POLITYKA – HITY 2014. Literatura – świat

Joe Brainard, „I remember”, przeł. Krzysztof Zabłocki, Lokator, Kraków 2014. Jedna z najbardziej inspirujących książek XX w. – uwiodła Georges’a Pereca i wielu innych twórców. A poza tym jest pięknym portretem Ameryki lat 50. i 60.

Paweł Jasnowski – Miesięcznik ZNAK – Georges Perec albo pisanie pod przymusem

Określenie Pereca po prostu jako „pisarza Szoa” przychodzi z oporem. Jest tak dlatego, że ambicją jego było „przedarcie się przez całą literaturę swoich czasów (…), napisanie tego wszystkiego, co człowiek może dziś napisać”; dzieło jego uchyla się więc przed łatwą definicją, ale równocześnie nieodparcie ją przywołuje: twórczość Pereca zostaje bowiem zbudowana wokół pustki, doświadczenia nieobecności i śmierci, której powodem jest właśnie Zagłada

Jerzemu Franczakowi

We Francji i w Polsce Georges’a Pereca postrzega się przede wszystkim przez pryzmat OuLiPo. Grupę założoną w roku 1960 przez Raymonda Queneau i matematyka François Le Lionnais, która włączyła do myślenia o literaturze matematyczno-logiczne rozwiązania, mające stymulować wyobraźnię i potencjał dzieła literackiego. Pisarz, dołączając do OuLiPo w roku 1967, stał się jego najbardziej emblematyczną postacią, najpierw publikując La disparition, napisaną bez samogłoski e, a znacznie później głośne Życie instrukcję obsługi, przetłumaczone na polski przez Wawrzyńca Brzozowskiego. Choć to Perec właśnie rozwinął technikę przymusu (écriture sous contrainte) do granic możliwości, to w przeciwieństwie np. do Queneau jego celem nie była tylko gra i uwalnianie pisarskiego potencjału. Narzucane ograniczenie to nie cel sam w sobie, ale szansa zmierzenia się z własną biografią. Pisanie nie stanowi dla niego po prostu zajęcia, ale miejsce schronienia („Pisanie mnie chroni”), nie czczą rozrywkę, ale szansę uwolnienia się od cierpienia. Rzeczywiście, jak zauważył Michał P. Markowski, „poświęcając się literaturze, [Perec] grał o największą stawkę”1.

Uwagach o tym, czego szukam Perec stwierdza, że każda rzecz, którą zapisuje, znajduje się zawsze w określonym „polu”, które za każdym razem generuje inną strategię pisarską i odmienne pytanie: socjologiczne i autobiograficzne, związane z namysłem nad codziennością i własną historią; albo pole ludyczne, w którym niepodzielnie rządzi przymus, a także powieściowe, gdzie Perec rozwija swoją dziecięcą pasję do opowieści i przygód2. Usytuowanie tekstu w którymś z pól będzie zawsze w pewien sposób arbitralne. Albowiem każde Perecowskie dzieło, „pracując” w określonym polu, nie daje się w nim całkowicie zamknąć. Każde jest np. na pewien sposób autobiograficzne, nawet jeśli tekstem rządzi przymus lub celem jest wyczerpanie miejsca; nawet jeśli świat powieści, którą czyta się z zapartym tchem, jest „tylko” światem fikcji, a prawda ukryta – pod powierzchnią słów.

W istocie całe dzieło Pereca naznaczone jest tą prawdą, podstawową nieobecnością i utratą – nawet jeśli to, co utracone, i to, co stało się powodem utraty, nie ujawnia się explicite i na długo zostaje ukryte i pominięte milczeniem. Oto, najkrócej mówiąc, paradoks, którym chciałbym się zająć. Przymus milczenia Długo skrywaną prawdę Perec określa jako „doświadczenie niemożliwego”, coś, czego nie da się wypowiedzieć, bo umiera w języku – czego nie sposób zrozumieć, bo znajduje się poza wszelkim rozumem. Dlatego doświadczenie to będzie się długo ujawniać za pomocą prywatnego szyfru i urojonej geometrii. W powieści La disparition prawda kryje się za literą, która – w ścisłym sensie – znika z języka powieści. Wypadnięcie e jest tam na podstawowym poziomie zniknięciem elementarnej samogłoski i odarciem języka z morfemu żeńskiego, a tym samym: niemożliwością wyrażenia i uobecnienia tego, co niezastąpione i najważniejsze: słów: mere, pere, je, georges, perec3 (matka, ojciec, ja, georges, perec). Ojciec i matka znikną w języku, bo ich „zniknięcie”, unicestwienie, śmierć nie daje się opowiedzieć. Samogłoska e, wymawiana tak samo jak francuskie eux (oni) znika, bo tylko w ten sposób Perec może oddać niewyrażalne.

(więcej…)

Jerzy Franczak – Tygodnik Powszechny – I remember

Joe Brainard (1941-1994), malarz i pisarz związany ze środowiskiem szkoły nowojorskiej, wynalazł formę rewolucyjną w swojej prostocie, dziś polecaną jako ćwiczenie przez podręczniki twórczego pisania. I Remember (1970 r.) to półtora tysiąca zapisków zaczynających się od „pamiętam” – magicznego zaklęcia wskrzeszającego przeszłość. Ale nie chodzi o to, że Brainard był pierwszy. Jego wspomnienia z dzieciństwa i młodości przynoszą malowniczy obraz Ameryki lat 50. i 60. XX  wieku, przedstawianej poprzez obłędną obfitość szczegółów: od mody i kuchni, przez gwiazdy popkultury, po wyliczanki i dowcipy. Co więcej, w odróżnieniu od późniejszego „Pamiętam że” Georges’a Pereca, Brainard nie stroni od akcentów osobistych i buduje sugestywny autoportret. Z kolażu wspomnień wyłania się postać dojrzewającego artysty i zyskującego samoświadomość geja. Brainard – jak pisze Paul Auster w przedmowie – uwodzi precyzją i finezją, łagodnością i dziecięcą ciekawością, oferując książkę, w której jest cząstka każdego z nas.
Jerzy Franczak „Książki w Tygodniku” 5-6/ 2014, „Tygodnik Powszechny” 28/2014

Aldona Kopkiewicz – Krytyka Polityczna – I remember

„Pamiętam, jak pewnego razu zakopałem kilka rzeczy w ziemi, myśląc, że kiedyś ktoś je odnajdzie i będzie to dla niego wielkie odkrycie, ale kilka dni później sam je odkopałem”.

„Pamiętam pierwszy raz, kiedy usłyszałem szmer wody w brzuchu (gdy biegłem) i pomyślałem, że być może to guz”.

„Pamiętam tęcze, które nie dorastały do moich oczekiwań”.

„Pamiętam te chwile, kiedy się nie wie, czy tak naprawdę jest się szczęśliwym czy smutnym (wilgotne oczy i radosne serce)”.

„Pamiętam, jak nie mogłem zrozumieć, dlaczego Kopciuszek po prostu nie spakował się i nie odszedł, skoro sprawy rzeczywiście miały się  a ż  t a k  źle”.

Wybrałam parę zdań z książki I Remember Joego Brainarda, by pokazać, o co w niej chodzi. Te właśnie, bo akurat wpadły mi w oko. Z takich zdań składa się cała ta książka, całkiem zresztą pokaźna. Jest jednym z niewielu dzieł literackich tego mniej znanego artysty z kręgu nowojorskiej awangardy lat 60. i 70. (wśród jego przyjaciół znajdowali się zwłaszcza ci wszyscy słynni poeci, z Frankiem O’Harą na czele). Pisząc I Remember, Brainard oparł się na zaskakująco prostym pomyśle: wymieniał po prostu poszczególne wspomnienia. Zrobił to w sposób całkowicie ujmujący, tak że swobodny stylu i rytm tego tekstu wciąż pozostaje zagadką. Książka stała się od razu przedmiotem admiracji różnych znanych autorów i dość szybko przeszła do legendy; wielu podejmowało się pisania analogicznych dzieł, jednak tekst Brainarda nic nie stracił na swej oryginalności.

I Remember to ćwiczenie pamięci, które bynajmniej nie zamienia się w suchą mnemotechnikę minionych zdarzeń, ale z każdym kolejnym zdaniem wciąga nas w dzieciństwo i młodość autora, i, co najdziwniejsze, w nasze własne też. Najdziwniejsze dlatego, że każde zdanie odsłania fragment najbardziej osobistej przeszłości pisarza – Brainard nie stara się być uniwersalny, nie interesuje go wiedza ani historia, ani nawet relacja między pamięcią jednostkową i wspólną. Pisze po prostu, co o sobie pamięta, a że najdłużej żyją w nas najintymniejsze ekstrawagancje naszych doznań – bziki, fanaberie i małe wariactwa – właśnie z nich tworzy ów rejestr poruszeń. Miłe, kłopotliwe, radosne, wstydliwe, śmieszne, bolesne, pogodne, ważkie czy lekkie – wszystkie razem, bez dzielenia na te dobre i złe.

Podczas czytania odczuwa się przede wszystkim ulgę, prawdopodobnie wywołaną odkryciem, że nie jesteśmy sami z osobliwością naszych doświadczeń i uczuć i że niezależnie od ich naiwności czy fantastyczności mają one swoją prostoduszną rację bytu, skoro pojedyncze wspomnienie: „Pamiętam, jak szukałem czterolistnej koniczyny, ale niezbyt długo”, znalazło w końcu właściwe miejsce w literaturze.

Cały urok tej książki polega na tym, że tworzy przestrzeń swobodnego przywoływania wspomnień, nie zamieniając ich w jedną historię.

Aldona Kopkiewicz > KRYTYKA POLITYCZNA >>> 

Paul Auster pamięta, że to arcydzieło – Łukasz Gazur – Dziennik Polski

Ten tekst mógł zaczynać się od słów: „Każdy uczeń polskiego liceum zna powieść Joego Brainarda, jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku”. Mogłoby być też tak: „Na rynku polskim wyczerpał się wznowiony nakład powieści I remember, klasyki powieści eksperymentalnej – konieczny był kolejny dodruk”. Albo nawet tak: „Znów głośno o protestach środowisk prawicowych, które nie chcą na liście lektur szkolnych kontrowersyjnej powieści słynnego amerykańskiego pisarza”.
Ale jest tak. Dopiero teraz, w 2014 r., niemal 40 lat od pierwszego wydania, ukazuje się przekład słynnej amerykańskiej powieści po polsku – i to dzięki małej, niezależnej, krakowskiej oficynie Lokator. To autobiografia – powiem od razu. Ale specyficzna. Jest to rodzaj intymnego pamiętnika, może nawet spowiedzi?
(więcej…)

Głód alkoholu i miłości – Małgorzata Walendowska – Xiegarnia.pl

Alkoholizm często wydaje nam się problemem ludzi z marginesu, którzy nie mają lepszej recepty na życie, niż spędzanie czasu pod osiedlowym sklepem. Problem pojawia się, kiedy do alkoholizmu przyznaje się człowiek światły, wykształcony. Jak to? Czy ktoś taki może mieć problem z alkoholem? – pytamy. Dlaczego ktoś, kto teoretycznie ma wszystko, popada w potworny nałóg? Z nudy, braku perspektyw czy nadmiaru dobrego? A może z większej niż inni wrażliwości na zło i brzydotę tego świata?

Z problemem alkoholizmu zmaga się główny bohater książki Grzegorza Franczaka „Kobierki”, Robert-Bobo. Czterdziestoletni doktor polonistyki wykładający na uniwersytecie we Włoszech pije odkąd skończył kilkanaście lat. Wzorem do naśladowania był dla niego ojciec, który często wracał do domu „po kilku głębszych”, wymierzając przy okazji synom – z sobie tylko znanych powodów – sprawiedliwość. Bobo najpierw pije, żeby zaimponować kolegom, zbuntować się przeciwko zastanemu porządkowi, potem pije, bo nie radzi sobie z życiem, z kobietami, ze złem świata, które go przerasta.

(więcej…)

Brainard, geniusz w trampkach – Marcin Sendecki – WYBORCZA

Półtora tysiąca drobnych cząstek wspomnień w oddzielnych akapitach, zawsze rozpoczynających się od słowa „pamiętam”. Prostota, owszem, ale w czym tkwi genialność tego pomysłu?
Z listów i wspomnień wiadomo, że Joe Brainard intensywnie czytał dzieła Gertrudy Stein, gdy w roku 1969 zaczynał pisać „I remember” (pozostawienie w przekładzie tytułu oryginalnego tłumacz dość przekonująco uzasadnił w swoim posłowiu), i nie ulega wątpliwości, że czytał wtedy także obie jej ekscentryczne autobiografie: „Autobiografię Alicji B. Toklas” (1933) i „Autobiografię każdego z nas” (1936). Ta ostatnia, jak pamiętamy, zaczyna się następująco: „Alicja B. Toklas napisała swoją teraz każdy będzie pisał swoją. Alicja B. Toklas pyta co będzie jeżeli wszyscy zaczną pisać swoje tak samo jak ona napisała swoją” (przekład Miry Michałowskiej).

Rychło się okazało, że niespełna trzydziestoletni Brainard rzeczywiście napisał „swoją” autobiografię – tyle że zupełnie inaczej niż Stein (czyli zarówno we własnym imieniu, jak w imieniu swej życiowej towarzyszki Alicji Toklas). Co więcej, całkiem niedługo to właśnie Brainard mógł się przekonać, jak to jest, gdy „wszyscy” (lub przynajmniej paru) zaczynają „pisać swoje tak samo, jak on swoją”.

Kapitalność – by wrócić do meritum – pomysłu Brainarda zasadza się, po pierwsze, na uznaniu, że wszystko może być ważne, nawet to, co w tradycyjnych wspomnieniach odruchowo się pomija; po drugie – i to jest chyba najistotniejsze – na wynalezieniu mechanizmu, który nie tylko, a właściwie nie tyle porządkuje wspomnienia, ile je ewokuje, uzmysławia, powołuje do życia, umożliwia zaistnienie – i wreszcie, w tekście „I remember” oferując pewną matrycę literackiego poziomu, do którego można się odwołać i z którym można się mierzyć.

Marcin Sendecki – Gazeta Wyborcza – 22.07.2014
CZYTAJ >>>

Pomarszczone palce – Paweł Jasnowski – POLITYKA

Klasyczne „I Remember” Joe Brainarda zapłodniło artystycznie m.in. Denisa Hirsona, Teda Berrigana, Kenwarda Elmslie, Harry’ego Matthewsa i Georgesa Pereca. Brainard, amerykański artysta, pisarz, homoseksualista (zmarł na AIDS w 1994 r.), pomyślał tę książkę jako uderzająco intymną spowiedź, która wszakże w czasie pisania zaczęła mu się wydawać rzeczą mówiącą w takim samym stopniu o nim samym co o każdym innym. Odwołując się do techniki enumeracji, wyliczył wspomnienia, nie posługując się żadnym kluczem ani systemem, lecz ciągiem skojarzeń, rozpoczynając każde kolejne od słowa „Pamiętam”. Uobecnia więc dziecięce zabawki, nieistniejące czasopisma, zapomniane określenia, mody, reklamy, bladozielone szkolne ściany (pomalowane do połowy), pomarszczone palce rąk i nóg po długiej kąpieli; ale także intymne homoseksualne fantazje i niejasne wrażenia: „Pamiętam, jak całkiem niespodziewanie miałem wrażenie, że znajduję się w sytuacji, którą pamiętam z przeszłości: było to niczym powtórki przeżytego życia”. To właśnie ta powtarzalność, na pewien sposób uniwersalność wspomnień (to, że „I Remember” stało się mimowolnie portretem Ameryki lat 50. i 60.), uwiodła Pereca, próbującego w Pamiętam pójść jeszcze dalej i zbudować tylko taką sieć wspomnień, która równie dobrze mogłaby należeć do kogoś innego, w której doskonale mogłoby odnaleźć się całe pokolenie. Ale to, co najbardziej uwodziło (i uwodzi ciągle) w tekście Brainarda, to zasugerowana właśnie w strukturze utworu, w osobliwej mowie strzępów – fragmentaryczność i bezładność wspomnień i naszej pamięci, w której niepodzielnie rządzi detal, nie zaś upragniona całość.  

Paweł Jasnowski – 15 lipca 2014 – Recenzja książki: Joe Brainard, „I Remember”

Tożsamość utracona – tożsamość odnaleziona – Paweł Jasnowski – Magazyn CHIMERA

Trzecia po doskonałej Fabryce i Boskiej Kolonii (Lokator 2013) powieść graficzna , która ukazuje się właśnie w Polsce, nie tylko nie rozczarowuje, ale wydaje się nieoczekiwanie przerastać tak jedną jak i drugą opowieść.

Oto bohaterem jest hybryda: z ludzkim ciałem i niedźwiedzim łbem. Od urodzenia wychowują go bezdzietni rodzice w domu na skraju lasu, dając mu, bez względu na jego odmienność, to, czego nie mogli dać „normalnemu” synowi (które nigdy nie mieli). Syn dorasta, i choć staje się od czasu do czasu obiektem śmiechu i drwin, zatraca powoli, gubi swoją zwierzęcą tożsamość. Gdy pewnego dnia wraca do domu z pobitą twarzą, ojczym wykopuję wszystkie swoje oszczędności, które zakopał pod drzewem na skraju lasu (miejscu w powieści symbolicznym). Bohater wyrusza wówczas do dużego miasta, podejmuje studia, które, jak ufają rodzice i on sam, pomogą mu przekroczyć obcość i nieakceptację. Zagrzebany tam w książkach, czyta i pisze – niezmordowanie, fanatycznie.

(więcej…)

Bez słów: trzy razy Nicolas Presl -Tomasz Pindel – Kultura Liberalna

Nicolas Presl nie potrzebuje słów, by snuć swoje subtelne i mroczne historie o doświadczeniu zagłady, koszmarze kolonializmu i przekleństwie genetycznego obciążenia. Opowiada je nam wyłącznie przy użyciu środków graficznych, wpisując się jednocześnie w szlachetną tradycję twórców-mizantropów.

Presl uprawia najczystszą formę opowieści rysunkowej. Gdybyśmy mieli być gatunkowymi purystami, powinniśmy unikać w odniesieniu do jego albumów określenia „komiks”, bo przecież zasadą komiksu jest splatanie tekstu z rysunkiem – a tu tekstu nie ma wcale (na szczęście „niemych” komiksów jest tak naprawdę sporo, więc nie trzeba zaprzątać sobie głowy terminologiczną precyzją). Tym, co rzuca się natychmiast w oczy, jest bardzo charakterystyczna kreska rysownika, widoczna przede wszystkim w postaciach ludzkich, ale konsekwentnie stosowana w całości obrazu. Rzeczywistość wyrysowana w czerni i bieli przez Presla wydaje się już na pierwszy rzut oka spotworniała: ludzkie twarze są okropne, zniekształcone, kanciaste, często mają w sobie coś rybiego (te wielkie ślepia) albo po prostu monstrualnego (profile, nosy, mimika) i karykaturalnego, przy czym jest to karykatura w ogóle nieśmieszna, za to wydobywająca z ludzi to, co złe, brzydkie i odpychające. Współgrają z tym dziwaczne postury i gesty, nienaturalnie wykrzywione szyje, powykręcane kończyny.
(więcej…)