zbiorze opowiadań Tomasza Wiśniewskiego „O pochodzeniu łajdaków” (Wydawnictwo Lokator).

Zwykłe sytuacje, spacery, jazda tramwajem, oglądanie telewizji, spotkania na klatce schodowej zamieniają się u Wiśniewskiego w niespodziewane przygody. Bohater tych opowieści jest jak współczesny Don Kiszot, zresztą w jednym z opowiadanek dosiada konia i wyrusza skończyć z barbarzyństwem w mieście.

(więcej…)