Krytycznym okiem o: „Poleciały w kosmos” Idy Linde

www_polecialywkosmosSubtelne, niepokojące, przesycone wieloznaczną symboliką i przejmująco opowiadające o ludzkich tęsknotach książki Idy Linde to prawdziwe literackie perełki. Po znakomitym zbiorze miniatur literackich „Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym” otrzymujemy kolejną narrację szwedzkiej autorki w znakomitym przekładzie Justyny Czechowskiej. To ten niezwykły tandem – pisarki i tłumaczki – daje nam okazję do obcowania z literaturą inną, wyjątkową, w specyficzny sposób angażującą. Druga książka Linde to także rzecz, która skonstruowana została w taki sposób, że różnorodne opisy świata i jego przeżywania pogrążają nas w niepewności tego, co naprawdę ważne i nad czym należy pochylić się z większą uwagą. Będzie to zatem historia wielu interpretacji. Wspólna płaszczyzna czytelniczego porozumienia może nie być możliwa jak płaszczyzna porozumienia dwóch pokoleń, różnych wrażliwości, odmiennej odwagi do stawania się i decydowania o sobie. To książka zagadek, ale i odkrywania pewnych oczywistych prawd o ludzkiej naturze. W nieoczywistej formie oraz nieoczywistym języku.

„Poleciały w kosmos” to opowieść wielu doznań i przesłań. Podobnie jak pierwsza publikacja Idy Linde dotyka problemu śmiertelności i naszej wewnętrznej niezgody na nią. To ponownie rzecz o trudnych relacjach, bardzo intymnych i niezwykle złożonych. Książka, w której nakreślenie przestrzeni kosmosu może być jednocześnie symbolem wyzwolenia, jak i zagubienia. Linde opowiada o tym, że być razem w życiu to zawsze wybierać. O macierzyństwie przeżywanym na dwa różne sposoby i o dziecięcym pragnieniu akceptacji każdej inności, każdej oryginalnej formy wyrazu siebie.
(więcej…)

Radio Kraków: Intymna powieść nie tylko o kobietach


Niewielka, poetycka i zaskakująca książka szwedzkiej autorki. „Poleciały w kosmos” to intymna opowieść o dorastaniu, macierzyństwie i wyborach, jakie zawsze w życiu kobiety przychodzą, kiedy staje się matką. Eleonore ma z tym problem przez całe dorosłe życie. Jej dwie córki Silja i Sontag wykazują się samodzielnością od najmłodszych lat, a ich matka nie znajduje dla siebie spokojnego miejsca zmieniając mężczyzn i adresy. Kiedy w końcu osiada na zapomnianej, zamkniętej stacji kolejowej gdzieś w Szwecji, nie wydaje się, by to był jej ostateczny wybór. choć dla dorastających córek to dziwne miejsce staje się oazą i domem.

To historia o odpowiedzialności, umiejętności godzenia pracy z domowymi obowiązkami, o samotności, inności, o trudzie tworzenia bezpiecznego świata.
Nic w tej historii nie jest oczywiste i wyjaśnione do końca. Ida Linde  ma trafiający do pojedynczego czytelnika bardzo specyficzny, piękny  język, z którym doskonale radzi sobie jej tłumaczka. A co z tym kosmosem? Pojawia się od pierwszych słów, a każdy czytelnik tej kameralnej opowieści ma szansę tłumaczyć tę kosmiczną przestrzeń dla siebie.
Ida Linde to należąca do młodszego pokolenia autorka – pisarka, poetka, autorka dramatów.
To druga książka Idy Linde przełożona na polski przez Justynę Czechowską i wydana w Krakowie przez wydawnictwo Lokator.
„To opowieść o różnych relacjach kobiety, która mimo wielu relacji, jest osoba samotną. O tym jak każdy z nas ma w sobie taki stały punkt samotności, oderwania od innych ludzi i świata zewnętrznego” – mówi tłumaczka w rozmowie z Radiem Kraków.

słuchaj >>> 

CULTURE.PL: Agnieszka Warnke – „O pochodzeniu łajdaków” Tomasza Wiśniewskiego

Doceniony w konkursie Promotorzy Debiutów 2015 zbiór opowiadań Wiśniewskiego to surrealizm w czystej postaci. Autor beztrosko żongluje skojarzeniami, roztaczając aurę cudowności i lekkości.

Ta lektura działa jak narkotyk. Już po przyjęciu niewielkiej dawki czytelnik popada w euforię podszytą lingwistyczną wyobraźnią, której towarzyszą niekontrolowane napady śmiechu. Stan literackiego upojenia objawia się również wyostrzonym postrzeganiem dwuznaczności wokół. W skrajnych przypadkach przedawkowanie grozi wyizolowaniem z rzeczywistości. Nie ma co się dziwić tej diagnozie, skoro opowiadania Wiśniewskiego skręcone są (słowo „napisane” byłoby ujmującym uproszczeniem) z paradoksów, fantazji i czystej radości. A jak sam zapewnia autor w jednej z miniatur: „Wszystko jest możliwe, nieskończone, wszystko jest magiczne!”

Świat Wiśniewskiego jest wielowymiarowy, rządzi nim przypadek, a reguły gry sprowadzają się do jednej: nic nie jest takie, jakim się wydaje. Rzeczywistość pod wpływem szczegółu przybiera zupełnie inne kształty. Ludzie tyją od za ciężkiego powietrza, nieuregulowanie rachunku w kawiarni uruchamia procedurę rozszarpania przez sępy, ale już płacąc parę groszy za odpowiedni wydruk z Internetu, można stać się właścicielem mieszkania. Absurd goni absurd. I nawet jak jest chwilami strasznie, to i tak jest zabawnie. Zupełnie jak w historyjkach taksówkowych Rolanda Topora, z tą jednak różnicą, że u autora”Cafe Panika” dominuje czarny humor i pesymizm, a „O pochodzeniu łajdaków” zaraża optymizmem. Wiśniewski zresztą nie ukrywa fascynacji francuskim pisarzem o polskich korzeniach. Daje temu wyraz w swoich opowiadaniach: przetworzone schematy, aluzje, pierwszoosobowa narracja, jej zwięzłość. Odnajdziemy w nich także ducha postmodernizmu w wykonaniu eksperymentalnej grupy literackiej OuLiPo.

czytaj całość >>> 

RADIOWY DOM KULTURY POLECA:

RADIOWY DOM KULTURY POLECA:
„ślady opon na poduszce” Marta Eloy Cichocka”
LOKATOR 2016
PLIK MP3 DO POBRANIA  >>>

Absurd to jego specjalność. Maksimum śmiechu i lekkości – Łukasz Grzesiczak

Warunki ekonomiczne bycia doktorantem są dość upokarzające, niemniej absolutnie nie chciałem dzielić się z czytelnikiem jakimkolwiek rozgoryczeniem – mówi Tomasz Wiśniewski, dla GAZETY WYBORCZEJ.

Łukasz Grzesiczak: 30 lat za pasem. Późny debiut jak na dzisiejsze standardy…

Tomasz Wiśniewski: Ambicja, żeby pisać, pojawiła się dosyć późno. Wszystko zaczęło się dwa lata temu. Wcześniej przypisywałem sobie inne role.

Jakie?

– Przez wiele lat – najpierw jako student, później jako doktorant – widziałem siebie jako przemądrzałego starca, studiującego symbole alchemiczne i kabalistyczne, tarota i starożytnych mistyków. Opamiętałem się jednak w porę. Zdałem sobie sprawę, że poruszam się po muzeum rozmaitych wyobrażeń, a – jak powiedział Philip Glass w odniesieniu do muzyki – „dobrze jest czasem odwiedzić muzeum, ale ciężko byłoby w nim zamieszkać”. Zrozumiałem, że tym, co mnie najbardziej interesuje w historii ezoterycznej wyobraźni, jestem ja sam. Historia była tylko zwierciadłem. Postanowiłem korzystać z własnej wyobraźni i zacząć tworzyć, a nie bezustannie (i bezskutecznie) grzebać w reliktach z przeszłości.

W opowiadaniach czuje się pan najlepiej?

– Każde z moich opowiadań powstało w okolicznościach tajemniczych nawet dla mnie samego; pomysły przychodziły skądinąd, a moje rola ograniczała się do czegoś w rodzaju spirytystycznego medium. Czułem, że to, co powstaje, nie potrzebuje być inne – nawet jeśli czasem zawierało pół strony. Inaczej nie potrafię tego wyjaśnić.
(więcej…)

Surrealizm radosny Tomasza Wiśniewskiego – Justyna Sobolewska

Czasami życie bardzo przypomina literaturę.

Otóż ostatnio zdarzyło tak, że ktoś z mojej rodziny zostawił torbę ze wszystkimi dokumentami, pieniędzmi, kartami i telefonem w autobusie. Nawet nie wiedział, gdzie to się stało. I kiedy zrezygnowani siedzieli potem w kuchni, zastanawiając się, co robić, nagle odezwał się telefon. – Tu kierowca autobusu, mam torbę, jestem tu i tu!

Ruszyli więc w pościg za autobusem, który cały czas był przystanek przed nimi. W końcu, cudem, udało się dopaść torbę! Ta surrealistyczna historia z dzwoniącym kierowcą i happy endem mogłaby znaleźć się w debiutanckim zbiorze opowiadań Tomasza Wiśniewskiego „O pochodzeniu łajdaków” (Wydawnictwo Lokator).

Zwykłe sytuacje, spacery, jazda tramwajem, oglądanie telewizji, spotkania na klatce schodowej zamieniają się u Wiśniewskiego w niespodziewane przygody. Bohater tych opowieści jest jak współczesny Don Kiszot, zresztą w jednym z opowiadanek dosiada konia i wyrusza skończyć z barbarzyństwem w mieście.

(więcej…)

Trójkowy znak jakości – „O pochodzeniu łajdaków”


Zdaniem Michała Nogasia nikt w Polsce od dawna nie pokusił się, by pisać w takim stylu, w jakim zrobił to Tomasz Wiśniewski. – Znakomity absurd tylko i wyłącznie dla absurdu. Opowiadania są surrealistyczne, a jednocześnie optymistyczne – dodał Nogaś. 

Na 97 stronach debiutantowi Tomaszowi Wiśniewskiemu udało się zmieścić w sumie aż 47 opowiadań, a ilustracje do książki wykonała Joanna Grochocka.

Z nagrania audycji można się też dowiedzieć, kim jest Tomasz Wiśniewski i dlaczego jego proza wnosi „odświeżający powiew niekonwencjonalności” do polskiej literatury. Fragmenty książki czyta Wojciech Mann, który nieoczekiwanie zamienia się w rycerza jadącego konno po warszawskim Moście Poniatowskiego…

Tytuł audycjiTrójkowy znak jakości 
Prowadzi: 
Michał Nogaś, Wojciech Mann
Data emisji: 
29.01.2016
Godzina emisji: 
7:44

Polska literatura w 2015 roku – 10 najlepszych – MATEUSZ WITKOWSKI

Mateusz Pakuła „Panoptikos”
Uznałem, że tego typu zestawienie to dobra okazja, aby wyciągnać na światło dzienne perełkę, o której w innym wypadku pewnie mało kto usłyszy. No bo powiedzmy sobie szczerze – ilu jest polskich dramatopisarzy, których teksty sprzedają się w przyzwoitych nakładach? Przychodzi mi na myśl pięć nazwisk, z czego trzy należą do osób nieżyjących. Jeśli chodzi o wciąż aktywnych twórców: Demirski, Masłowska i długo, długo nic. Nie czarujmy się zresztą: Masłowska dramatopisarka sprzedaje się dużo gorzej niż prozaiczka/felietonistka, a Demirski (mimo niewątpliwego talentu) to na gruncie literackim zjawisko niszowe.
Tymczasem ubiegły rok przyniósł nam„Panoptikos” Mateusza Pakuły, zbiór tekstów laureata Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej wydany przez małą oficynę Lokator. Choć Pakuła należy do wiodących polskich twórców teatralnych, a jego dramaty są wystawiane w całej Polsce, jego nazwisko raczej niewiele mówi tzw. przeciętnemu czytelnikowi. A szkoda. Krakowski twórca to doskonały stylista obdarzony niewiarygodnym literackim słuchem, a przy okazji – nie boję się tego określenia – jeden z najwybitniejszych polskich poetów, poetą sensu stricto wcale niebędący. Pakuła drze język na kawałki, majsterkuje, remiksuje, dając czytelnikowi porażającą, wielowarstwową całość. Na zachętę: bohaterami jednego z dramatów zawartych w zbiorze są misie mówiące wersami z piosenek Bryana Adamsa. Czy potrzeba jeszcze jakiejś rekomendacji.
czytaj całość >>> 

ROK 2015 W POLSKIEJ POEZJI – SIERPIEŃ – Aldona Kopkiewicz


1. Przyjrzyjmy się najpierw debiutom. Trzy wyróżniłabym szczególnie: Sierpień Aldony Kopkiewicz (Lokator Media), Apokalipsę. Afer party(Dom Literatury w Łodzi) Piotra Przybyły oraz BMichała Pranke (Dom Literatury w Łodzi). To one moim zdaniem mają najwięcej do zaoferowania czytelnikom i poezji – choć warto też odnotować (choćby ze względu na ilość pojawiających się komentarzy) zdecydowanie słabsze debiuty: Oliwii Betcher Poza (Zaułek Wydawniczy Pomyłka), Jolanty Nawrot Płonące główki, stygnące stópki(WBPiCAK w Poznaniu) czy Lekki chłód Hanny Janczak (Wydawnictwo Igloo).

Sierpień Aldony Kopkiewicz to – nieproporcjonalnie szczupły do złożoności pojawiających się tam znaczeń – zapis asysty przy umieraniu ojca. Kopkiewicz ani zbytnio nie metaforyzuje języka swojej historii, ani nie ucieka się do naturalizmów; wydaje się całkowicie odporna na przyciąganie konwencji melancholijno-żałobnej. Pozwala raczej w pełni wybrzmieć dyskretnie zarysowanym obrazom, prostym konstrukcjom, elementarnym frazom. Autorka zawiązuje z nami pakt autobiograficzny, ale idzie też zupełnie sama meandrami halucynacji, mirażu i baśni. Warto podkreślić, że swoją prostą, a zarazem sugestywną frazą Kopkiewicz ustala w jakimś sensie (ponownie) brzegowe warunki języka. Jej Sierpień to reset skonwencjonalizowanego pisania o śmierci w polskiej poezji, wyrwanie się z kręgu paru podstawowych obrazów „ja” opłakującego stratę, ale też, co istotne, pokaz ambiwalentnego układu sił psychicznych w rodzinie. Bardzo inteligentnie wszystko to zrobione.

Czytaj całość >>> 

POLSKIE RADIO – NOTATNIK DWÓJKI – Maszyna do napędzania literackich opowieści!

Warsztat Literatury Potencjalnej (grupa Oulipo) działa we Francji od 55 lat. Dla literatów należących do tej grupy, przypominała w Dwójce Anna Wasilewska, nieistotne są założenia ideologiczne czy światopoglądowe. – Liczy się wyłącznie arbitralnie przyjęty rygor, który pozwala budować trwałe struktury literackie: maszyny napędzające rozmaite narracje – wyjaśniała tłumaczka.

Do takich rygorów należy choćby stworzenie powieści bez najczęściej występującej w języku francuskim samogłoski. Książka ta („La Disparition” G. Pereca) dowodzi jednak, że nie samą grą językową twórczość Oulipo żyje. Powieść bez „e” jest jednocześnie historią o, nie tylko rodzinnym, dramacie.

>>>

Tytuł audycji:
 Notatnik Dwójki >>>
Prowadzi: Ewa Stocka-Kalinowska
Goście: Anna Wasilewska i Jacek Giszczak (tłumacze literatury francuskiej)
Data emisji: 3.12.2015
Godzina emisji: 13.00